Wzruszył się

Wpierw przeczytaj: Łk 10, 30-37

Théodule-Augustin_Ribot_-_The_Good_Samaritan_-_WGA19393

Dwadzieścia lat temu, gdy byłem młodym, ambitnym studentem, po rekolekcjach prowadzonych przez poczciwego ojca staruszka, wbił się nam w głowę cytat często przez niego powtarzany. „Ojciec wzruszył się głęboko”. Ponieważ rekolekcje były aż nadto sentymentalne, przez długi czas szyderczo cytowaliśmy to zdanie przy każdym safandule i każdym panikującym przed egzaminami. Dziś, może już bez szyderstwa, te słowa ciągle wzbudzają lekki uśmiech na twarzy.

Łukasz w swej Ewangelii przytacza je w dwóch przypowieściach. Głęboko wzrusza się Ojciec na widok powracającego marnotrawnego syna. To samo wzruszenie przejawia też dobry Samarytanin. Ta zbieżność nie może być przypadkowa. Każde głębokie poruszenie serca na widok ludzkiego nieszczęścia upodabnia mnie bowiem do Boga Ojca.

Współczucie, dobroczynność, miłosierdzie, charytatywność, wolontariat… Wielkie sprawy i wielkie akcje. Owa wielkość czasami paraliżuje i daje pretekst, by odpuścić sobie jak kapłan i lewita z przypowieści. Tymczasem realizowanie Jezusowego polecenia „Idź i ty czyń podobnie!” nie musi być takie trudne, jak się wydaje. Jezus podpowiada, że nie potrzeba od razu sprzedawać swojego majątku, by rozdawać go biednym i potrzebującym. Pomoc Samarytanina jest bardzo wymierna. Nie rozdaje wszystkiego co ma. Nie wciska też grosza do omdlałej dłoni pobitego. Daje dokładnie to, co jest w tej chwili potrzebne i tylko tyle, ile trzeba. W sam raz, by dojść do siebie i godnie wrócić do domu. W tym wypadku równowartość dniówki.

Samarytanin nie zakłada też od razu sieci szpitali i przytulisk, nie zmienia swojej profesji. Robi tylko to, co podpowiada mu ludzki odruch serca. Ważne jednak, że wzruszenie na widok niedoli od razu porusza go do działania. Ranny nie potrzebował wzruszenia, westchnienia, narzekania na brak bezpieczeństwa na drogach. On wymagał natychmiastowego opatrzenia ran. Otrzymał to od Samarytanina. W mediach można obejrzeć wiele „wyciskiwaczy łez” promujących ludzką wrażliwość społeczną. Czy one tylko mają mnie podbudowywać moralnie, że potrafię się wzruszać, czy też pobudzają do konkretnej pomocy? Bardziej konkretnej niż polubienie na facebooku.

Ludzkiego cierpienia, niedoli jest tak wiele wokoło. To nie tylko uchodźcy, bezdomni, chorzy. Ale zmęczona żona po pracy, dziecko męczące się z pracą domową, pies niecierpliwie oczekujący na spacer, śmieci do wyrzucenia, talerze do pozmywania, smutna twarz zapracowanego sprzedawcy…

Wzruszę się głęboko i pomogę, czy też wzruszę … ramionami?

Winnica

Wpierw przeczytaj: Iz 5,1-7, Mt 21,33-46

Vineyard_Sunset_(14920604135)

Winnica  – ogród rozkoszy, słodyczy i radości. Pan bierze mnie i ciebie w swoje dłonie z takimi samymi uczuciami jak wtedy, gdy sięgam po kiść przepysznych winogron. Moje z nim obcowanie – czyli wiara – to uczta.

Zapoznając się z podanymi nam przez Kościół fragmentami Pisma Świętego, pierwszą reakcją zazwyczaj jest uderzenie się w piersi. Oczywiście, że jestem wśród tych nieuczciwych dzierżawców, którzy chcą sobie przywłaszczyć to, co do nich nie należy. Chcę być wyłącznym panem winnicy swego życia. To moje życie i mam niekłamane prawo robić z nim co mi się żywnie podoba! Klechom, politykom, starszym, rodzicom… wara od tego! Tak dobrze znana jest ta śpiewka, że chcę dziś zwrócić uwagę na coś innego.

