Król i Pan

Niedziela Chrystusa Króla

ChmielowskiAdam.1881.EcceHomo

Imię Jego Król królów i Pan panów, a korona Jego z cierni upleciona, tron zaś jest krzyżem skazańca. Nie złotej korony on pragnie. Chce władać w moim i twoim sercu. Nie w Jerozolimie czy w Polsce. Gdyż Królestwo Jego jest z Prawdy, a nie z tego świata polityki.

Są tacy, którzy chcą go obwołać królem. Jakby to od nich zależało, kogo wspaniałomyślnie obdarzą monarszym berłem. Są tacy, którzy nazywają Go swoim królem. Jakby zazdrośnie chcieliby Go zatrzymać tylko dla siebie, by podkreślić swoją wyjątkowość i wyższość. Jeszcze inni proklamują Jego królestwo, by zrzucić z siebie wszelką inną władzę i zdobyć moc bycia “pierwszym po Bogu”. W triumfalnej krucjacie przeciwko wszystkim, którzy myślą inaczej od nich. Jakże bardzo przypominają mi oni tych spośród Żydów współczesnych Jezusowi, którzy oczekiwali Mesjasza – Superbohatera. Niech przyjdzie, odwali brudną robotę z Rzymianami i da nam upragnione panowanie nad światem. «Czyż Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas». To rozkaz!

Tymczasem to On jest Królem królów i Panem panów. Ja, co najwyżej, mogę być zbuntowanym sługą, któremu poprzewracało się trochę w głowie. Dlatego 27 lat temu, na rekolekcjach oazowych I stopnia w Sulmierzycach, pokornie uznałem, jakie jest moje miejsce w szyku. Publicznie przyznałem, że jestem Jego sługą, a On od zawsze był, jest i będzie moim Panem.

To były wyjątkowe rekolekcje. Niby nic niezwykłego, ekipa raczej równająca w dół w pobożności, w stosunku do innych. Pamiętam jak na Dniu Wspólnoty, jako jedyna grupa zaprezentowaliśmy się na sposób głupkowato-kolonijny. Sam byłem autorem tekstów. “Czterdzieści i trzy podzielić przez cztery, to po prostu my i nasze numery. Towarzyszy nam cała asysta. Ksiądz Jarek wiedzie prym – największy to artysta.” Dziś już nie pamiętam nawet twarzy tego księdza, nie mówiąc o jego nazwisku. Właśnie jako członek tej bandy 40 rozbójników niepostrzeżenie pojąłem jaki jest sens życia. Zostałem dobrym łotrem, który karnie, za Jezusem Królem, idzie tam gdzie On. Niezależnie, czy to jest Golgota, czy też Raj.

Bo Twoje jest Królestwo i potęga, i chwała na wieki. Amen

Gorycz miodu

Słodki miód, który staje się goryczą. To może być zawód niespełnionej nadziei lub odrzuconej miłości. Taka gorycz może gryźć wnętrze przez długie lata. I popychać do nierozważnych i strasznych czynów. Sam pamiętam dobrze smak tej goryczy, gdy rzuciła mnie dziewczyna, którą kochałem przez długie lata. Ile głupot narobiłem przez długi czas, by ją odzyskać lub choćby zobaczyć. Mam nadzieję, że ani ona, ani moja żona się nie dowiedzą. Podobną gorycz musiał odczuwać Jezus, gdy rozwalał targowisko w Jego ukochanej Świątyni.

Inna gorycz odczuwana po słodkich chwilach, to wyrzut sumienia z powodu własnej niewdzięczności. Najczęściej w odniesieniu do rodziców i Miłości Bożej. Jakże wiele we mnie smutku, że nie potrafiłem i wciąz nie potrafię dbać o dobre relacje z bliskimi i przyjaciółmi. Z rodzeństwem, kolegami ze szkoły, z przyjaciółmi z oazy. Tak wiele otrzymałem, tyle słodyczy mi dali, a ja to zlekceważyłem. Uznałem za coś mi należnego i ich psi obowiązek. A potem przychodzi żal, który tak trafnie wyraził mój poetycki mistrz X Twardowski. Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą.

Tym żalem kierowani, rodzice obsypują swe zaniedbane dzieci drogimi prezentami. A dziadkowie rozpieszczają nieprzyzwoicie wnuki, nadrabiając czułości, które skąpili własnym dzieciom.

I w końcu trzecia gorycz, która przychodzi mi teraz do głowy. To tak zwany mechanizm kwaśnych winogron. Deprecjonujemy realną wartość dóbr, które są dla nas nieosiągalne. Tak odbieram większość bluzgów na chrześcijan. Z powodu zaniedbań w dzieciństwie rodziców, katechetów i księży, nie nawiązali oni osobistej więzi z Bogiem. Nie nauczyli się autentycznej z Nim rozmowy. Nie poznali słodyczy płynącej z kart Biblii. Teraz więc słusznie są wyczuleni na wszelką obłudę i nieuczciwość ze strony tych, którzy wymagają od nich chrześcijańskiej postawy moralnej. By mieć prawo wymagać trzeba wpierw to wpoić. I doprowadzić do tego, by przyjęli te zasady za swoje własne.

Przepraszam wszystkich, którym kiedykolwiek poskąpiłem miodu dobrego świadectwa. Wybaczcie wszelką gorycz z mojej strony. I dajcie coś do popicia, bo ciężko przełknąć tę książeczkę.

Oto zwyciężył Lew.

Czwartek w 33 tygodniu zwykłym.

Night_cat_in_Jerusalem.jpg

 

W dzisiejszych czytaniach jest dwa razy mowa o płaczu. Zapłakał Jan z bezradności widząc zapieczętowany zwój. Być może z listą przeznaczonych do zbawienia. Zapłakał też Jezus nad ukochaną Jerozolimą, która nie rozpoznała swojej szansy.

W czytaniach dwukrotnie mowa też jest o zwycięzcach. Zwycięski Tytus zdeptał zbuntowaną Jerozolimę nie zostawiając  w niej kamień na kamieniu. Triumfujący wódz miał wkrótce zostać rzymskim imperatorem i panem świata. Jest też zwycięski Baranek, jakże odmienny od cesarza. Wszak został zabity i zapłacił Bogu Swoją krwią. Baranek, który jednak jest Lwem. On jeden jest godzien królować nad każdym pokoleniem, językiem, ludem i narodem. Również nade mną i tobą.

Tytus Flawiusz zmarł po dwóch latach panowania. Zmogła go febra lub trucizna podana przez młodszego brata. Upadło również Cesarstwo Rzymskie spełniwszy swoje zadanie. Wielcy tego świata przychodzą i odchodzą. Cesarstwa wybuchają swoją potęgą jak Wezuwiusz, by wkrótce pokryć się popiołem upadku.

Tylko Baranek trwa. I trwa Jego panowanie.  Tak samo niezmienne jest Jego upodobanie w swoim ludzie.  I nawet jeśli czasami Jego serce płacze nad moim upadkiem, zawsze jest to serce pełne miłości.

Dlatego z pokorą uznaję Go za swojego Pana. Pełen ufności w ostateczne i wieczne zwycięstwo pod takim Wodzem, cieszę się i raduję swym Królem.