Jestem spragniony prawdy o sobie, o sensie życia, o celu, do którego mam dążyć. Cały czas towarzyszą mi pytania, na które nie znam odpowiedzi. Pytam się choćby, czy to gigantyczne wyzwanie, które realizuję, ma sens. A jeśli tak, czy mu podołam? A jeśli podołam, to czy to robię dla swojej własnej chwały, czy też dla pożytku duchowego czytelników? Tak wiele pytań i tylko Bóg może udzielić pełnych i jednoznacznych odpowiedzi.
Chrystus, Syn Boży, który stał się człowiekiem, jest jedynym, doskonałym i ostatecznym Słowem Ojca. W Nim powiedział On wszystko i nie będzie już innego słowa oprócz Niego. Tak podaje mi dziś Katechizm wskazówkę, gdzie szukać odpowiedzi. Dlatego jak setnik wybiegam naprzeciw swemu Panu i proszę Go tylko o słowo. Wierzę, że nie odmówi mi tej łaski. Słowo rzeknie słowo i będzie uzdrowiona dusza moja.
Kiedyś upadnę i zwątpię, a wiem, że jest to bardziej niż pewne. Może właśnie już to się stało. Ufam jednakże, że podejdziesz do moich mar. Dotkniesz mnie. Wzruszy cię zimno mojej martwoty. Obym wtedy usłyszał: „Młodzieńcze, tobie mówię wstań!” I choć czuję się martwym starcem, to jak młodzieniec zerwę się na nogi. Podejmę na nowo trud. Stawię czoła wyzwaniom. Bo Ty przemówiłeś. W Twym słowie jest wszystko, co konieczne jest do życia. Co nie wypływa z Twych ust, to tylko bełkot, mamienie lub gaworzenie.
Z pewnością spotkam się z takimi, którzy będą się pod Ciebie podszywali. Wypowiadając swoje słowa, będą przekonywali, że to Twoje objawienie. Kto wie? Może i ja jestem takim fałszywym prorokiem. Co mnie bowiem upoważnia do wskazywania innym jak mają żyć, co robić, a czego unikać? Dobrze – jestem rodzicem. Jako rodzic mam obowiązek dawać rady swoim dzieciom. Ktoś z was jest na kierowniczym stanowisku i musi wydawać dyspozycje podwładnym. Prawdziwie jednak będę autorytetem dla innych tylko wtedy, gdy Jezus będzie autorytetem dla mnie.
Bardzo głośno jest w tych dniach o Izraelu. Świat dzieli się na tych, którzy oskarżają armię izraelską o zbrodnię ludobójstwa w Gazie oraz tych, którzy zarzucają tym pierwszym antysemityzm. Nie będę się wypowiadać, która strona ma rację, gdyż nie o tym jest ten blog. Chcę tylko zwrócić uwagę, że przez tysiąclecia ten niewielki naród cały czas wzbudza jakąś kontrowersję. Trudno wobec nich przejść obojętnie. Niejednokrotnie znacznie silniejsze narody próbowały zmieść ich z powierzchni ziemi. Począwszy od faraona z czasów Mojżesza. Rzymianom udało się ich rozproszyć po całym świecie i odebrać nadzieję na powrót do swojej ziemi. Pomimo tego, po prawie dwóch tysiącach lat, udało im się utworzyć państwo Izrael. Na ziemiach, które przez poprzednie stulecia, trwające dłużej niż cała historia Polski, stały się ojczyzną Palestyńczyków.
Trudno się zgodzić z obecną polityką Izraela, który wykorzystując swą przewagę militarną i poparcie największego mocarstwa, konsekwentnie dąży do ostatecznego wyeliminowania przeciwników. Sumienie natychmiast mi podpowiada, by stanąć po stronie słabszego. Choć przyznać muszę, że ten słabszy wiele uczynił, by sprowokować brutalny atak. Rozumiem dobrze głosy potępienia akcji militarnej w Gazie dobiegające z całego świata. Burzę się jednak wewnętrznie, gdy krytyka polityki konkretnego rządu, przeradza się w niechęć do całego narodu.
Urodziłem się i spędziłem całe dzieciństwo w Będzinie. Miasto to przed wojną było ważnym centrum dla mniejszości żydowskiej w II Rzeczypospolitej. Akurat w moim mieście stanowili oni zdecydowaną większość, która została praktycznie unicestwiona podczas Holokaustu. Dziś miasto ponownie zaczyna się przyznawać do swego żydowskiego dziedzictwa. Tej historii nie da się bowiem wymazać, jakby się nie wydarzyła. Kultura żydowska wycisnęła trwały ślad. Ten klimat w którym dorastałem pewnie sprawia, że z szacunkiem spoglądam na historię narodu żydowskiego. Przyznać muszę, że jego trwałość wobec przeciwności losu jest zadziwiająca. Respekt też budzi, wielki tu odsetek ludzi obdarzonych szczególnymi talentami, w dziedzinie nauki, sztuki, ekonomii. Wytłumaczenie zdaje się być tylko jedno. Skoro Bóg wybrał ich przed wiekami, to Jego opieka ciągle nad nimi trwa, gdyż Bóg nie zmienia zdania. Potomstwo Abrahama ciągle jest Ludem Wybranym.
