Faryzeuszom i uczonym w Piśmie ciągle coś nie pasowało. Mieli bardzo skonkretyzowaną wizję bycia pobożnym człowiekiem. Tymczasem Jezus i Jego uczniowie co chwilę wychodzili poza ten zakres. Każdemu zdarza się zbłądzić, zgrzeszyć, złamać przykazanie. Pobożny człowiek, gdy sobie to uzmysłowi, żałuje tego występku. W pełni przyznaje się do porażki. Wystarczy to odpowiednio odpokutować i znów można być pobożnym człowiekiem. Tymczasem Jezus i Jego uczniowie postępują wbrew porządkowi. Gdy faryzeusz im wykaże, że postępują wbrew zwyczajom, zamiast się ukorzyć, wchodzą w dysputę. Dowodzą, że postępują prawidłowo. Zgodnie z duchem, a nie literą Prawa. Brzmi to bardzo logicznie. Dlatego przeraża to faryzeuszy. Oni już są wprawieni w byciu pobożnymi ludźmi. Ludzi słabych taka postawa może sprowadzić na manowce. A kto schodzi na manowce, ten łamie Przymierze z Bogiem.
Czym według pobożnego człowieka jest przymierze? Jest układem, transakcją. Pan Bóg postawił warunki i jeśli je się spełni, ma się zagwarantowane błogosławieństwo tu na ziemi – pokój, potomstwo, zdrowie, bogactwo. Głupi jest ten, kto łamie przymierze. To jak oszukiwać w handlu, dawać fałszywą monetę, wybrakowany towar. Jeśli druga strona się zorientuje w oszustwie, to się wkurzy, zerwie transakcję. Z błogosławieństwa nici. Takie było i jest myślenie faryzeuszy w czasach Jezusa i dzisiaj.
Nie zadawaj się z grzesznikami! Bo z kim przestajesz takim się stajesz. Jeśli już zetknę się z grzesznikiem to moim obowiązkiem jako pobożnego człowieka jest wytknąć mu grzech. Grzesznik jest jak trędowaty, a trędowatych wyrzuca się poza obozowisko. Tymczasem Jezus zasiada z nimi do wspólnego stołu. Jak lekarz, który im bliżej jest chorego, tym ma większą szansę go uzdrowić.
Pobożny człowiek dużo pości. Postawa pokutnika jest dobrą kartą przetargowa w negocjacjach z Bogiem. Jeśli poszczę, odmawiam sobie przyjemności, świadczy to o tym, że jestem pobożnym człowiekiem, któremu nie w głowie próżne radości. Tymczasem uczniowie Jezusa są przepełnieni radością, śpiewają, ucztują. Jeśli są tacy szczęśliwi, to Bóg może im poskąpić błogosławieństwa. Czy nie lepiej przyjąć postawę żebraka, jeśli się chce otrzymać niezasłużony datek – myśli sobie faryzeusz.
Pobożność faryzeusza – to droga do samozbawienia. Sprawiedliwa, gdyż nieosiągalna dla każdego. Każdy każdemu może wytknąć pomyłkę. Każdy może czuć fałszywą satysfakcję, że jest się lepszym od innych. Przestrzeganie ścisłych reguł gry jest wygodniejsze niż bezustanne improwizowanie. Tego bowiem wymaga autentyczna miłość, która jest zawsze dopasowana do drugiego, do czasu i miejsca, do okoliczności i potrzeb chwili. Łatwiej zerknąć do kodeksu niż wsłuchać się w głos sumienia. Prawo bowiem zawsze łatwo ominąć, jeśli jest tak wygodnie. Kochać się zaś nie da od czasu do czasu.
