O Grzegorz Molitorys

Grzegorz Molitorys - z wykształcenia: dziennikarz, z zawodu: archiwista, z zamiłowania: bloger i poeta, z powołania: mąż i ojciec.

Teściowa

Wpierw przeczytaj: Łk 4,38-41

american gothic

Rozgorączkowana teściowa. Temat morze. Jakże często burzliwe morze, na którym toną nawet stalowe statki. Instynkt macierzyński w kobiecie jest tak silny, że pragnie matkować aż do grobowej deski. I jeśli to matkowanie było źle rozumiane i nie wyprostowane, powstają wciąż nowe kawały o toksycznej relacji z kochaną mamusią. Bo cóż innego zostaje niż opowiadanie kawałów?

Teściowa Piotra mogła być złożona jakąś chorobą. A mogła ją po prostu brać cholera, gdyż jej zięć, zamiast zajmować się domem, włóczył się nie wiadomo gdzie. Interes rybacki upadał. Sytuacja rodzinna też niejasna. Skoro jest teściowa, co się stało z żoną? Czyżby umarła? A dzieci? Z pewnością muszą być, gdyż bezdzietność uznawana była za hańbiącą sprawę dla żonatego mężczyzny. Szymon Piotr nie pozwoliłby sobie na taką skazę na własnym wizerunku. Czyżby były na głowie teściowej?

Piotr, zapraszając swego Mistrza i przyjaciół do dawno nieodwiedzanego domu, zastał zatem nieprzyjemną sytuację, której rozwiązanie nie cierpiało zwłoki. Prośba do Jezusa sama się cisnęła na usta.

O co ja bym prosił Jezusa? Na teściową nie mogę narzekać. Skarb – kobieta. Wcale tego nie piszę z wałkiem kuchennym zawieszonym nad głową. Komuż innemu mogę zawdzięczać urodę, kobiecy wdzięk, charakter oraz pracowitość i gospodarność żony? Chociaż wiem, że gdy trzeba znaleźć winowajcę w domu, ja jestem pierwszym podejrzanym w jej oczach. Życie ludzkie tak się jednak układa, że toksyczne relacje z drugą osobą są nieuniknione. Różnię się od stykających się ze mną ludzi tak bardzo, że tarcie w relacji jest bardzo prawdopodobne. A gdzie jest tarcie, tam podwyższona temperatura. Gorączka.

Mogę walczyć i na siłę dostosowywać człowieka do odpowiadającej formy. Mogę ignorować lub obgadywać za plecami. Mogę też ulegać kosztem własnej osobowości. Mogę w końcu też prosić Jezusa o uzdrowienie relacji. Wszak po to został posłany – by uzdrawiać i zaprowadzać na ziemi królestwo Boże. Królestwo pokoju i miłości. Czy modlisz się za swych bliskich codziennie jak ja?

Z duchem nieczystym

Wpierw przeczytaj: Łk 4, 31-37

The_Scream

Wewnętrzny niepokój może trwać na tyle długo, że przyzwyczajam się do tego podminowania. Wydaje mi się, że wszystko jest w porządku, podczas gdy granat we wnętrzu czeka tylko na byle drobiazg, który wyciągnie zawleczkę. Wkrótce następuje niespodziewany wybuch. Nagły lęk, agresja, irytacja, niejako bez przyczyny. Gdy tylko się uspokoję, uzmysłowię sobie, że cała ta afera była zupełnie bez sensu, powracam w stan pozornego spokoju. Bo to „coś” we mnie ciągle czyha. Tłumione, nienazwane. Też tak może masz?

W tym stanie można chodzić do kościoła. Można się nawet modlić. Choć trudno o skupienie. Łatwo mnie irytuje fałszujący organista, nudne kazanie, biegające dzieci, brak skupienia innych. Przychodzi myśl, że właściwie po co to wszystko, to wyłącznie strata czasu…

Innym razem, gdy spostrzegam jak inni wokół mnie doświadczają radości ze spotkania z Panem, huczą śpiewy, szmer modlitwy językami, w moim sercu i umyśle nie znajduję nic pozytywnego – tylko pustkę wypełniającą się szybko zazdrością i złością. I chciałbym zakrzyknąć w końcu: „Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić?” Ale i na to nie potrafię się zdobyć, gdyż to „coś” co we mnie siedzi, zaciska mi zęby.

Nie twierdzę od razu, że to zły duch, opętanie. Warto jednak zrobić porządny rachunek sumienia. Jaki cień nieczysty mąci mego ducha?

 

Oddalił się

Wpierw przeczytaj: Łk 4,16-30

Sun Sky Walk Landscape Shadow Person Man Trees

Utarło się błogie przekonanie, że Miłosierdzie Boże nie zna granic. Bóg tak pragnie mojego zbawienia, tak bardzo na mnie Mu zależy, że zrobi wszystko, żeby mnie mieć przy sobie. Zapłaci każdą cenę – nawet krew Jednorodzonego Syna. To prawda. Ale czy to mnie zwalnia z troski o własne zbawienie? Czy Bóg będzie mnie ciągnął za uszy do nieba?

W przypowieści o marnotrawnym synu ojciec nie rozsyła ekip ratunkowych w poszukiwaniu zbiegłego syna. Nie nęka go bezustannymi listami przynaglającymi do powrotu, lecz cierpliwie czeka w domu, z utęsknieniem wyglądając go w oddali. Czeka na jego nawrócenie, a nie sprowadza siłą z powrotem w ojcowskie ramiona.

Dopóki z mojej strony nie ma choć cienia dobrej woli pojednania, Bóg niejako jest bezsilny. Nie zbawi mnie na siłę.

A gdy odrzucony kolejny raz, strącony z należnego Mu miejsca, zamilknie w końcu i oddali się. Widok wygnanego z życia Pana niech przerazi. I skruszy zadufane w sobie serce.