O Grzegorz Molitorys

Grzegorz Molitorys - z wykształcenia: dziennikarz, z zawodu: archiwista, z zamiłowania: bloger i poeta, z powołania: mąż i ojciec.

Malkontenci

Wpierw przeczytaj: Łk 7,31-35

child-children-girl-happy

Kolejni ludzie zostawiają po sobie puste miejsca w ławkach w kościołach, które nigdy nie spodziewały się ich stracić. Odchodzą bez żalu, zabierając trochę bolesnych wspomnień i rozczarowań. Za moment spalą za sobą mosty, rzucając się w wir zabronionych wcześniej rozkoszy. Porzucili zabobon, ciemnogród, mohery i opium dla naiwnego ludu. Kościół był dla nich jak beton. Przykazania – jak krępujące łańcuchy ograniczające wolność.„Przyznaję, że katolicyzm w Polsce oraz kościół jako instytucja coraz bardziej mnie przeraża. Dochodzę do wniosku, że środowisko hierarchów kościelnych oraz pseudokatoliccy politycy próbują wszystkim ludziom wepchnąć na siłę Chrystusa do życia – od przedszkola, przez szkołę, zakłady pracy, na domach skończywszy. To taka forma 'łagodnych wypraw krzyżowych’, bez mordobicia i rozlewu krwi” 

Tymczasem wewnątrz tego samego Kościoła coraz głośniejsze są krytyczne głosy. Coraz częściej słyszę opinie, że od czasów Soboru Watykańskiego II Kościół się coraz bardziej rozmywa, idzie na zbyt duże kompromisy, liberalnieje.  Prawowierność jest coraz bardziej zagrożona. „Cóż znajdujemy w naszych katolickich kościołach czy innych instytucjach? Grupę ludzi, którzy utracili wiarę i zastąpili ją pluralistyczną, naturalistyczną, modernistyczną i bezdogmatyczną namiastką „katolicyzmu” bez żadnej jedności wiary i bez żadnej identyczności z Kościołem katolickim sprzed Vaticanum II. Skutki? Dezintegracja, rozkład, zniszczenie życia religijnego, zamykanie parafii, szkół, nowicjatów i seminariów, powszechne panowanie herezji, ogólna utrata wiary i pobożności, bluźniercze i świętokradzkie liturgie, brak moralności wśród kleru.”

Podobnym wypowiedzi, w jednym lub drugim tonie, można spotkać tysiące. Każdy wypowiadający się wie lepiej i ma rację, w przeciwieństwie do innych. Tłum niezadowolonych malkontentów. To chyba nasza narodowa przywara.

W Polsce mieszkają dziesiątki tysięcy trenerów piłki nożnej, którzy lepiej poprowadzili by naszą reprezentację, czy kluby występujące w pucharach. Setki tysiące prokuratorów i śledczych, którzy dobrze wiedzą co się naprawdę wydarzyło w Smoleńsku. Miliony polityków i ekonomistów, którzy mają prawo wytykać błędy rządzących. I tyle samo bogów, którzy najlepiej wiedzą, jak żyć, jak być szczęśliwym oraz co jest dobre i złe.

Też się wymądrzam. Jestem przecież Polakiem.

Wstań!

Wpierw przeczytaj: Łk 7,11-17

dried-red-rose

Rozpacz zamyka usta, a uwalnia łzy. Gdy już łez zabraknie, pozostaje tylko niema pustka. Zamiast serca, gdzieś w głębi piersi, niby bije „szara naga jama”, która jednak nie potrafi inspirować. Przyczyną takiej rozpaczy zazwyczaj jest bolesna strata. Na moje szczęście niewiele razy jej doświadczyłem. Po tym, jak moja ukochana babcia, w dniu moich osiemnastych urodzin, została zabrana z naszego domu do szpitala, z którego już nie wróciła. Gdy musiałem opuścić studia i całe dotychczasowe plany na przyszłość momentalnie runęły. Gdy dziewczyna, która była treścią większości moich myśli przez całe młodzieńcze lata, zniknęła z mego życia definitywnie, bez wyraźnego powodu. Przez długi czas męczyła mnie pustka i gorycz. Cząstka mnie umarła i do dziś śmierdzi trupem, gdy nieopatrznie poruszę te obszary.

