Piątek, piąteczek

Wpierw przeczytaj: Mt 9, 9-13

1280px-Moog_customer_service

Kochamy ten piąteczek, piątunio niezależnie od tego, czy równie mocno kochamy swoją pracę. Ja swoją właśnie skończyłem i po pięciu dniach intensywnego wysiłku, rozpoczynam kolejny zasłużony weekend wytchnienia. Nie narzekam na swoją pracę, zwłaszcza ostatnio. Miesiąc temu wróciłem z rocznej przygody w korporacji, gdzie czułem się wyciskany jak świeża cytryna. Teraz już nie jestem pod taką presją wyniku i w związku z tym, moja głowa jest w stanie myśleć o innych rzeczach – na przykład o tym blogu.

Czy Mateusz lubił swoją pracę? Tego nie wiem, choć z pewnością w piątek też otwierała się przed nim perspektywa szabatowego odpoczynku. Jego stanowisko znacznie się różniło od współczesnych posad. Celnik pracujący dla Cesarstwa nie dostawał swej pracy z ogłoszenia, z biura rekrutacyjnego. On ją po prostu kupował. To znaczy dawał najwyższą za nią cenę. Rzymski okupant nie oferował mu też socjału, urlopu… nawet pensji. Celnik miał prawo do pobieranego podatku dodawać swoją marżę. Musiała być ona na tyle wysoka, by nie tylko zapewnić sobie luksusowe życie, ale i wyrównać wcześniejszą „inwestycję”. Nikt do dzisiaj nie lubi płacić podatków i ceł. Dlatego Mateusz miał wystarczająco dużo powodów, by odczuwać niechęć swoich pobratymców. Był zdziercą, celnikiem, kolaborantem, cały czas miał do czynienia z monetami, na których widniały pogańskie bóstwa – co czyniło go sakralnie nieczystym. Gorzej niż dzisiaj grabarz, komornik, czy segregator śmieci. (Nikogo nie obrażając – z własnego doświadczenia wiem, że żadna praca nie hańbi). Z pewnością niczego przyjemnego nie mógł się Mateusz spodziewać za swoim „biurkiem”. Może po robocie – w wykwintnym towarzystwie swoich przyjaciół. Tutaj mógł usłyszeć tylko narzekania i wyzwiska.

Lecz właśnie w swojej komorze celnej, w tej brutalnej, codziennej rzeczywistości, dotknął go Bóg. Usłyszał Jego głos nie w świątyni, nie w synagodze, nie podczas modlitwy, ale właśnie podczas pracy. W pozornie najodleglejszym od Niego zakątku. Ten głos odmienił całkowicie Mateuszowe życie. Tak bardzo niespodziewanie i szczęśliwie.

Dlatego gdy w poniedziałek z trudem zwlokę się z łóżka, by znów wrócić do pracy, niech nie gaśnie we mnie radość i nadzieja. Również przy roboczym stanowisku może uświęcić mnie Pan. Nie tylko może, ale On to czyni.

Dla zrezygnowanych.

Wpierw przeczytaj: Łk 5,1-11

sad-man-and-rain

Rezygnacja może dopaść każdego. Presja, jaką wywieramy na siebie by osiągnąć zamierzone cele, jest bardzo silna. Dodatkowo zwielokrotniona jest ona oczekiwaniami innych. Bardzo chciałbym. Robię wszystko co w mojej mocy. Jeśli do tego dołączę porównywanie się z innymi, łatwo o uznanie własnej porażki. Im więcej takich porażek doświadczam w swoim życiu, tym częściej zniechęcam się całościowo. Kolejne niepowodzenia w wychowaniu dorastających synów – jestem beznadziejnym ojcem. Kolejna słaby wynik w nauce – nie mam do tego talentu. Kolejna kłótnia z żoną – nie pasujemy do siebie. Pod wpływem silnych emocji tak łatwo o generalizowanie.

Piotr był rozczarowany połowem. Kolejną noc nic nie złowił. Płucząc po pracy sieci, czuł się wypłukany z sił. Może marzył o tym, by rzucić rybactwo? Choć z pewnością zajmował się tym całe życie. Dlatego z ochotą zamienił swoją łódź na pływającą ambonę. Poszukiwał odmiany. Modlił się o nią gorąco. Jego modlitwa została wysłuchana. To co usłyszał, było jednak zupełnie inne od oczekiwań. Wypłyń na głębię i zarzuć sieci na połów.

Brak spodziewanych sukcesów rodzi pokusę rzucenia wszystkiego, poszukiwania łatwiejszych celów. Tymczasem Pan jako drogę wyjścia z marazmu proponuje kontynuację. Wzmożenie wysiłków. Oferuje pomoc. Jednakże nie w poszukiwaniu skrótów i kompromisów, lecz w wytrwałej walce i ciężkiej pracy.

Piotr wypłynął. Pomimo zmęczenia i nieodpowiedniej pory. Cieśla pouczał wytrawnego rybaka, a on go wysłuchał. Gdy ujrzał sieć pełną ryb, jego zaufanie przerodziło się w zachwyt, a potem w lęk. Objawienie się Bożej mocy jest jak rozbłysk światła, który wydobywa z zakamarków nie tylko ukryte w człowieku dobra, ale i skrywane niedoskonałości. Dlatego zawsze Bożemu objawieniu towarzyszą miłosierne słowa: Nie bój się! Ze mną jesteś w stanie przezwyciężyć własne słabości. Ze mną zrealizujesz się do końca. Odkryjesz sens życia w swoim powołaniu. Pójdź za mną!

W sieci.


Środa w 1 tygodniu Adwentu. Świętego Andrzeja.

W czasie walk ulicznych w Stalingradzie, żołnierze niemieccy wieszali sieci w oknach pomieszczeń, w których zajmowali pozycje. Miały one chronić przed wrzucanymi do środka granatami. Nie zawsze były możliwości i czas, by zdążyć odrzucić podrzuconą im śmierć. Granaty odbijały się od sieci nie wyrządzając większych szkód. Pomysł prosty i skuteczny. Ale tylko do czasu. Armia Czerwona do granatów dołączyła haczyki. Granat zaplątywał się skutecznie w sieć i wybuchał w twarz Niemcom. Sieć z ochrony stała się pułapką.

Dla apostołów sieć była narzędziem pracy. Treścią i fundamentem życia. Dbali o nią, gdyż dawała im zarobek, gwarantowała spokojny byt. Sieć ściśle związana była z ich pasją i obsesją. Bez sieci byli jak ryba bez wody. I pewnie przy sieci przebiegło by całe ich życie, gdyby nie wezwanie Jezusa. Porzuć wszystko co masz, zrezygnuj z siebie, a Ja dam ci coś więcej. Jeszcze nie wiesz co, ale coś niewyobrażalnie lepszego niż te sieci, które cię oplotły i stłamsiły.

Czy jestem w stanie zostawić wszystko dla Jezusa? Czy dla przyzwyczajeń i życiowej rutyny rezygnuję z dobrych natchnień? Czy zabijam w sobie marzenia dla świętego spokoju? Czy nie uciekam od refleksji i nie szukam zapomnienia w sieci…internetowej?

Jeśli tak jest, nie mam się co dziwić, że czuję się wypalony i sterany życiem. Jak stary człowiek i morze, co już nie może.

Też tak może masz?