Ora et labora

Święto świętego Benedykta – patrona Europy

1024px-Image-Norcia2

W szkole podstawowej, podczas lekcji historii, które były największą dla mnie atrakcją, co chwilę zadawałem sobie pytania. Po powrocie do domu, koniecznie chciałem poznać szczegóły, które nauczycielka pominęła, trzymając się programu. Szybko moja domowa biblioteczka zapełniała się kolejnymi książkami historycznymi. Nie było wtedy internetu i wikipedii, więc czytałem książkową encyklopedię. Do dzisiaj historia jest moją pasją.

Jednym z takich intelektualnych wyzwań, które przez lata mnie nurtowały, było wypełnienie całkiem pokaźnej dziury w mojej wiedzy wyniesionej ze szkoły podstawowej, a nawet liceum. Co się działo w Europie pomiędzy upadkiem zachodniego Cesarstwa Rzymskiego a panowaniem Karola Wielkiego. Toć to przecie prawie 300 lat! Więcej niż całe dzieje Polski Jagiellonów i Wazów, o której już wtedy potrafiłem mówić godzinami. Jak rodziła się współczesna Europa?

Były to czasy potężnego zamętu. Powstawały i upadały królestwa. Toczyły się wojny, ginęła dotychczasowa cywilizacja. Czytałem ostatnio fajną powieść historyczną. Trylogię arturiańską Cornwella (Jedyny minus, że bardzo antychrześcijańska). Opowiada ona dzieje współczesnej Walii w VI wieku. Tereny te, opuszczone przez Rzymian, stały się terenem dzikich walk pomiędzy miejscowymi Brytami, a przypływającymi hordami wygłodniałych i żądnych ziemi Anglów i Sasów. Wśród tych rzezi, od czasu do czasu, pojawia się refleksja bohaterów. Spoglądając na ruiny rzymskich term z centralnym ogrzewaniem, akweduktów i mostów żałowali, że sztuka ich budowania odeszła wraz z ich twórcami. Czas się niejako cofnął. Nastały rzeczywiście ciemne wieki.

Rzymianie odeszli, ponieważ po wiekach dobrobytu zdegenerowali się w luksusie. Zniewieścieli. Nie dali rady powstrzymać kolejnej fali bitnych wojowników z Centralnej Europy, którzy stali o wiele niżej cywilizacyjnie i kulturowo, ale za to walczyć potrafili. I przede wszystkim im się chciało. Po zwycięstwie walczono dalej, wydzierając sobie nawzajem połacie opanowanej ziemi.

Podczas tego chaosu, we Włoszech, które były wówczas pod panowaniem Ostrogotów, działał święty Benedykt. Wokół jego pustelni zaczęli gromadzić się mnisi, którzy dali początek zachodniemu monastycyzmowi. Właśnie dla nich, na Monte Cassino, Benedykt napisał Regułę. Zasadniczą cechą Reguły św. Benedykta jest umiar.  We wszystkim: w modlitwie, uczynkach pokutnych, w pracy i w spoczynku, w posiłku i piciu święty Benedykt zalecał umiar: „złoty środek”.  Dewizą Patriarchy było: Ora et labora – módl się i pracuj. Tylko modlitwa i praca mogły ostudzić Europę targaną żądzą krwi.

Reguła św. Benedykta wywarła poważny wpływ na całe życie Europy Zachodniej. Dzieło św. Benedykta jest imponujące i niepowtarzalne. Benedyktyni przez długie wieki byli najpotężniejszą rodziną zakonną na świecie.  Przez założony przez siebie zakon Benedykt przyczynił się nie tylko do pogłębienia życia religijnego w Kościele, ale i szeroko rozumianej kultury. To mnisi benedyktyńscy gromadząc i kopiując starożytne księgi, przechowali wiedzę, która już wydawała się utracona. Wprowadzając plemiona germańskie do kręgu rodzin chrześcijańskich, uczynili z tych wojowniczych ludów, cywilizowane narody. Wokół ich klasztorów powstawały miasta, a ich gospodarstwa były wręcz nowoczesnymi korporacjami. Wystarczy wybrać się na Dolny Śląsk by podziwiać stworzony przez cystersów zespół prawie 300 stawów rybnych zajmujących powierzchnię 77 km².