Jezus w rozmowie z Nikodemem oznajmił, że mieszkańcy Jego Królestwa muszą się narodzić na nowo. Nie z ciała, ale z wody i z Ducha. Temu nowemu potomstwu, Abraham przekazał nie tyle swe geny, co wiarę. Wszyscy wierzący w Boga są niejako wszczepieni w potomstwo tego patriarchy. Abraham jest nie tylko przodkiem narodu żydowskiego. W zamyśle Boga stał się ojcem wszystkich wierzących w jednego Boga – Stworzyciela nieba i ziemi. Choć wydaje się to nieprawdopodobne, zarówno Żydzi jak i Arabowie wierzą w tego samego Boga. Choć inaczej Go nazywają. Obydwa narody wywodzą się od Abrahama. Również my, jako chrześcijanie, choć nie jesteśmy semitami, przyznajemy się do tego patriarchy. Bóg ofiarował mu Ziemie Świętą. Jest to decyzja nieodwołalna. A zatem wszystkie strony konfliktu mają jednakowe prawo do tej Ziemi Obiecanej jako do swej ojcowizny.
Niestety, tak Palestyńczycy jak i Izraelici żadną miarą nie są w stanie patrzeć na siebie jak na braci. Koncentrują się wyłącznie na tym co ich dzieli. Choć mają wspólną ojczyznę, patrzą na siebie jak na śmiertelnych wrogów. Sądzą, oskarżają, potępiają. Oślepieni tą nienawiścią wodzą się nawzajem wprost do dołu nieszczęścia i śmierci. Ta nienawiść rodzi straszne owoce. Gdyby jednak obydwie strony oparły się na tym wspólnym fundamencie jakim jest Bóg, który ich wybrał w Abrahamie, zamiast ruin i pustyni mielibyśmy wokół Jerozolimy wspaniały i trwały wspólny dom.
Bóg wybiera. Bóg powołuje, człowiek zaś odpowiada albo nie. Czy Bóg może powołać osobę niegodną? Nawet jeśli ktoś zachowywał się wcześniej parszywie, powołanie dowodzi, że Bóg dostrzegł w nim wartość i uznał za godnego Swej przyjaźni. Wystarczy wspomnieć celnika Mateusza, Szawła z Tarsu zanim stał się Pawłem… Wystarczy wspomnieć siebie. Zostałem bowiem powołany do świętości. Tak jak i ty drogi Czytelniku. Przynajmniej w momencie chrztu świętego. Żadną miarą nie mogłem sobie na to zasłużyć.
Katechizm dziś przypomina, że Kościół czci jako świętych Abrahama oraz innych patriarchów i proroków. Oznacza to, że świętość jest przeznaczona dla każdego. Wszak wielcy bohaterowie Starego Testamentu nie byli ochrzczeni. Ba! Nie słyszeli nawet o Synu Bożym. Dla Mojżesza Joshua to był jego osobisty sługa, pomocnik i w końcu następca, który miał wprowadzić Izraela do Ziemi Obiecanej. Słusznie przytaczamy prawdę, że poza Kościołem nie ma zbawienia, ale czy tak samo słusznie Kościół ograniczamy jedynie do stałych bywalców w kościele?
Jakie warunki osiągnięcia szczęścia podał Jezus w swych błogosławieństwach? Cóż należy spełnić, żeby otrzymać nagrodę w niebie? Czy mówił o przynależności do bractwa szkaplerznego? Czy wspominał o odmówieniu pompejanki? Błogosławieni będziecie, gdy ludzie was znienawidzą, i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego podadzą w pogardę wasze imię jako niecne: cieszcie się i radujcie w owym dniu, bo wielka jest wasza nagroda w niebie. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili prorokom.
Jeśli pozostaję wierny Bogu nawet wtedy, gdy to się mi nie opłaca, gdy naraża mnie to na drwinę, mam powód do radości. Taką agresję mogę doświadczyć od wojujących ateistów ale też ze strony katolików, którym nie w smak, że służę chorym jako nadzwyczajny szafarz Najświętszego Sakramentu. Którzy uważają mnie za świętokradcę, bo bez święceń kapłańskich biorę do dłoni Ciało Chrystusa. Zanosząc Jezusa do tych starszych ludzi, którzy już są przykuci do swoich mieszkań, dostrzegam w ich oczach głód Eucharystii, głód modlitwy we wspólnocie. Widzę ich cierpienie spowodowane ubóstwem możliwości oddawania czci Bogu. Nie mogą pójść na majowe, nie pójdą w procesji Bożego Ciała. Pomimo tego, gdy przyjmują z moich niegodnych rąk Jezusa, bez wątpienia są szczęśliwi. Mocno to przeżywają. A ja wraz z nimi. O wiele mocniej, niż podczas komunikowania długiej kolejki ludzi na niedzielnej mszy świętej.
Jakże często zdarza mi się kogoś odrzucać. Zazwyczaj z błahego powodu. Jakże często Bóg wybiera i pozostaje wierny w swym wyborze. Bo Pan Bóg jest niezmienny. Zdania nie zmienia. Tylko człowiek schodzi na manowce i odrzuca wybranie. Zamiast miłować wszystkich, jak Niebieski Ojciec, dzielę ludzi na tych, których lubię i nie lubię, na przyjaciół i nieprzyjaciół, na wierzących i niewierzących, na pobożnych i bezbożników, na „tradsów” i charyzmatyków, na katolików i heretyków. Wyliczać mogę w nieskończoność.