Jednego ci tylko brakuje.

Mk 10,17-27

man-1205084_1280

Było to młody, pobożny i ambitny młodzieniec. Usłyszał Jezusowe “Pójdź za mną” i ujrzał Jego spojrzenie pełne miłości. Wspaniały kandydat do grona Dwunastu. Dlaczego zatem coś poszło nie tak? Dlaczego nawet nie poznaliśmy jego imienia zamiast czcić wspólnie z apostołami? Albowiem czegoś mu widocznie brakowało. Większej ufności w Boga, niż we własną doskonałość.

Bardzo często daję się złapać w pułapkę kupczenia łaską Bożą. Wystarczy jedno błędne założenie, które być może przejęte jest z dzieciństwa – z relacji z rodzicami. Na miłość i dobro trzeba sobie zasłużyć. Też tak masz? Jeśli będę grzeczny, dostanę nagrodę. Jeśli posłusznie spełnię wszystkie przykazania, Bóg wynagrodzi mój trud niebem. Ja ustalam cenę jaką płacę za pożądany towar. A skoro płacę, to i wymagam. Stąd pretensje, gdy pomimo bycia pobożnym, nie otrzymuję więcej, niż ci bezbożnicy.

Życie z Bogiem tymczasem nie polega na przekupywaniu Go dobrymi uczynkami, na przestrzeganiu przykazań. Jest odpowiedzią miłości na miłość.Kto zaś kocha, bezinteresownie udziela daru, przede wszystkim z samego siebie. Piotr, Andrzej, Jan i Jakub porzucili wszystko co mieli i poszli za Jezusem. Nawet nie tracili czasu na spieniężanie swego majątku i czynienie jałmużn. Szkoda czasu im było na zbyteczne rozstrzyganie, czy są już tego godni, czy jeszcze nie. Usłyszeli wezwanie Jezusa i poszli za głosem miłości w swoich sercach. Odpowiedź dana z miłością zawsze rodzi radość. Nawet jeśli wiąże się ze stratą i pokonywaniem trudności.

Młodzieniec wszystko sobie wpierw skalkulował i …odszedł zasmucony.

U Niego jest miłosierdzie.

Syr 5, 1-8
Mk 9, 41-50

Syr5,5

Nigdy nie mów nigdy! Takich porad dotyczących skrajności słyszę wiele. Podobnie jak ostrzeżeń przed wszelkiej maści fundamentalizmami i radykalizmami. Sam mam dość i głośno wyrażam sprzeciw, gdy nie potrafię wykorzenić u starszego syna nieumiarkowanego czytania książek i grania w gry komputerowe. Marzy mi się złoty środek w życiu.  Pragnę wyrównania pagórków i dołków, by życie toczyło się jednostajnie, jak po maśle. Niepokoje, pokusy i wyrzuty sumienia zagłuszam uparcie powtarzanymi mantrami w stylu: “Byle do przodu”, “Jakoś to będzie”, “Tylko spokojnie”. Mrużąc oczy, patrzę na świat przez pastelową mgłę.

Tymczasem rzeczywistość, pomimo chóralnych zaklęć, upiera się być czarno-biała. Jedni drugim skaczą sobie do gardeł, nie znając co to kompromis. Więcej, mocniej, szybciej, natychmiast! Ścieżka życiowa to istne Himalaje. Dotyczy to też kwestii wiary. Coraz głośniej słychać przeciwników Kościoła, ale i wojujący katolicy są coraz butniejsi. Skrajne poglądy kształtują się również w kwestii zbawienia.

Z jednej strony podkreślam niezgłębioną wielkość Bożego Miłosierdzia. Ufam, że każdy człowiek dobrej woli przyjęty ma być z otwartymi ramionami przez Ojca. Właściwie wystarczy być w miarę uczciwym i porządnym. W niebie niektórzy oczekują spotkania z Gandhim, Judaszem, a nawet Hitlerem. Wszak z ostatnim oddechem mógł żałować wszystkiego. Prawda? Właściwie dla Boga nie ma nic niemożliwego więc czemu miałby i nie zbawić Szatana? Z miłością zatem spoglądam nie tylko na swych wrogów, ale i muzułmanów, ateistów. Pobłażliwie patrzę na słabości wszystkich. I na siebie samego. Bóg i tak mi wszystko wybacza, więc po co te skrupuły w sumieniu…Właściwie lepiej nie wyznawać tych grzechów w spowiedzi, bo jeszcze się ksiądz poczciwina zgorszy. Bóg i tak zna moje serce. Odprawiłem pierwsze piątki miesiąca więc mogę przymknąć oczy na to i owo…

Z drugiej strony surowy głos przypomina mi, że wszyscy ludzie są grzesznikami. Właściwie szczytem mych marzeń jest czyściec w nagrodę za sumienne wypełnianie wszystkich przykazań i godziny na kolanach. Poza Kościołem nie ma wszak zbawienia, a tego Kościoła coraz mniej nawet w samym Kościele. Ba! Sam papież już jest podejrzany, czy to nie Antychryst, który zwodzi nieszczęśników na manowce. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina! Oblężona twierdza wiary trzeszczy w szwach, ale się nie poddaje. Moce piekielne jej nie przemogą, dopóki moja pierś jest przedmurzem prawdziwego chrześcijaństwa.

