O Grzegorz Molitorys

Grzegorz Molitorys - z wykształcenia: dziennikarz, z zawodu: archiwista, z zamiłowania: bloger i poeta, z powołania: mąż i ojciec.

Ambicja

Wpierw przeczytaj: J 1,19-34

Ecce Agnus Dei

Zaszczyty same pchały mu się w ręce. Wystarczyło, by Jan zwany Chrzcicielem na którekolwiek pytanie oficjalnych posłańców odpowiedział twierdząco. A przecież mógł! Był przecież prorokiem. Był najlepszym prorokiem!  Nie tyle dał wskazówki, jaki będzie Mesjasz, gdzie się urodzi, jakie będzie miał uprawnienia. On wskazał Go dosłownie i imiennie. „To jest Ten.” I wypełnił wiernie swoje posłannictwo. Pozostał sobą, choć zdawało się, że miał szansę być „Kimś” przez duże K. Ale czyż przez tą swoją autentyczność nie dał mi wzoru swojej wielkości?

Ambicja jest wpisana w moją naturę. To takie ludzkie, że chcemy zaistnieć. Najlepiej pozytywnie. Choć zawsze znajdą się Herostratesy, żądni jakiegokolwiek rozgłosu. W dobie globalnej cyberwioski sława trwa jednakże do odświeżenia serwisu internetowego. Nim wrócisz od fryzjera, twoja fryzura będzie już niemodna. Nim z Chin przypłynie statek z najnowszym modelem sprzętu, w sklepach internetowych wystawią modele z wyższej półki.  Szokowanie ekstrawagancją to również droga donikąd. Wystarczy spojrzeć na dziwactwa awangardowych „artystów”. To wyścig, którego nie sposób wygrać. Zawsze będzie ktoś lepszy, oryginalniejszy ode mnie. Już taki był, jest obok mnie, albo puka do drzwi. A porażka potęguje frustrację. Wymarzona atmosfera dla Złego, który szepcze do ucha: „Jesteś zerem.”

Tymczasem pozostając sobą, czyli wiernie realizując swoje powołanie, pomnażając wszystkie swoje (a nie cudze) talenty, blasku nabierze moja autentyczna wartość. Zwracając się do Pana, nie muszę udawać skromnisia, oczekując gwałtownych zaprzeczeń, mile łechcących ego. On mnie doskonale zna. Zna więcej moich mocnych stron, niż sam w sobie je odkrywam. Bóg traktuje mnie poważnie – wszak jestem Jego przybranym Synem. Czy to nie powód do dumy?

 

 

Bogurodzico!

Wpierw przeczytaj: Łk 2, 16-21

Bartolomé_Esteban_Perez_Murillo_-_Holy_Family_with_the_Infant_St_John_-_WGA16368

Spoglądam na kartkę kalendarza i czytam w nim, że dziś – pierwszego dnia nowego roku kalendarzowego, spoglądać mam szczególnie na Bogurodzicę. Skoro od tego zaczynam rok, znaczy to, że rodzicielstwo to priorytet. Sprawa pierwszorzędnej wagi!

Nie jestem na szczęście Bogu rodzicem ani ojcem wszystkich  wierzących. Pan pobłogosławił jednakże mojej chęci współuczestnictwa w akcie stwarzania i zlecił mi misję bycia ojcem dla dwóch synów. (Ha, ha, ha. Akurat byłem tego świadomy, gdy w upojnej chwili zapisywałem się do tego biznesu). Dziś mam się rozliczyć przed Tym, który mnie powołał do rodzicielstwa, przed dziećmi i przed samym sobą, jakim jestem rodzicem. Ogólny rachunek rozdziera moje serce żalem i lękiem. Zapewne to nie tylko moje doświadczenie. Dlatego Pan posyła nam troskliwą Pocieszycielkę i Patronkę – Królową Pokoju. Jakże gorąco pragnę tego pokoju w swoim sercu! O Matko!

Przeczytałem dziś wypowiedź Anny Jadowskiej, że „dziecko jest katalizatorem naszych emocji, widzimy w nim to, co w nas najgorsze, co nas drażni, męczy i przeszkadza. Mam też świadomość, że w sytuacjach kryzysowych, kiedy ludzie nie mają wsparcia w innych członkach rodziny albo nie potrafią sobie ułożyć życia, czy też mają kłopoty finansowe, posiadanie dziecka jest wielkim wyzwaniem, czasami nawet przekraczającym możliwości psychiczne i fizyczne. Nasze czasy są pod tym względem bardzo wymagające.”

