O Grzegorz Molitorys

Grzegorz Molitorys - z wykształcenia: dziennikarz, z zawodu: archiwista, z zamiłowania: bloger i poeta, z powołania: mąż i ojciec.

Poznać i dać się poznać

  • Czytając powyższe słowa z uwagą, może niejednego zaskoczyć, że Jan wypiera się wcześniejszej znajomości Jezusa. Przecież to niemożliwe! Byli wszak kuzynami. W ówczesnych czasach więzy rodzinne były jeszcze ściślejsze i istotniejsze niż dzisiaj. Dodatkowo obydwoje byli jedynakami. Nie mogli się zatem przeoczyć w tłumie krewniaków. Prawda – Jan większość swojego dotychczasowego życia spędził w pewnym odosobnieniu na pustyni. Być może we wspólnocie esseńczyków. Przygotowywał się tam duchowo do swojej życiowej misji. Trudno sobie jednak wyobrazić, by całkowicie zerwał relacje ze swoimi rodzicami. Przecież tak długo na niego czekali! Elżbieta z całą pewnością wiedziała, kim jest Syn Maryi. Doświadczyła tego tak mocno jeszcze przed Jego narodzeniem. Ta wiedza całkowicie przemieniła jej życie. Cóż z tego, że Jezus prowadził spokojne życie w Nazarecie. Jej syn równie długo czekał na moment wskazany przez Boga. Pomimo tych faktów Jan uroczyście zapewnia: Ja Go nie znałem.
  • Można kogoś znać przez wiele lat i nic o nim nie wiedzieć. W dzisiejszych czasach, gdy każdy zatopiony jest przez większość czasu w rzeczywistości wirtualnej, jest to coraz częstsze zjawisko. Czytając reportaże po dramatycznych wydarzeniach, często czytam słowa najbliższych i znajomych, że nic nie zapowiadało dramatu. To był spokojny, normalny chłopak. Co w niego wstąpiło – zadają sobie pytanie. Znali go, codziennie się z nim widzieli, ale nie wiedzieli, co się dzieje w jego wnętrzu. Z drugiej strony jest sytuacja, gdy ktoś ma gigantyczną wiedzę na czyjś temat, ale tej osoby osobiście nie zna. Ilość informacji, nawet bardzo intymnych, gromadzonych na nasz temat jest przerażająca. Może to i dobrze, że nie jestem tego w pełni świadomy, co o mnie gdzieś tam wiedzą i do czego wykorzystują tę wiedzę. Pod choinkę dostałem smartbanda. Już tam ktoś w Chinach wie, gdzie chodzę, kiedy i jak śpię, jakie mam ciśnienie krwi itd.
  • Janowi (Chrzcicielowi i Ewangeliście) chodzi zatem o inną znajomość. O ścisłą więź, zjednoczenie, poznanie dogłębne i przyjęcie. Nie na darmo w ich kulturze „poznaniem swego małżonka” nazywano stosunek płciowy. Dlatego Maria pytała Gabriela jakże się to stanie, skoro NIE ZNA męża. Poznać Jezusa to ściśle się z Nim zjednoczyć. Zespolić się, by na świat patrzeć Jego Oczami, by serce biło w Jego rytmie, by zamiast własnej woli kierować się Jego wolą. Tam nad Jordanem Jan musiał to sobie wszystko uzmysłowić. Znajomość i wiedza o Jezusie została umocniona i przemieniona przez wiarę. Dlatego z taką mocą i przekonaniem mógł zaświadczyć, że Jezus jest Synem Bożym. Takiej znajomości Pana życzę tobie i sobie. Niech się tak stanie.

Ewangelia (J 1, 29-34)

Chrystus jest Barankiem, który gładzi grzech świata

Jan zobaczył podchodzącego ku niemu Jezusa i rzekł: «Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata. To jest Ten, o którym powiedziałem: „Po mnie przyjdzie Mąż, który mnie przewyższył godnością, gdyż był wcześniej ode mnie”. Ja Go przedtem nie znałem, ale przyszedłem chrzcić wodą w tym celu, aby On się objawił Izraelowi».

Jan dał takie świadectwo: «Ujrzałem ducha, który zstępował z nieba jak gołębica i spoczął na Nim. Ja Go przedtem nie znałem, ale Ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą, powiedział do mnie: „Ten, nad którym ujrzysz ducha zstępującego i spoczywającego na Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym”. Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym».

