O Grzegorz Molitorys

Grzegorz Molitorys - z wykształcenia: dziennikarz, z zawodu: archiwista, z zamiłowania: bloger i poeta, z powołania: mąż i ojciec.

Nieużyteczni

Wpierw przeczytaj: Łk 17,7-10

służba

Ciężko mi dziękować za coś, co spotyka mnie codziennie. Myślę, że podobnie jak mnie, wielu mężczyznom nie przychodzi do głowy, by podziękować wpierw swoim mamom, a potem żonom, za codzienny wikt i opierunek. Z pewnością trudno by było nawet wymienić wszystkie te rzeczy, które są przydatne lub wręcz niezbędne w normalnym życiu, a które są wykonywane dla mnie i za mnie. Tak było, jest i będzie. Nie muszę sobie zaprzątać tym głowę skąd mam jedzenie na talerzu, czyste i wyprasowane ubrania, kurz starty z biurka, pilot odłożony na miejsce itd.

Jak wiadomo, od wieków mężczyznom jest wpajane, że obowiązki są od tego, by je wypełniać. Żadna filozofia. Z biegiem czasu obowiązki wchodzą w krew i z łatwością przychodzi facetowi robić je prawie bezmyślnie. Oczywiście wydaje mi się, że wszyscy funkcjonują podobnie. Za co więc dziękować? Tak ma być. Jeśli nie będzie, momentalnie zauważę i zainterweniuję. Naturalny porządek został zachwiany. Winny zostanie ukarany.

Dostrzegę i docenię dopiero coś niezwykłego, coś ekstra. Zwłaszcza jeśli jest to uczynione specjalnie dla mnie. I podstawi się pod oczy ładnie zapakowane, bym nie przegapił. Lubię takie niespodzianki. A to co jest spodziewane, zwyczajne nie wymaga specjalnych względów w postaci podziękowań. Mnie też nikt nie dziękuje, za to co robię codziennie. Problem rodzi się wtedy, kiedy tych męskich obowiązków domowych jest nieproporcjonalnie mało. Albo nie ma ich wcale. Dobrze, że jeszcze jesteś i przynosisz pensję. Maximum obowiązków na miarę herosa XXI wieku.

Kobieta krząta się wokół domu i wokół dzieci. Coraz bardziej się frustruje, gdyż jej trud nie spotyka się z uznaniem. Od dzieciństwa jest zaprogramowana, że ma być grzeczna, posłuszna, użyteczna, sumienna. Dopiero wtedy ma szanse być pochwalona, zauważona, doceniona. Dopiero wtedy ma szansę poczuć się ważna i kochana. Dlatego stara się jak może. Wypruwa sobie żyły, by osiągnąć we wszystkim perfekcjonizm. By zasłużyć na więcej, wyręcza we wszystkim innych, wiedząc, że zrobi to szybciej i lepiej. W ten sposób przejmuje większość obowiązków męża i dzieci. Może to docenią? Pogłaszczą po głowie?

Wiem, że to nadmierne uproszczenie, seksistowskie generalizowanie. Jeśli ktoś poczuł się urażony, to przepraszam. Ale czy nie odnajdujesz w tym choć cienia prawdy? Co gorsza, czy nie stosujemy podobnego podejścia w stosunku do Boga? Czyż nie ukrywamy przed Nim swoich wad, a afiszujemy się każdym dobrym uczynkiem? Czyż nie oczekujemy w zamian błogosławieństwa już tu na ziemi, albo przynajmniej w niebie?

Tymczasem to Pan Bóg jest sprawcą w nas chcenia i niechcenia. On jest źródłem każdego dobra, jakie ode mnie pochodzi. Wszystko co dobre, dla Niego, przez Niego i w Nim się dzieje. Ja mogę być co najwyżej narzędziem w Jego dłoni. Sługą nieużytecznym.

Powinienem być dobrym człowiekiem – do tego jestem powołany. Mogę się starać realizować to powołanie i cały czas z lękiem i nadzieją oczekiwać na ocenę moich starań. Ale mogę zrezygnować z tego głodu pochwał i podziękowań. Mogę po prostu cieszyć się, że mogłem być pomocny, przydatny.

Wszak więcej szczęścia jest w dawaniu, aniżeli braniu.

Dodaj wiary.

Wpierw przeczytaj: Łk 17, 1-6

2017-05-15-10-02-30-900x675

Wybierając grzech, nie jestem masochistycznym samobójcą. Wybieram go, gdyż tak chcę. Bo tak łatwiej, przyjemniej. Z mojego, egoistycznego punktu widzenia. Pierwszym krokiem walki z słabością jest wyjść z tego kręgu sobiepaństwa. Każdy mój grzech, nawet ten najbardziej prywatny, skrywany, oddziaływuje bowiem na innych. Ma znaczenie w moich relacjach z bliskimi i obcymi. Niech w końcu dotrze do mnie, że jako chrześcijanin, grzesząc, staję się zgorszeniem dla innych. Jako ojciec daję zły wzór swoim synom, jako mąż zniechęcam żonę. Cóż dopiero jako aktywny parafianin. Czy się stoi, czy się leży, to świadectwo się należy. Może mi to powiedzieć każdy mijający mnie na ulicy przechodzień. Możesz rzucić mi w twarz i ty.

A wtedy pozostaje chwycić ten obciążający mnie wyrok jak kamień młyński w garść i z wysiłkiem i bólem rzucić w otchłań morską. Grzechowi zadać śmierć w odmętach Bożego Miłosierdzia. Jedyne to rozsądne wyjście.