Ciarki mnie przechodzą słysząc głosy jednych i drugich. Szukam wytchnienia w modlitwie i Piśmie Świętym. Dzisiejsze czytania jednak wpisują się w ten radykalny nurt.

Nie mów: Jego miłosierdzie zgładzi mnóstwo moich grzechów. U Niego jest miłosierdzie, ale i zapalczywość, a na grzeszników spadnie Jego gniew karzący. Grzmi w pierwszym czytaniu Jezus, syn Syracha.

Lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła, gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie. Potwierdza w Ewangelii Jezus, Syn Boży.

Miłość Jego bowiem to szczyt radykalizmu. Nikt nie ma większej miłości od tego, który życie oddaje za swego przyjaciela. Jezus poszedł na krzyż, gdy wszyscy byliśmy jeszcze zatwardziałymi grzesznikami. Co więcej – umarł też za każdego człowieka, który był, jest i będzie. Miłosierdzie Boże nie zna granic. To prawda. Ale miłość domaga się wzajemności. Miłość chce być równie mocno kochana, na ile sama spala się dla umiłowanego. Jezus chce mojej totalnej świętości. Gdyż tylko święci nie spłoną ze wstydu stając twarzą w twarz przed Najświętszym Obliczem. Dlatego Jezus wzywa mnie i ciebie do radykalnego odcięcia się od wszelkiej niedoskonałości i skazy. Łańcuchy, które wstrzymują mnie przed rzuceniem się w odmęt Bożego przebaczenia, muszą być przerwane.

Człowiek zrywając komunię z Bogiem traci swoje pierwotne piękno i doprowadza do oszpecenia wszystkiego wokół siebie. Wszystko, co wcześniej odsyłało do Ojca Stworzyciela i Jego nieskończonej miłości, teraz nosi smutny i przygnębiający znak ludzkiej pychy i zachłanności. Jednakże Pan nie zostawia nas samych i nawet w tym ponurym obrazie daje nam nową perspektywę wyzwolenia, powszechnego zbawienia. To słowa papieża Franciszka wypowiedziane podczas dzisiejszej audiencji.

Proszę Cię Panie, bym przestając przymykać oczy na zło we mnie i wokół siebie, nie zwątpił wobec tej smutnej i przygnębiającej rzeczywistości, ale bym czynnie dał odzew na Twą ofertę wyzwolenia i powszechnego zbawienia.

Światło

Ml 3, 1-4

Burning_candle_on_black_background

Wszystko było jasne. Jak płomyk świecy. Prorok zapowiedział  posłańca przygotowującego drogę. Posłaniec ogłosił przybycie Pana. Anioł Przymierza pojawił się w Świątyni jako Światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Izraela. Pojawił się nie jeden raz. Przez trzy lata napełniał Ziemię Świętą blaskiem Swojej nauki. Rozjaśniał mroki nieznajomości Świętego Oblicza Pana. Wszak od czasu Mojżesza nikt nie rozmawiał z Bogiem twarzą w twarz, jak się rozmawia z przyjacielem.

Pomimo tego, większość pozostała w ciemności niewiary. Swoi Go nie przyjęli, nie rozpoznali. Wielu spośród tych, którzy Go rozpoznali, wolało pozostać w cieniu. Gdyż z kupiecką smykałką do kalkulowania wszystkiego, doszli do wniosku, że nierozpoznawanie Pana bardziej im się opłaca niż realna metanoia. I tak posłańca skrócili o głowę, a  Anioła Przymierza przybili do drzewa krzyża. Przekreślili Tego, którego oczekiwali, którego pragnęli.

Wpatruję się w płomyk świecy. Spoglądam głębiej – do swego sumienia. Świeca pomaga rozjaśnić najciemniejsze zakamarki jestestwa. Oczekuję Pana, pragnę z Nim przebywać. Czy to tylko wyuczone słowa, pobożna papka wtłaczana w trybiki myśli od dzieciństwa? Czy też rzeczywiste pragnienie, które pcha mnie, jak Symeona, do świątyni? Oczekiwanie, które zmusza, bym z uwagą spoglądał w każdą twarz, by rozpoznać Oczekiwanego.

Niech ta świeca w mej dłoni będzie pochodnią posłańca zwiastującego Miłość, a nie gromnicą wtykaną w martwe dłonie pogrążonego w mroku śmierci.

Dziękuje Panie za Twe światło. Sygnalizację na skrzyżowaniach i przejściach.