O Grzegorz Molitorys

Grzegorz Molitorys - z wykształcenia: dziennikarz, z zawodu: archiwista, z zamiłowania: bloger i poeta, z powołania: mąż i ojciec.

Miejsce w szeregu.

Wpierw przeczytaj: Rz 12, 1-2 Mt 16,21-23

17th Special Operations Squadron conducts full-force training

Piotr chciał dobrze. Jak przystało na prawdziwego mężczyznę, sypnął z rękawa praktycznymi poradami. W końcu i w jego interesie było, by jak najszybciej i bezboleśnie Jezus zaprowadził w Izraelu swoje królestwo. Pobożne mrzonki o cierpiącym Słudze Jahwe można było zostawić fantastom na pustyni. Nie po to zmienił swego mistrza z Jana Chrzciciela na obdarzonego niezwykłą mocą Jezusa.

Zamiast zrozumienia i wdzięczności za głos rozsądku, ze zdumieniem spostrzegł odwracającego się Mistrza. Zza barczystych pleców usłyszał władcze: Zejdź mi z oczu! (dosłownie w greckim oryginale: Stań za mną!) Wróć na swoje miejsce w szeregu, uczniu! To ja jestem tym, który prowadzi. Ja znam właściwą drogę. Jeśli myślisz inaczej, to się grubo mylisz, matole. Mącicielu. To nie ty jesteś od pouczania.

Za każdym razem, gdy w swej naiwności, wydaje mi się, że wiem lepiej co jest dla mnie lepsze, jak Piotr wyrywam się przed Pana i chcę prowadzić. Jak szalony pasażer wyrywający pilotowi stery samolotu. Szczególnie uczulony jestem na pomysły związane z poświęceniem samego siebie. Bycie ofiarą to obelga. Obiekt codziennych zniewag i pośmiewiska. Świat ma już wyrobioną opinię na ten temat. Jakże odmienną od ewangelicznego przesłania.

Pokusa, by dostosować to przesłanie dla własnej wygody jest przemożna. To alegoria, dzisiejsze realia są zupełne inne. Życie polega na roztropnym poszukiwaniu kompromisów. Wszyscy mówią co innego więc chyba nie mogą się mylić. Przecież nie będę robił z siebie pośmiewiska. Przestrzeganie tego unieszczęśliwia mnie, a Bóg przecież nie może chcieć sprawiać mi ból…

I tak wraz ze światem znajduję usprawiedliwienia, by toczyć się w swym szalonym biegu. Bez sensu, bez norm. Jak w ulubionej przeze mnie absurdalnej komedii „Czy leci z nami pilot?”

Zostaję w tym cyrku, czy ustawiam się grzecznie w szeregu? Za Jezusem.

Zakopane szczęście

Wpierw przeczytaj : Mt 25, 14-30

talenty

Przypowieść o talentach już tak wryła się w ogólnoludzką świadomość, że słowo „talent”, na określenie ponadprzeciętnych zdolności, zagościło w wielu językach świata. Tymczasem biblijny talent to najwyższa jednostka wagi, równa około 25 kg. Taka sztabka złota – wyśnione marzenie dorobkiewiczów.

Przypowieść mówi o Bożym oczekiwaniu pomnażania wszystkiego, co dostaliśmy z Jego rąk. Gdy cel ten zostanie osiągnięty, Bóg w swej wspaniałomyślności zadanie zamieni w dar. Wszystko co otrzymaliśmy od Niego, by było narzędziem dla pomnażania Bożego dobra w świecie, stanie się powodem do osobistej radości.

Dotyczy to nie tylko talentów i dóbr materialnych. Nie ma miejsca na wymówki, że ja nic nie potrafię szczególnego więc ta przypowieść mnie nie dotyczy! Pomnażać mamy radość, przebaczenie, dobre słowa, życzliwość, miłość, uśmiech… Rozsiewaj to wokół siebie a nasycisz się tym szczęściem w dwójnasób! Wszystko co wokół nas jest dobre i piękne, nie tylko ma być chronione, ale i podwojone. Człowiek też jest szczególnie piękną „sztabką złota” stąd nasze powołanie do bycia płodnymi.

Chytrość i skąpstwo jest zatem okradaniem nie tylko innych, ale i siebie samego. Utarło się przekonanie, że skąpi są przede wszystkim bogacze. Mają dużo i ciągle im mało. Tymczasem skąpstwo i pazerność jest szczególnym zagrożeniem również dla biednych. Kurczowo się trzymają tych drobin, które posiadają, zakopują głęboko, by nikt – nawet oni sami, nie uszczuplił stanu posiadania. Z zadrością spoglądają na innych, zwłaszcza tych rozrzutnych. Zazdrośni o cudze pieniądze, cudzą radość, cudzą miłość zakopują się głęboko w ziemi.

Poszukaj ze mną tych ukrytych skarbów. Niech się nie marnują.

Cienka granica mądrości

1 Tes 4,1-8
Mt 25,1-13

dziesięćpanien

Wyobraź sobie taką sytuację. Przed sobą masz test na inteligencję wszelaką. Jest on bardzo miarodajny, z poważnego źródła. Przystępujesz do jego wypełnienia z zamiarem zmierzenia, jak daleko już doszedłeś na drodze do doskonałości. Czytasz i coraz bardziej bledniesz. Zagryzając długopis stwierdzasz, że wszystkie pytania są dla ciebie niejasne, niejednoznaczne. Utknąłeś.

Takim swoistym testem na chrześcijańską mądrość jest Jezusowa przypowieść o pannach mądrych i głupich. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się proste i jasne. Ale gdy głębiej się przyjrzeć kryteriom, tym coraz niepewniej się czuję wobec tego papierka lakmusowego. Czy mogę być pewny, że wraz z pięcioma roztropnymi pannami rzucę się w wir niebiańskiej uczty weselnej? Czy panny głupie nie mają ze mną nic wspólnego? I to nie jest tylko kwestia skrupulanckiego sumienia.

Wszystkie dziesięć panien przyjęły zaproszenie. Wszystkie się przystroiły. Równie gorąco pragnęły spotkania z panem młodym, równie intensywnie czuwały. Nikomu nie mogę zarzucić złej woli. Później równiutko cała dziesiątka zasnęła. To nie była wina głupich dziewcząt, że pan młody się ociągał. Może przybiegły w swej gorliwości nawet wcześniej, dlatego oliwy zabrakło? Nie stropiły się tym jednak, tylko zrobiły wszystko co w ich mocy, by lampki świeciły pięknym blaskiem. Skoro chytre towarzyski nie chciały się podzielić (Pan Bóg kazał się dzielić!), podjęły próbę, by w środku mocy dokonać zakupu. I udało im się!

Dlaczego zatem zostały wygnane precz? Z etykietką głupich? Cienka jest granica pomiędzy głupotą, a mądrością. Pomiędzy zabiegami o własne szczęście po śmierci, a miłosnym zespalaniem z Bogiem. Pomiędzy nadgorliwym lękiem chcących zasłużyć na dobrą laurkę w niebie, a podsycanym nadzieją zapałem wiary.

Papierkiem lakmusowym jest owa oliwa do lamp. Dary Ducha Świętego. Czy Jego Prawo traktuję jak każde inne ludzkie normy, które przecież tak łatwo można ominąć? Czy też jako coś więcej?

Tyle pytań. Jak w teście na inteligencję.