Moi synowie to istne tajfuny emocjonalne, Zwłaszcza ten młodszy. Wielokrotnie doświadczam na swojej skórze jego niepohamowane „głupawki”, które błyskawicznie mogą się przerodzić w furię złości albo histerię. Z wiekiem człowiek zazwyczaj osiąga dojrzałość emocjonalną, ale przy mym nastoletnim synu łatwo wpaść w fałszywe przeświadczenie, że ten proces wydłuża się niemiłosiernie. Nie tylko ja tracę cierpliwość, ale i nauczyciele. Co gorsza, również starszy brat, który z tego powodu wylewa na niego pomyje obelg. Mnie pozostaje później skrycie wylewać morze łez, że nie jest tak, jakbym pragnął. Że miłość jest tak trudna.

Spoglądam na Świętą Rodzinę i pragnę się od niej uczyć rodzicielstwa. Gdy cisną mi się na usta kolejne narzekania lub okrzyki złości, wspominam milczącego świętego Józefa. Jego milczenie w Ewangelii jest słynne. Sceptyk i szyderca zadrwią, że Cieśla z Nazaretu w tym układzie po prostu nie miał nic do powiedzenia. Ale to przecież on uczynił faktycznie z Jezusa mężczyznę. On uczył Go męskiej odpowiedzialności za drugiego człowieka, zdrowej relacji do kobiet, przekazał Mu swój fach. (Ale miłości do ciesielki raczej już nie, skoro w barwnych wypowiedziach Jezusa nie sposób znaleźć odniesień do tego typu zajęć. Jezusowi bliżej było do najemnych robotników rolnych i pasterzy niż do techników budowlańców.) To Józef też wpajał Jezusowi modlitwy, zaprowadzał Go do synagogi i prowadził od małego z pielgrzymką do Jerozolimy.

Jezusowa wrażliwość, uczynność, troska, pogoda ducha – tu odkrywam wychowawczą rękę Maryi. Tak jak Ona biegła z pośpiechem do Elżbiety, by pomagać jej w trudnych chwilach mocno spóźnionej ciąży, tak Jezus przemierzał wzdłuż i wszerz Palestynę lecząc choroby dusz i ciał.

Wspaniałe przykłady. Tymczasem ja koncentruję się na tym, co mnie męczy. Epatuję własną niedojrzałością emocjonalną, wpadając raz w złość raz w depresję przy większych problemach wychowawczych. Mam tyle powodów do dumy z powodu moich wspaniałych synów. Zamiast się cieszyć nimi, przeżywam niepokój. Rodzicielstwo postrzegam niejednokrotnie jako krzyż, choć jest ono Bożym błogosławieństwem.

Bogurodzico, Dziewico! Jak rycerz dziś wołam do Ciebie. Wstawiaj się za mną w potrzebie. Bym nie miotał się jak baba. Królowo Pokoju, módl się za nami!

Panie, Panie!

Wpierw przeczytaj: Mt 7,21.24-27

Sand_castle,_Cannon_Beach

Wołam do Ciebie we dnie i w nocy. Odrywam się od absorbującej codzienności, by w różańcu, psalmie czy rozważaniu uświęcić trudy i nurtujące myśli. Ale czy jest to już modlitwa?

Chcę pełnić Twoją wolę i żyć po Bożemu. Ale jak ją odczytać, zanim się za nią podąży? Czy mam wertować Pismo Święte, by szukać tam wskazówek na każdym życiowym skrzyżowaniu? Czy o wszystkim decydować ze spowiednikiem? Jak rozróżnić głos sumienia od własnego widzimisię?

Pytań mam bez liku a życie toczy się w swoim tempie. Szczególnie się niepokoję o dom i rodzinę. Powołałeś mnie wszak do tego, bym jako mąż i ojciec nad wszystkim mądrze czuwał. Jak święty Józef. Tymczasem zupełnie sobie nie daję rady. Pocieszam się tylko tym, że większość młodzieńców o podobnym podejściu do życia jak moi chłopcy, dochodzą do takiej wprawy, że i jako dorośli potrafią żyć wygodnie a godnie przy minimalnych kosztach. Tylko czemu za bardzo w to nie wierzę?

Panie, Panie! Czy to srogi wiatr uderza o ściany mego domu na skalę? Czy też wali się zamek z piasku pod naporem pierwszej lepszej fali?