
- Rozpoczynamy naszą przygodę z Pismem Świętym od Ewangelii wg św. Łukasza. Ewangelia czyli Dobra Nowina, radosna wieść, która zwiastuje nastanie długo oczekiwanego wydarzenia. Ewangelią w starożytnej grece nazywano choćby proklamację zwycięstwa w wojnie, urodzenia następcy tronu. Dziś akurat świętujemy 79 rocznicę zakończenia II wojny światowej w Europie. Data jest jednakże tylko symboliczna, bo ostatni żołnierze Wehrmachtu złożyli broń długo po tej dacie, grasując choćby w śląskich lasach. W Azji zaś Japonia kapitulowała oficjalnie 2 września 1945 roku. Fakty te nie zakłóciły jednak euforii, która ogarnęła cały świat. Dobra Nowina nie eliminuje ze świata zła, cierpienia i żałobnych tonów. Jednakże jej Światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie jest w stanie ogarnąć.
- Historia ta nie jest baśnią. Nie dzieje się za siedmioma górami i siedmioma rzekami. Areną pierwszej sceny jest świątynia Pańska w Jerozolimie. Czas również jest określony – w czasach historycznego króla Heroda zwanego Wielkim. Boża historia nie jest jakąś alegorią, ideologią, opium dla mas. Bóg działa w konkretnym czasie i miejscu. Całe Pismo Święte, jak i historia Kościoła oraz mojego życia świadczą, że nie było to tylko wydarzenie jednostkowe. Nitki bożego działania są gęsto wplecione w osnowę rzeczywistości.
- Pamiętam z lat licealnych, jak w grupce oazowej znalazłem sobie cichą przystań. To był mój azyl, gdzie czułem się akceptowany, kochany. Nie musiałem tu brać udziału w wyścigu szczurów, ostrej rywalizacji, w bezustannym udowadnianiu sobie i innym wszystkiego. Przy kościele spędzałem długie wieczory. Całkowicie oderwany od toksycznej rzeczywistości. Z rozpędu wybrałem się do seminarium duchownego. Właściwie nie z jakiegoś poczucia powołania, z marzeń o byciu księdzem. Chciałem tylko by ten spokój trwał bezustannie. Cena tego spokoju wydawała się tak niewielka – pobożność i wierność. Seminarium szybko wyleczyło mnie z tej utopii. Zwłaszcza, że trafiłem do osławionego seminarium sosnowieckiego i osobiście zetknąłem się z bohaterami ostatnich skandali. Przełożeni tuż przed pierwszymi święceniami zdecydowali, że nie nadaję się na księdza. Musiałem zrzucić sutannę i wrócić do normalnego życia. Miałem żyć, a nie wić sobie gdzieś przytulne gniazdko na plebanii. Wróciłem zatem do wspólnoty z której wyszedłem. Chciałem w gronie przyjaciół lizać swoje rany. Na parafii jednakże patrzono na mnie wilkiem. Poczułem się jak Zachariasz i Elżbieta z Łukaszowej Ewangelii. Oni z pewnością za swoimi plecami też słyszeli te szepty: Niby tacy pobożni, święci… Z pewnością to tylko pozory skoro Bóg ukarał ich brakiem potomstwa.
- Gdy w życiu jest źle, dotyka mnie jakieś niespodziewane pasmo nieszczęść, próbuję zrozumieć co się stało. Szukam winowajcy. Albo w sobie – kończy się to zwykle depresją i prostą drogą w kierunku autodestrukcji. Albo w innych – staję się pełnym żalu i zgryzoty nienawistnikiem. Obwiniać też mogę Boga. Z tych co mimo wszystko pozostaną wierni, Bóg łaskawie kiedyś zdejmie hańbę i ciężary. A nawet jeśli inne będą Jego plany, dźwigać je będzie razem z nami. Dobra Nowina nie jest tekstem marketingowym, cyklem reklam, gdzie słodkie słowa obiecują wygodne życie w luksusie i wieczną młodość. Bóg pragnie żywej ze mną relacji, a nie tylko ofiar z kadzidła, kościółkowych gładkich formułek i bizantyjskich (trydenckich) rytuałów.
- „Bóg, w samym sobie nieskończenie doskonały i szczęśliwy, zamysłem czystej dobroci, w sposób całkowicie wolny, stworzył człowieka, by uczynić go uczestnikiem swego szczęśliwego życia. Dlatego w każdym czasie i w każdym miejscu jest On bliski człowiekowi. Bóg wzywa człowieka i pomaga mu szukać, poznawać i miłować siebie ze wszystkich sił.” Tak zaczyna się Katechizm. Bóg wezwał Zachariasza do czegoś więcej niż tylko nienaganne postępowanie. Wyznaczył mu konkretne zadanie.
- Wielokrotnie w mediach społecznościowych spotkałem się z opiniami tradycyjnych katolików, że zanim przeczyta się Pismo Święte, powinno się wpierw zapoznać się z katechizmem i wedle niego żyć. Dopiero wtedy uniknie się pokusy swobodnego, a przez to niejednokrotnie błędnego interpretowania Biblii. Tymczasem Katechizm od pierwszych punktów wzywa mnie nie do głoszenia zasad moralności lecz do głoszenia Ewangelii. Bóg chce, bym świadczył wszystkim bez wyjątku, że ich przeznaczeniem jest dziedziczenie szczęśliwego Bożego życia. Wiara to nie moja prywatna sprawa – mój światopogląd, mój system wartości etycznych. Wiara to skarb, który się przekazuje z pokolenia na pokolenie.
- Czasami mogę sobie pomyśleć, że od tego są inni. Że samym moralizowaniem i wytykaniem cudzych błędów spełniam już swoją misję. Jeśli jednak moje zdroworozsądkowe podejście lub przywiązanie do strefy osobistego komfortu rozmija się z Bożym posłannictwem, lepiej żebym zamilkł jak Zachariasz. Głoszenie własnych słów a nie Bożych zazwyczaj źle się kończy.