By oświecić to, co w mroku i cieniu

Łk 1, 78b-79

Na bożonarodzeniowej choince skrzą się lampki. Światełka odbijają się od szklanych bombek, oświetlając pomieszczenie barwnymi plamami. Ich blask jest niczym w porównaniu z żarem wschodzącego słońca. Podobnie nasza dobroć i otwartość na drugiego człowieka, która w wigilijny wieczór wznosi się na szczyty swoich możliwości, jest niczym w porównaniu z olbrzymią miłością Jezusa, który przychodzi na świat, aby się nam oddać całkowicie. Spoglądając na Dzieciątko złożone w żłobie, instynktownie pragniemy Je chronić, otoczyć ciepłem, przytulić. Tyle w nas tkliwości, gdy nucimy Mu kołysanki. Niech te uczucia i te pragnienia rosną w sercu, za każdym razem, gdy rodzi się tam jakiekolwiek pragnienie dobra, przebaczenia, służby. Gdy pogrążone w mroku i cieniu śmierci człowieczeństwo odkrywa w sobie pokłady miłości, walczmy o to Życie, które się znów rodzi. Tego sobie i Wam wszystkim z całego serca życzę.

Wesołych Świąt!

Oni są dorośli, więc robią, co chcą.

Łk 1,61

  • Tytułowe zdanie jest odpowiedzią mojego syna, ucznia liceum, na pytanie, czy jego znajomi, z którymi gra teraz w grę komputerową nie obchodzą świąt. Nawet sam zaangażowałem się w przygotowywanie świątecznych wypieków. (Mam nadzieję, że wyjdzie mi sernik z gruszkami). Wokoło wesoło pobrzmiewa przedwigilijna krzątanina. Należy uporządkować, wypucować do czysta swoje serca, relacje, mieszkania i kuchenne zapasy. Na szczęście kupując prezenty, nie wyczyściłem do czysta portfela. Ostatnie zapasy zapału oraz radości mobilizuję na finał tego Adwentu. Dlatego o tak późnej porze zamieszczam ten ostatni wpis moich adwentowych rekolekcji. Zajęć zatem co niemiara. Niektórzy jednak wciąż grają w swoje gry. Bo chcą. Ale czy tak jest rzeczywiście?
  • Z dumą podkreślam swoją wolność, niezależność poglądów, swobodę wyborów. Tymczasem bez przerwy jestem pod presją. Nie tylko własnych przyzwyczajeń, rutyny i nałogów. Presję wywierają na mnie wszyscy, z którymi konfrontuję swoje własne zdanie. Albo to co uważam za własne zdanie. Zazwyczaj za swoje uznaję poglądy innych, zasłyszane, przeczytane, dostrzeżone. Jeśli jakąś opinię usłyszę z trzech, czterech ust, natychmiast uznaję ją za prawdziwą i powszechną. Tak mówią wszyscy! Potoki informacji zalewają mnie bardziej niż wody potopu. Do czasów przeszłych trzeba zaliczyć tę epokę, kiedy swoje sądy opieraliśmy na własnym doświadczeniu. Dziś wyrocznią są portale społecznościowe a nawet magazyny plotkarskie.
  • Na Elżbietę i Zachariasza wywierała presję cała grupa sąsiadów i krewnych. Z ich ust słyszeli uświęcone „nikt” oraz „wszyscy”. Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię. Przecież taki jest zwyczaj, tak decydują wszyscy. Nie ma o czym dyskutować. Kierując się opinią innych, a nie Bożą wolą, własnym rozsądkiem i sumieniem, wychowanie dziecka staje się drogą pełną pułapek. Zaczyna się od wyboru imienia. Wcale się nie dziwię, że w szkołach funkcjonują przezwiska. Jak zawołać w czasie przerwy konkretnego Antosia, Kubę, Zuzę czy Julcię? Później już idzie z górki. Przecież wszystkie dzieci są tak karmione, już od kołyski uspokajane są ekranami, na komunię dostają kolejne smartfony. To normalne, że wszyscy chłopcy grają na smartfonach i coraz później chodzą spać. To normalne, że po północy najlepiej czatować z przyjaciółkami. Przecież wszyscy są wtedy w sieci… Jan wychowywany był wedle Bożego planu. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: «Kimże będzie to dziecię?» Bo istotnie ręka Pańska była z nim.