Jest jednak inna śmierć, która dotyka mnie częściej. Bezbolesna z pozoru. Przyczyną tego zgonu bywa rutyna, monotonia, ale i lenistwo w podejmowaniu nowych wyzwań. Wygaszam się i już niczego się nie chce. Umiera tak wiara, nadzieja i miłość. Jak zombie chodzę do pracy, siedzę przed komputerem po powrocie do domu. Jak zombie odnoszę się do żony i dzieci. Jak zombie bezmyślnie trwam na modlitwie. To już nie rozmowa z Ukochanym, ale słowa bez wyrazu.

Kobieta z Nain nie prosiła Jezusa o cud. Umarła wraz z synem i tylko jej ciało bez sensu szarpało się za marami niesionymi do grobu nie rozumiejąc, po co jeszcze żyje. Pan zrozumiał tę modlitwę, która nie mogła być odmówiona martwymi ustami. Pan życia nie może być obojętny wobec śmierci. Lituje się nad tą, która już nie ma siły prosić i podnosi z powrotem do życia. Tak jak wskrzesił jej syna.

Dlatego nie przerywam swoich codziennych modlitw, choć bywają chwile, gdy słowa modlitwy są tak bardzo obce. Dlatego powtarzam Jezusowi, że Go kocham, choć bywają chwile, gdy serce jest zimniejsze niż bryła lodu. I choć nie proszę o przywrócenie do życia, bo prośba wymaga nadziei, nie palę za sobą ostatnich mostów. Może me stare uszy usłyszą: „Młodzieńcze, tobie mówię, wstań!”

Usłyszały. Właśnie wróciłem od kratek konfesjonału.

Dla zrezygnowanych.

Wpierw przeczytaj: Łk 5,1-11

sad-man-and-rain

Rezygnacja może dopaść każdego. Presja, jaką wywieramy na siebie by osiągnąć zamierzone cele, jest bardzo silna. Dodatkowo zwielokrotniona jest ona oczekiwaniami innych. Bardzo chciałbym. Robię wszystko co w mojej mocy. Jeśli do tego dołączę porównywanie się z innymi, łatwo o uznanie własnej porażki. Im więcej takich porażek doświadczam w swoim życiu, tym częściej zniechęcam się całościowo. Kolejne niepowodzenia w wychowaniu dorastających synów – jestem beznadziejnym ojcem. Kolejna słaby wynik w nauce – nie mam do tego talentu. Kolejna kłótnia z żoną – nie pasujemy do siebie. Pod wpływem silnych emocji tak łatwo o generalizowanie.

Piotr był rozczarowany połowem. Kolejną noc nic nie złowił. Płucząc po pracy sieci, czuł się wypłukany z sił. Może marzył o tym, by rzucić rybactwo? Choć z pewnością zajmował się tym całe życie. Dlatego z ochotą zamienił swoją łódź na pływającą ambonę. Poszukiwał odmiany. Modlił się o nią gorąco. Jego modlitwa została wysłuchana. To co usłyszał, było jednak zupełnie inne od oczekiwań. Wypłyń na głębię i zarzuć sieci na połów.

Brak spodziewanych sukcesów rodzi pokusę rzucenia wszystkiego, poszukiwania łatwiejszych celów. Tymczasem Pan jako drogę wyjścia z marazmu proponuje kontynuację. Wzmożenie wysiłków. Oferuje pomoc. Jednakże nie w poszukiwaniu skrótów i kompromisów, lecz w wytrwałej walce i ciężkiej pracy.

Piotr wypłynął. Pomimo zmęczenia i nieodpowiedniej pory. Cieśla pouczał wytrawnego rybaka, a on go wysłuchał. Gdy ujrzał sieć pełną ryb, jego zaufanie przerodziło się w zachwyt, a potem w lęk. Objawienie się Bożej mocy jest jak rozbłysk światła, który wydobywa z zakamarków nie tylko ukryte w człowieku dobra, ale i skrywane niedoskonałości. Dlatego zawsze Bożemu objawieniu towarzyszą miłosierne słowa: Nie bój się! Ze mną jesteś w stanie przezwyciężyć własne słabości. Ze mną zrealizujesz się do końca. Odkryjesz sens życia w swoim powołaniu. Pójdź za mną!