Istnieje pewna niszowa teoria spiskowa, że człowiek został stworzony przez kosmitów. Przeprowadzając eksperyment genetyczny, pchnęli ewolucję człowieka dynamicznie do przodu. Później przekazywali im część swej wiedzy. Pierwotni ludzie zdumieni niebotyczną i niewyobrażalną technologią swych stwórców, zaczęli oddawać im cześć boską. Kosmici odlecieli swymi statkami gdzieś dalej w kosmos. Od tej pory ludzie zaczęli z utęsknieniem spoglądać ku gwiazdom, modląc się do swych dobroczyńców. Gdyby to była prawda, jakie intencje przyświecałyby takim stwórcom? Czy człowiek byłby jedynie królikiem doświadczalnym? Myszką pozostawioną samej sobie po wykorzystaniu do badań?
Całym sobą czuję, że to bzdura. Nie mam żadnych wątpliwości, że Ten, który stworzył świat i na nim wszystko co żyje, cały czas otacza swe dzieło bezustanną troską. Na przestrzeni tysiącleci kontaktuje się z ludźmi, zawiera z nimi przymierza, odpowiada na ich modlitwy, czyni cuda… Trudno mi sobie wyobrazić, by jakiekolwiek badanie naukowe trwało tak długo. Ciągle z takim samym natężeniem i z podziwu godną konsekwencją. Kosmici musieliby być wieczni. Bo badań naukowych nie dziedziczy się przez setki pokoleń.
Jeszcze trudniej mi sobie wyobrazić, że Jezus był takim kosmitą, który zamierzając ingerować w los eksperymentu, wszczepił w Marię swój kod genetyczny, by urodzić się na ziemi jako człowiek. Czekałby cierpliwie przez 30 lat, żeby zrealizować swój plan, potem pozwolił w okrutny sposób zabić swoje ciało, które stało się zbędnym kostiumem i teleportował się na swój statek kosmiczny.
Już cała nasza wiara z wszelką cudownością, uzdrowieniami i zmartwychwstaniem wydaje się być bardziej wiarygodna i racjonalna. Jeśli bowiem założę, że Bogiem powoduje miłość do człowieka i to miłość bez granic, wszystko ma sens. Stworzenie istoty obdarzonej wolną wolą – a więc zdolnej do odwzajemnienia miłości. Bezustanna troska. Gotowość przyjęcia nas do siebie, by zespolić się w wieczności. A gdy człowiek zawalił, nie zrażenie się tym niepowodzeniem ale wierność. Nawet kosztem wcielenia i męki.
Pan mnie kocha. Dlatego chce dla mnie wyłącznie dobra. Chce, żebym był oczyszczony. Uleczy choroby ciała – jeśli to wzmocni moją komunię z Nim. Leczy też choroby duszy, by mogła z Nim połączyć się na wieki w niebie. Tym lekarstwem duszy jest odpuszczenie grzechów.
Pamiętacie z dzieciństwa grę w podchody? Kiedyś wszystkie osiedlowe chodniki upstrzone były strzałkami. Jedna drużyna zostawiała w ten sposób wskazówki, by druga po tych śladach mogła do niej dotrzeć. Im inteligentniejsi byli zawodnicy, tym bardziej ukryte były wskazówki. Gdy sam miałem dzieci w wieku szkolnym, próbowałem ich zarazić podobną zabawą. Urządzaliśmy specyficzne wycieczki za miasto. Questy to edukacyjna gra terenowa, która łączy w sobie elementy zabawy i nauki, poszukiwań skarbu i radości odkrywania. Poznaje się przy tym najważniejsze atrakcje w danym miejscu. Nie trzeba do tego znakowanych szlaków turystycznych, ponieważ idzie się według wskazówek znajdujących się na karcie wypraw. Czytając wierszowane wskazówki, podążaliśmy questem w terenie i poznawaliśmy sekrety danego miejsca. Na końcu drogi na odkrywców czekał „skarb” – pojemnik finałowy, a w nim pamiątkowa pieczątka i Księga Questu. Odcisk pieczęci i wpis do Księgi potwierdzają przebycie trasy. Jak to często bywa, była to większa frajda dla mnie niż dla chłopaków, którzy preferowali bieganie swoimi ścieżkami i w swoim tempie bez zbędnych zagadek.