W tak przygotowanej Europie mogło powstać cesarstwo Karola Wielkiego. A wraz z nim tzw. renesans karoliński – powstawanie sieci szkół, odnowienie literatury i malarstwa.

Warto wspominać postać Benedykta zwłaszcza dzisiaj. Gdy nasza europejska rzeczywistość coraz bardziej przypomina ostatnie lata istnienia Cesarstwa Rzymskiego. Z południa i ze wschodu nadciągają tłumy żądnych ziemi i bogactwa imigrantów.

Pamiętać o opacie z Monte Cassino będę także sam, w chwilach, gdy wszystko mi się sypie. Gdy wokół mnie, lub we mnie samym, panuje chaos i bałagan. Pozornie nie do opanowania. W takich momentach obym pamiętał o złotym środku. O równowadze w mym życiu pomiędzy pracą, modlitwą i odpoczynku.

Ora et labora… i subskrybuj mój blog.

 

Samarytanie

Wpierw przeczytaj: Łk 9,51-56

refugees

Samarytanie byli kimś obcym dla prawowiernych żydów. Co zapalczywsi rzekliby, że byli paskudnym wrzodem wszczepionym przez Persów w czasach niewoli babilońskiej. Byli kimś w rodzaju imigrantów, którzy przez wieki nie potrafili i nie chcieli się do końca zasymilować. Pomimo tego, że w zasadzie przyjęli wiarę w Jedynego Boga, to uparcie pozostawali sobą. Nie pozwalali zapominać o swojej odrębności. Inność zmusza do ustosunkowania. Najczęściej wyzwala uczucia strachu i nieufności.

Najlepszą obroną jest atak. Agresja rodzi chęć rewanżu. Rany podziału leczą się najdłużej. Konflikt narasta…

Ponieważ bezpośrednie spotkanie wrogów może się źle skończyć, żydzi zwyczajowo do Jerozolimy pielgrzymowali okrężną drogą wzdłuż Jordanu. Decyzja Jezusa by pielgrzymować przez Samarię, musiała zatem mocno zirytować apostołów. Gdy spotkali się z problemami po drodze, pewnie pod nosem sobie mruczeli: A nie mówiliśmy? Ja wiedziałem, że tak będzie. Zawsze tak jest z tymi psami. Oby ich ogień pochłonął!

W mojej parafii żaden z księży nawet nie wspomniał, że rozpoczął się Tydzień Modlitwy za Uchodźców. Może nie chcą wtykać kolejnego kija w to mrowisko? Trwa gorąca dyskusja, czy przyjmować uchodźców i w ten sposób narażać się na niebezpieczeństwo, czy też pomagać im w ich własnych środowiskach. Zanim się odpowie na to pytanie, potrzebna jest jednak wcześniejsza zmiana myślenia.

Nie znajdę właściwego rozwiązania, dopóki nie zrozumiem w pełni, że ten ktoś inni to też człowiek jak ja. Uchodźcy to „nie liczby, tylko osoby: to twarze, imiona, historie życia i odpowiednio do tego należy ich traktować” – przypomnę słowa papieża Franciszka.

Naturalnym priorytetem człowieka jest zapewnienie bezpieczeństwa sobie i własnym bliskim. Oddanie życia za osobę obcą to szczyt świętości, do jakiej wzywa mnie Jezus. Wiem, że nim ten szczyt osiągnę, muszę pokonywać małymi kroczkami kolejne etapy. Zawsze w górę!  Inni dla mnie to nie tylko imigranci, innowiercy, czy ludzie o odmiennej orientacji politycznej lub seksualnej. Innym, który mnie irytuje, może być nawet ktoś tak bliski jak żona (chyba z Wenus tu spadła) lub własne dziecko, które ciągle gasi moje oburzenie argumentem, że wszyscy jego znajomi tak robią. Nie akceptować mogę nawet samego siebie.

Obym zaczął oswajać się z innością.