Jakże często jednak, zamiast wziąć się za siebie, z dociekliwością godną detektywa śledzę błędy innych. Gorsi ode mnie mają się stać drabiną do samousprawiedliwienia. Dlatego tak chętnie obnoszę się z poczuciem krzywdy i niesprawiedliwości, jaka mnie choćby draśnie. Tymczasem tak uzyskane samousprawiedliwienie, że wszyscy grzeszą, a niektórzy dużo gorzej ode mnie, nie prowadzi do pokoju. Gwałcone w ten sposób sumienie krzyczy rozpaczliwie. Żal winowajcy ma budzić pokój, a nie dziką satysfakcję. Satysfakcję, która wznosi mury, a nie łączy.

Rady ewangeliczne są tak oczywiste. Trudno jednak się zmienić. Staram się. Kolejne zrywy poprawy szybko się kończą potknięciem o stare nawyki. Własną mocą nigdy mi się nie uda osiągnąć szczytów doskonałości. Potrzebna jest wiara.

Zamiast pochodni wiary w najlepszym wypadku zdobywam się jedynie na drobne iskierki, które tak szybko gasną.

Dodaj mi wiary, Panie!

Jego wsparcie jest jak nieprzebrany ocean łatwopalnej cieczy. Jeśli iskierka mojej wiary skieruje się wprost do Niego, nastąpi nieuchronna eksplozja łaski. Każdy cud stanie się rzeczywistością.

Zamiast zgorszeniem, stanę się zwierciadłem wskazującym Pana. Zamiast mącicielem rozsiewać będę pokój. Zamiast niedowiarkiem stanę się uczniem wiernie podążającym za Mistrzem.

 

Dobre chęci

Wpierw przeczytaj: Łk 14, 15-24

pen-calendar-to-do-checklist

Mój młodszy syn ma problemy ze zmobilizowaniem się do realizacji codziennych obowiązków. (Ciekawe po kim to ma? Jeśli chcecie znać odpowiedź, sprawdźcie częstotliwość pojawiania się codziennych rozważań na tym blogu). Nie brakuje mu dobrych chęci. By ogarnąć rzeczywistość, przygotowywuje sobie listę rzeczy do zrobienia w danym dniu. Bardzo sumiennie podchodzi do tej sprawy, wielokrotnie się ze mną konsultując, by niczego nie przegapić. Później… musi sobie odpocząć. Przychodzi następny zryw. Z zapałem przegląda swoją listę to-do. Jest tego tak wiele, że trudno się zdecydować, od czego zacząć więc… najpierw sobie pogra. Czas jednak nagli. Kolejnym etapem jest uporządkowanie listy według hierarchii i przygotowanie harmonogramu. Okazuje się, że wykonanie wszystkiego zajmie mu kilka godzin, a że dzień jeszcze długi spokojnie można pójść odwiedzić przyjaciela. Wracając, jest zmęczony zabawą i musi chwilkę odpocząć. I tak odkładając co trudniejsze sprawy na później, mija mu bezpowrotnie dzień. Ale przecież do końca tygodnia jeszcze daleko! Jutro się weźmie porządnie za obowiązki – ręczy swoim słowem. Nie mam wątpliwości, że szczerze.

Nam wszystkim nie brakuje ambitnych planów. Sam mam krystalicznie czyste intencje, by być porządnym człowiekiem. Nie na darmo się jednak mówi, że dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło.

„Gdy Jezus siedział przy stole, jeden ze współbiesiadników rzekł do Niego: «Szczęśliwy ten, kto będzie ucztował w królestwie Bożym».” Cóż za pobożne zawołanie! Jakże będę szczęśliwy tam w niebie. Można się słodko rozmarzyć. Tymczasem Jezusowa przypowieść jest jak ostra szpila, która przekłuwa bujający w obłokach balonik. Marzysz o szczęściu w niebie? O ucztowaniu w królestwie Bożym? Tymczasem nie rozpoznajesz przy stole swego Zbawcy. Nadeszła pora twego zbawienia, a ty dumasz o niebieskich migdałach.

Jakże często i z moich ust padają podobne pobożne hasła bez realnego pokrycia. Jezu, ufam Tobie. Chciałbym być w niebie. Od jutra biorę się za codzienny rachunek sumienia. Muszę w końcu iść do spowiedzi. Najwyższy czas się poprawić. Nie chcę więcej grzeszyć. Będę lepszym mężem i ojcem. Wymieniać mógłbym długo. Jestem pełen dobrych chęci, zwłaszcza chęci poprawy. Poprawy od jutra. Bo z jednej strony ciągle wypatruję świetlanej przyszłości, a z drugiej ciągle mam w pamięci niepowodzenia z przeszłości. Porażki, które zniechęcają.

W mej głowie przyszłość i przeszłość. Tymczasem kwestia mojego zbawienia rozstrzyga się wyłącznie tu i teraz. Często powtarzam synom hasła wpojone mi przez mamę: „Co masz zrobić później, zrób teraz.” Albo: „Najpierw obowiązki, później przyjemności.” Lub moje autorskie: „Zaraz, to taki wielki bakter.” Niby, taki jestem mądry. Sam wpatrzony w swą listę codziennych spraw i obowiązków na zaproszenie Jezusa do zacieśnienia więzi odpowiadam roztargnionym: Nie teraz. Jestem zajęty.