Nie bój się!

Wpierw przeczytaj: Sd 6,11-24a

Sd 6,18

  • Gedeon rozmawiał z Bogiem, choć na początku zupełnie nie był tego świadomy. Spotkał Go podczas swej pracy, na klepisku pod terebintem. Miejsce raczej nie kojarzące się ze strefą sacrum. Zwyczajny dzień, choć pełen obaw o przyszłość. Takie to bowiem były czasy. W trudzie pracy, pośród lęku o swoją przyszłość, w czas pożogi i grabieży z ręki wroga, przychodzi Pan ze swoim słowem. Słowem, które zdaje się nie na miejscu. Pan przez usta anioła zwiastuje bowiem Gedeonowi pokój i zwycięstwo. Czy to zwiastowanie zakończyło się równie pokornym „fiat”, jak to o wiele słynniejsze z Nazaretu? Gedeon nie podskoczył z radości, nie zakasał rękawów, by prężyć muskuły dzielnego wojownika. On podczas tej modlitwy pozostał sobą – sceptykiem, realistą, człowiekiem pełnym żalu i wątpliwości. Wybacz, Panie mój! Jeżeli Pan jest z nami, skąd pochodzi to wszystko, co się nam przydarza? Gdzie są te wszystkie dziwy, o których opowiadają nam ojcowie nasi, mówiąc: „Czyż Pan nie wywiódł nas z Egiptu? Gorzki żal…
  • Różne są ludzkie modlitwy. Miałem okazję uczestniczyć w rekolekcjach Domowego Kościoła organizowanych przez różne diecezje. Łatwo można było rozróżnić specyficzne formy pobożności, charakterystyczne dla tych grup z różnych stron kraju. Podczas gdy oazowicze z archidiecezji katowickiej chętnie biorą udział w charyzmatycznych wieczorach uwielbień, z częstochowskimi diecezjanami nadzwyczaj często odmawiałem różaniec. Parę dni temu wróciłem zaś z rekolekcji organizowanych przez diecezję tarnowską. Uderzyła mnie wielka częstotliwość z jaką odmawialiśmy modlitwy pacierzowe. Czy któraś modlitwa jest lepsza lub gorsza? Czy Gedeonowe wyrzuty stawiane podczas modlitwy Bogu były czymś niestosownym? Czy przerwanie modlitwy, by pójść do domu po mięso i polewkę było niewskazanym rozproszeniem?
  • Pan łaskawie zaoferował Gedeonowi, że poczeka na niego. Nie zganił za formę modlitwy, za wymówki, za stawianie warunków, żądanie znaków. Bez wahania przyjął też przyniesione dary, choć daleko im było od przepisanych liturgią ofiar. Modlitwa bowiem to czas osobistego spotkania. To nie bezmyślne rytuały, grzeczne regułki, pozory. Forma modlitwy osobistej jest moim zdaniem czymś wtórnym, czymś co ma pomóc nawiązać więź, otworzyć się całkowicie na Boga, zdobyć się na odwagę szczerości. Jeśli pomaga mi w tym wyśpiewywanie z radością gospelowych hymnów, monotonny pacierz lub prywatnie odmawiany brewiarz raczej utrudni zbliżenie się do Niego. Podobnie, gdy moje serce jest przepełnione żalem i poczuciem niesprawiedliwości – klaskanie w dłonie wraz z rozentuzjazmowanym tłumem wiernych nie stanie się moją autentyczną modlitwą. Ukojenie rozdygotanych nerwów znajdę cierpliwie przesuwając paciorki różańca.
  • Dopiero wtedy, gdy stanę przed Panem w prawdzie, jak Gedeon usłyszę te pełne pociechy słowa z ust Przyjaciela: Pokój z tobą! Nie bój się niczego!

Manna

Wpierw przeczytaj: Wj 16,1-5.9-15 oraz Mt 13,1-19

Wadi Rum desert

Nie da się mieć wszystkiego, czego tylko dusza zapragnie. Choćby z tego względu, że niejednokrotnie mamy marzenia wykluczające się wzajemnie. Nie jesteśmy też pępkiem wszechświata i musimy liczyć się z prawami natury i innych ludzi. Dlatego koniecznym jest bycie elastycznym. Trzeba być realistą, umieć się dostosowywać, by dążenie do realizacji marzeń nie było frustrujące, jak głaskanie jeżozwierza pod włos.

Nawet Pan Bóg „zmuszony jest” być hojnym siewcą, gdyż jest świadom, że tylko ułamek z ziarna Jego Słowa spadnie na podatną glebę. Jakie to szczęście, że jest On tak wytrwały w swych staraniach!