Czytając Biblię zazwyczaj wyczekuję karcącego głosu Boga. Sięgam po Słowo Boże i od razu wyciągam rękę po karcący cios linijką po łapach. To prawda, że Ojciec niebieski upomina i karci. Ale, jak każdy rodzic, przede wszystkim kocha swoje dziecko i troszczy się o niego. Boża miłość do mnie jest niewyobrażalna i bez granic. I nawet jeśli zdarza mi się ten słodki dar odrzucić od siebie, jak kamień uznany przez budujących za nieprzydatny, to ciągle może się on stać fundamentem czegoś wspanialszego!

Może warto, od czasu do czasu, przestać z góry zakładać, że niebo jest poza moim zasięgiem i przygotowuję się do czyśćca? Może warto na moment przestać bić się w piersi, by wyciągnąć ręce do kochanego Ojca, mego Przyjaciela? Czas wydać słodkie owoce miłości. Niech uczta trwa!

 

Samarytanie

Wpierw przeczytaj: Łk 9,51-56

refugees

Samarytanie byli kimś obcym dla prawowiernych żydów. Co zapalczywsi rzekliby, że byli paskudnym wrzodem wszczepionym przez Persów w czasach niewoli babilońskiej. Byli kimś w rodzaju imigrantów, którzy przez wieki nie potrafili i nie chcieli się do końca zasymilować. Pomimo tego, że w zasadzie przyjęli wiarę w Jedynego Boga, to uparcie pozostawali sobą. Nie pozwalali zapominać o swojej odrębności. Inność zmusza do ustosunkowania. Najczęściej wyzwala uczucia strachu i nieufności.

Najlepszą obroną jest atak. Agresja rodzi chęć rewanżu. Rany podziału leczą się najdłużej. Konflikt narasta…

Ponieważ bezpośrednie spotkanie wrogów może się źle skończyć, żydzi zwyczajowo do Jerozolimy pielgrzymowali okrężną drogą wzdłuż Jordanu. Decyzja Jezusa by pielgrzymować przez Samarię, musiała zatem mocno zirytować apostołów. Gdy spotkali się z problemami po drodze, pewnie pod nosem sobie mruczeli: A nie mówiliśmy? Ja wiedziałem, że tak będzie. Zawsze tak jest z tymi psami. Oby ich ogień pochłonął!

W mojej parafii żaden z księży nawet nie wspomniał, że rozpoczął się Tydzień Modlitwy za Uchodźców. Może nie chcą wtykać kolejnego kija w to mrowisko? Trwa gorąca dyskusja, czy przyjmować uchodźców i w ten sposób narażać się na niebezpieczeństwo, czy też pomagać im w ich własnych środowiskach. Zanim się odpowie na to pytanie, potrzebna jest jednak wcześniejsza zmiana myślenia.

Nie znajdę właściwego rozwiązania, dopóki nie zrozumiem w pełni, że ten ktoś inni to też człowiek jak ja. Uchodźcy to „nie liczby, tylko osoby: to twarze, imiona, historie życia i odpowiednio do tego należy ich traktować” – przypomnę słowa papieża Franciszka.

Naturalnym priorytetem człowieka jest zapewnienie bezpieczeństwa sobie i własnym bliskim. Oddanie życia za osobę obcą to szczyt świętości, do jakiej wzywa mnie Jezus. Wiem, że nim ten szczyt osiągnę, muszę pokonywać małymi kroczkami kolejne etapy. Zawsze w górę!  Inni dla mnie to nie tylko imigranci, innowiercy, czy ludzie o odmiennej orientacji politycznej lub seksualnej. Innym, który mnie irytuje, może być nawet ktoś tak bliski jak żona (chyba z Wenus tu spadła) lub własne dziecko, które ciągle gasi moje oburzenie argumentem, że wszyscy jego znajomi tak robią. Nie akceptować mogę nawet samego siebie.

Obym zaczął oswajać się z innością.