Ambicja

Wpierw przeczytaj: J 1,19-34

Ecce Agnus Dei

Zaszczyty same pchały mu się w ręce. Wystarczyło, by Jan zwany Chrzcicielem na którekolwiek pytanie oficjalnych posłańców odpowiedział twierdząco. A przecież mógł! Był przecież prorokiem. Był najlepszym prorokiem!  Nie tyle dał wskazówki, jaki będzie Mesjasz, gdzie się urodzi, jakie będzie miał uprawnienia. On wskazał Go dosłownie i imiennie. „To jest Ten.” I wypełnił wiernie swoje posłannictwo. Pozostał sobą, choć zdawało się, że miał szansę być „Kimś” przez duże K. Ale czyż przez tą swoją autentyczność nie dał mi wzoru swojej wielkości?

Ambicja jest wpisana w moją naturę. To takie ludzkie, że chcemy zaistnieć. Najlepiej pozytywnie. Choć zawsze znajdą się Herostratesy, żądni jakiegokolwiek rozgłosu. W dobie globalnej cyberwioski sława trwa jednakże do odświeżenia serwisu internetowego. Nim wrócisz od fryzjera, twoja fryzura będzie już niemodna. Nim z Chin przypłynie statek z najnowszym modelem sprzętu, w sklepach internetowych wystawią modele z wyższej półki.  Szokowanie ekstrawagancją to również droga donikąd. Wystarczy spojrzeć na dziwactwa awangardowych „artystów”. To wyścig, którego nie sposób wygrać. Zawsze będzie ktoś lepszy, oryginalniejszy ode mnie. Już taki był, jest obok mnie, albo puka do drzwi. A porażka potęguje frustrację. Wymarzona atmosfera dla Złego, który szepcze do ucha: „Jesteś zerem.”

Tymczasem pozostając sobą, czyli wiernie realizując swoje powołanie, pomnażając wszystkie swoje (a nie cudze) talenty, blasku nabierze moja autentyczna wartość. Zwracając się do Pana, nie muszę udawać skromnisia, oczekując gwałtownych zaprzeczeń, mile łechcących ego. On mnie doskonale zna. Zna więcej moich mocnych stron, niż sam w sobie je odkrywam. Bóg traktuje mnie poważnie – wszak jestem Jego przybranym Synem. Czy to nie powód do dumy?