Podobnie wygląda to w życiu duchowym. Bawimy się z Bogiem w swoiste podchody. Im bardziej jesteśmy zaawansowani w te klocki, tym rebusy, strzałki, wskazówki są wymyślniejsze. Człowiek jeśli chce, jest w stanie odkryć wszystkie te ślady pozostawione przez Boga. Dzięki swemu intelektowi i swoistemu wewnętrznemu kompasowi jakim jest zmysł wiary. On cały czas nas poprzedza i świadomie zostawia wskazówki jak za Nim podążać. Inicjatywa jest ciągle po Jego stronie. To nie jest ucieczka.
Czasami ta gra może mnie jednak nudzić. Wolę chodzić swoimi ścieżkami. Albo się wkurzam, że zamiast Stwórcę ciągle dopadam tylko kolejnej strzałki. Dlaczego Jezus nie może po prostu przyjść do mnie jak do łodzi Piotra? Chyba każdy z nas ma w sobie to pragnienie, by Bóg mu się w końcu objawił. Żeby wiara przestała być konieczna, żeby znaki i symbole zastąpiła bezpośrednia styczność. Właśnie sobie wyobraziłem taką scenę. Za chwilę mój anioł stróż klepnie w ramię i ludzkim głosem huknie mi wprost za uchem” „Witaj, stary! Kopę lat się nie widzieliśmy!” Spełniłoby się moje życzenie, ale chyba ze strachu od razu padłbym trupem. Chyba jednak podziękuję.
Dlatego słusznie święty Ireneusz porównuje Objawienie Boże do oswajania się. I to wzajemnego. Jak w pierwszych momentach prawdziwej miłości. Jesteśmy sobą zainteresowani ale ciągle trzymamy pewien dystans, by uniknąć rozczarowania, odrzucenia, zranienia. Im lepiej kogoś poznaję, tym bardziej jestem skłonny by się otworzyć. Jestem introwertykiem i dobrze to czuję. Gdy ktoś za szybko chce wtargnąć w moją strefę komfortu, płoszy mnie natychmiast i zniechęca do siebie. Odbieram to jako atak, a przecież taka mocno ekspresyjna osoba, wylewna, dusza towarzystwa, nie ma żadnych złych intencji względem mnie.
Pięknie wyglądają te miłosne podchody w dzisiejszej scenie z Ewangelii. Jezus przychodzi do Szymona, by spotkać się z nim w środowisku najbardziej mu znanym i przyjaznym. Wchodzi do jego łodzi. Szymon jest tu kapitanem, to doda mu z pewnością więcej pewności siebie. Pierwszą strzałką wyrysowaną na jeziorze jest całonocny połów bez choćby płotki w sieci. Na pierwszy rzut oka to tylko pech. Podobnie jak zachęta „wypłyń na głębię”. Z pozoru to prozaiczne słowa, które dopiero w kontekście całości nabierają głębokiego znaczenia. Mogę po drodze mijać wiele znaków zostawionych przez Boga i je lekceważyć. Dopiero gdy spojrzę na nie wszystkie razem, ułożą się w drogę. Gdy Szymon poukładał w sobie wszystkie elementy: bezsilność w nocy, słowa Nauczyciela wygłaszane z jego łodzi jak z ambony, cudowny połów, uzmysłowił sobie kto przed nim stoi. Był już gotów przyjąć powołanie do porzucenia sieci, by łowić ludzi. Gdyby te słowa usłyszał od nieznajomego w karczmie – wyśmiałby go. Gdyby od razu Jezus stanąłby przed Nim świetlisty i pełen niebieskiej chwały jak na górze Tabor – przeląkłby się. Dystans byłby nie do pokonania.