Ileż razy usilnie prosimy swego Stwórcę. Wytrwale pokazujemy Mu swoje braki i niedostatki. Jak petycje ślemy Mu wzdychania za garnkami mięsa i chlebem prosto z egipskiej piekarni. Tymczasem On wie najlepiej czego nam potrzeba do zbawienia. Zsyła Swe łaski jak mannę z nieba. To sukces, jeśli ją dostrzeżemy i zadamy sobie pytanie: „Co to jest?”. To już połowa drogi do sukcesu i zaspokojenia dręczącego głodu. Gorzej, gdy brak nam elastyczności, pokory, brak zaufania. Uparcie trzymamy się swojej wizji i narasta frustracja, że ze słuchem u Boga chyba coraz gorzej.

Wtedy uparcie będę się modlił o główną wygraną w loterii, nie dostrzegając, że bezrobocie w kraju pikuje w dół i wspaniała posada czeka aż złożę w końcu aplikację.

Uparcie będę wzdychał za ognistą Karmen z którą raz tańczyłem w Barcelonie, a nie dostrzegę skromnej i cichej Joli z Zajączków Małych, którą od lat Pan hołubi tylko dla mnie.

Będę z zawiścią patrzył na posadę szefa w kolejnej korporacji, która w końcu da mi poczucie satysfakcji i spełnienia, a tymczasem u krawca wciąż czeka benedyktyński habit skrojony idealnie na mnie.

Ziarno Bożego Słowa jak manna obficie sypie się z hojnej ręki Pańskiej. I jak manna spada na wypaloną pustynię. Żar praży i wciąż rośnie ludzkie pragnienie. Ziemia pustynnieje.

Panie, Panie!

Wpierw przeczytaj Mt 7,21.24-27

people-2587954_1280

Spoglądając daleko wstecz swego życia, do początków swojej żywej relacji z Jezusem, trudno mi znaleźć jakiś jeden konkretny moment nawrócenia. Jakieś cudowne zdarzenie, wysłuchana modlitwa, usłyszany głos… Nie przypominam sobie nic szczególnego. Pomimo tego, pamiętam ten zapał nieśmiałego i zahukanego dzieciaka z podstawówki, by zostać ministrantem, by czytać Pismo Święte, by pójść na kolejną mszę. Dzień w dzień, aż do głębokiej zażyłości i zadomowienia się przy ołtarzu. To nie była sprawa wychowania. Ze smutkiem muszę przyznać, że dom rodzinny nauczył mnie w tamtych latach szacunku do wiary, ale nie dawał żywego świadectwa modlitwy czy życia sakramentalnego. Bo i nie mógł. Pobożnych przyjaciół też nie miałem. Nie miałem właściwie żadnych. I to może być klucz do tej zagadki.

Młody człowiek potrzebuje akceptacji, zrozumienia, czyjejś bliskości. Jeśli jest jednak inny i nie potrafi się dostosować, skazany jest na ostracyzm i samotność. Życie na pustyni jest nieludzkie. Dziś wielu młodych znajduje ucieczkę z tej nieludzkiej krainy w świecie wirtualnej rzeczywistości. W moich czasach wyobraźnia, choć dużo bardziej bogatsza niż dzisiaj, nie dawała aż takich możliwości bezpiecznej interakcji z innymi osobami. Dlatego łatwiej było mi usłyszeć słodką obietnicę obecności z ust Jezusa. Jakże łatwo było mi się zakochać w słowach: A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. Brakowało mi miłości – On jest Miłością!

Piękny jest ten moment. Chce się żyć dla tej chwili, gdy uświadamia się, że się jest bezwarunkowo kochanym, że Ktoś nigdy mnie nie opuści, nigdy nie zawiedzie, wszystko wybaczy, odda za mnie Swoje życie i zawsze gotów jest mnie wysłuchać. Chce się wznieść do góry ręce i w uwielbieniu śpiewać „Panie, Panie!”

Ale czy poprzestając na tym, nie tworzę sobie Boga na miarę niezaspokojonych potrzeb? Jezus sprowadzony do roli słodziaka i złotej rybki do wysłuchiwania próśb? Czy Jego krew po to tylko została przelana, by była balsamem na rany mego serca?

Fajnie mi się modliło. Alleluja! Na modlitwie jednak nie ma być mi fajnie. Niejednokrotnie to czas operacji na otwartym sercu bez znieczulenia. Jezus nie chce mnie zagłaskać, on pragnie mnie przemienić. Jego słowa nie są miodem – to ostry miecz, który wykrawa to co nieświęte. On nie jest mięciutkim, pluszowym misiakiem – to twarda skała, na której mam zbudować swój dom. Dom – a nie przytulną kryjówkę.