Tak mi się tylko wydaje

Wpierw przeczytaj: Łk 9, 23-27

13923109301_2b49b471ae_c

Słyszałem to już tak wiele razy. Wyryte jest już głęboko w świadomości, że słuchając te słowa w kolejny Wielki Post, reaguję na nie jak na zwyczajowe „Dzień dobry” z ust mijanego na schodach sąsiada. Ale Ewangelia nie może być melodią tła. Słowo Jezusa to nie tło – to treść życia. To wręcz warunek przeżycia.

Mam się zaprzeć siebie. To zaparcie się samego siebie niejednokrotnie polega na uznaniu tego, że mylę się co do oceny siebie i świata, że jest inaczej, niż mi się wydaje. To próba zaufania Komuś większemu ode mnie samego. Ciągle brzmi to w moich uszach jak pobożny slogan? Tak mi się tylko wydaje. Jest dokładnie inaczej. Obym tym razem zaufał w to, co słyszę z Twych ust. Krzyż czeka.

Wydaje mi się, że krzyż jest ponad moje siły. Chwilami w głębi serca odczuwam delikatny żal, że Jezus nie pozostawia mi w zasadzie wyboru. Twardy warunek – albo krzyż, albo samozatracenie. Wszystko dlatego, że krzyż automatycznie kojarzy się z czymś nieprzyjemnym, trudnym, bolesnym. Samozachowawczy instynkt rozpieszczonego dziecka popycha mnie do odrzucenia drogi Jezusa. Zachowuję się jak małe dziecko, które wypluwa gorzką tabletkę.

A może, tylko tak mi się wydaje?

Chodź i zobacz

Wpierw przeczytaj: J 1, 43-51

figowiec

Filip się zapalił do sprawy. Znalazł Tego, na którego czekał przez całe życie. Znalazł swoje spełnienie i szczęście. Nic dziwnego, że rozpierała go radość. Jeśli coś mnie rozpiera od wewnątrz, musi się to uzewnętrznić. Wentyl bezpieczeństwa ujawnia się między innymi w ten sposób, że dzielę się wokoło tym, co mnie pobudza.

By ukierunkować niespożytą energię mojego młodszego syna, nauczyłem go dziś najprostszych komend języka HTML. Oczywiście mocno się do tego zapalił. Co parę sekund wołał mnie i kogo tylko zobaczył, że na „jego stronie internetowej” właśnie pojawiło się nowe słowo, pierwszy obrazek, zmieniła się czcionka. Jego radość i duma z siebie nie pozwalała mu czekać, aż do końcowego efektu swych prac. Podobnie było i z apostołem z Betsaidy.

Napotkanemu Natanaelowi momentalnie wyjawia tę prawdę, która przemieniła jego życie. Bez owijania w bawełnę, od razu końcowe wnioski. Spektakularnie. Takie świadectwo może mieć wielką moc, jeśli trafi na podatną glebę – złaknioną ożywczej wody. Gorzej, gdy trafi na twardy jak skała sceptyczny umysł. Wzmocniony żelbetonem uprzedzeń, obiegowych opinii, przesądów i złych doświadczeń. Po tak nieprzygotowanym gruncie prawda może z łatwością spłynąć. „Cóż dobrego może być z Nazaretu?” – takie argumenty i chłód słuchacza szybko studzą zapał niejednego świadka.

Filip się nie poddaje. On już pojął, że sama obecność Jezusa może skruszyć wszelkie wątpliwości. Sam przecież tej niezwykłej mocy doświadczył. Gdy spostrzega, że jego wysiłki nie spełniają pokładanych w nich nadziei, oddaje je w ręce Jezusa. Nie wierzysz w to, co mówię? Chodź i zobacz sam! Przekonaj się osobiście. 

Zadaniem świadka Ewangelii jest nie tyle samemu przekonać słuchacza, ile doprowadzić go do osobistego spotkania z Jezusem. By tam, u samego Źródła, upoił się Słowem Życia.

Pisząc ten blog, czy moderując grupę na Facebooku, staram się nie narzucać ci swojego punktu widzenia. Choć nieraz brakuje mi cierpliwości i zasypuję powiadomieniami o nowych wpisach. Nie chcę wpoić ci swojej wiary ani swego obrazu Pana. Gorąco pragnę tylko podsunąć ci parę pytań, wątpliwości albo przebłysków. Może gdzieś tam, pod swoim drzewem figowym, weźmiesz je pod uwagę i rozważysz. A z pewnością będzie Ci towarzyszył Jezus. On już świetnie cię zna i tylko czeka na ten moment twego przyzwolenia, by wzajemna wasza znajomość się zacieśniła.

Ambicja

Wpierw przeczytaj: J 1,19-34

Ecce Agnus Dei

Zaszczyty same pchały mu się w ręce. Wystarczyło, by Jan zwany Chrzcicielem na którekolwiek pytanie oficjalnych posłańców odpowiedział twierdząco. A przecież mógł! Był przecież prorokiem. Był najlepszym prorokiem!  Nie tyle dał wskazówki, jaki będzie Mesjasz, gdzie się urodzi, jakie będzie miał uprawnienia. On wskazał Go dosłownie i imiennie. „To jest Ten.” I wypełnił wiernie swoje posłannictwo. Pozostał sobą, choć zdawało się, że miał szansę być „Kimś” przez duże K. Ale czyż przez tą swoją autentyczność nie dał mi wzoru swojej wielkości?

Ambicja jest wpisana w moją naturę. To takie ludzkie, że chcemy zaistnieć. Najlepiej pozytywnie. Choć zawsze znajdą się Herostratesy, żądni jakiegokolwiek rozgłosu. W dobie globalnej cyberwioski sława trwa jednakże do odświeżenia serwisu internetowego. Nim wrócisz od fryzjera, twoja fryzura będzie już niemodna. Nim z Chin przypłynie statek z najnowszym modelem sprzętu, w sklepach internetowych wystawią modele z wyższej półki.  Szokowanie ekstrawagancją to również droga donikąd. Wystarczy spojrzeć na dziwactwa awangardowych „artystów”. To wyścig, którego nie sposób wygrać. Zawsze będzie ktoś lepszy, oryginalniejszy ode mnie. Już taki był, jest obok mnie, albo puka do drzwi. A porażka potęguje frustrację. Wymarzona atmosfera dla Złego, który szepcze do ucha: „Jesteś zerem.”

Tymczasem pozostając sobą, czyli wiernie realizując swoje powołanie, pomnażając wszystkie swoje (a nie cudze) talenty, blasku nabierze moja autentyczna wartość. Zwracając się do Pana, nie muszę udawać skromnisia, oczekując gwałtownych zaprzeczeń, mile łechcących ego. On mnie doskonale zna. Zna więcej moich mocnych stron, niż sam w sobie je odkrywam. Bóg traktuje mnie poważnie – wszak jestem Jego przybranym Synem. Czy to nie powód do dumy?