U cioci na imieninach

Łk 2, 41-52
KKK 27-30

  • Dobrze pamiętam z dzieciństwa te straszne chwile, gdy wbrew swej woli trafiało się z rodzicami na imieniny jakiejś mniej sobie znanej dorosłej osoby. Mało kogo się zna, jeszcze mniej się rozumie treści rozmów. Za bardzo nie ma do jedzenia tych rzeczy, które by smakowały. To nawet nie urodziny, by był smaczny tort. Trzeba siedzieć prosto i nie przeszkadzać. Pytanie o termin powrotu do domu jest zbrodnią. Żadnych zabawek, bo gospodarze nie mają dzieci. Czytać książki też nie wypada przy stole. Smartfonów jeszcze nie wynaleziono. Po tych nudach dłużących się niemiłosiernie zazwyczaj dostawałem pochwałę, że zachowywałem się grzecznie. Wysłuchiwałem jej jednak z mniejszą uwagą, bo już gnałem do atrakcji swojego świata.
  • Już jako rodzic rozumiałem, że moje dzieci mogły się czuć w kościele podobnie. Choć starałem się im jak najwięcej wytłumaczyć. Często byli z nami na różnych rekolekcjach dla rodzin, gdzie realizowali swój program formacyjny. W końcu zostali ministrantami. Może było im łatwiej. Jezus przestawał być tajemniczym obcym człowiekiem, dobrym znajomym rodziców. W dodatku niewidzialnym i niesłyszalnym, skoro ten pan śmiesznie przebrany to ksiądz, a nie Pan Jezus. Jednak czy wiedza i doświadczenia jakie im dostarczaliśmy wystarczyły, żeby poznali i przyjęli osobiście swego Zbawcę? Dziś, gdy starszy syn już się od nas wyprowadził na czas studiów, a młodszy imprezuje na osiemnastkach swych przyjaciół. ciągle nie dostrzegam, by dotarli do tego etapu przeżywania wiary. W kościele wiedzą jak się zachować. Uznają istnienie Boga i przyjmują do wiadomości chrześcijańską doktrynę i moralność. Ciągle tylko tyle. Widząc jednakże wybryki ich rówieśników jestem spokojny.
  • Na początku dziecko prowadzone za rączkę idzie dokładnie tam, gdzie je prowadzimy. Z biegiem lat jego poszukiwania własnej prawdy i szczęścia stają się coraz intensywniejsze. Młody człowiek szuka sensu swego życia. Jego natura pcha go cały czas w kierunku Boga. Choć z pewnością tego jeszcze nie wie. Zaczyna nam mówić „Ja sam!”. Żadna tama nie powstrzyma tego wodospadu. Maryja z Józefem dopiero po trzech dniach odnaleźli dwunastoletniego Jezusa, który samodzielnie ruszył na spotkanie swego Ojca. Przyjęli ten fakt ze smutkiem, ale i ze zrozumieniem. Mały Jezus miał do nich na tyle zaufania, że mógł bez lęku wyrazić swoje pragnienia, swoje zdanie. Nasze dzieci po „Ja sam!” zazwyczaj mówią: „Ja wiem lepiej!”. Jeśli na siłę będę chciał je wcisnąć w swoją formę, to z pewnością kiedyś usłyszę: „Przestań mi w końcu pierdolić takie głupoty. Jesteś starym boomersem. Żyj dalej w swoim średniowieczu i pozwól żyć innym!” Ufam jednakże, że już wkrótce usłyszę inne słowa. „Jezus faktycznie istnieje. Spotkałem Go. Miałeś rację”. To Jezus jest drogą. Ja mogę być w najlepszym wypadku drogowskazem.
  • Nawet jeśli człowiek może zapomnieć o Bogu lub Go odrzucić, to Bóg nie przestaje wzywać każdego człowieka, aby Go szukał, a dzięki temu znalazł życie i szczęście. (KKK 30)

Wierzę

Łk 2,21-40
KKK 26

KKK 26 Gdy wyznajemy naszą wiarę, zaczynamy od słów: „Wierzę” lub „Wierzymy”. Dlatego wykład wiary Kościoła wyznawanej w Credo, celebrowanej w liturgii oraz przeżywanej w praktykowaniu przykazań i w modlitwie, zaczynamy od pytania, co to znaczy „wierzyć”. Wiara jest odpowiedzią człowieka daną Bogu, który mu się objawia i udziela, przynosząc równocześnie obfite światło człowiekowi poszukującemu ostatecznego sensu swego życia. Rozważymy więc najpierw to poszukiwanie Boga przez człowieka (rozdział pierwszy), następnie Objawienie Boże, przez które Bóg wychodzi naprzeciw człowiekowi (rozdział drugi), wreszcie odpowiedź wiary (rozdział trzeci).

  • Wiara jest odpowiedzią człowieka daną Bogu, który mu się objawia. Bóg jest nieskończenie kreatywny. Wszystko cokolwiek stworzył jest jednostkowe i wyjątkowe. Choć pozornie wydaje się jednakowe. Nie ma dwóch jednakowych ludzi. Nawet bliźnięta jednojajeczne, choć zdają się być lustrzanym odbiciem, różnią się swoim wnętrzem. Mają odrębne umysły, odrębną wolę. Każdemu zatem Bóg objawia się w wyjątkowy sposób. Każdy też odpowiada Bogu w swoisty sposób. Mamy wspólne dla wszystkich wyznanie wiary. Wszyscy chrześcijanie odmawiają te same modlitwy. Uczestniczymy w jednej Najświętszej Ofierze. Jednakże każdy z nas przeżywa te celebracje inaczej. Zgodnie ze swoją wrażliwością, poziomem świadomości religijnej, nastrojem i stanem duszy konkretnie w tym momencie, stopniem otwartości. To tylko niektóre czynniki ludzkie. Najistotniejszą różnicę stanowi jednak współudział w naszych aktach wiary Ducha Świętego. Również On modli się w nas. Wieje tam gdzie chce, szum Jego słyszę, lecz nie wiem skąd przychodzi i dokąd podąża.
  • Przeżywając podczas lektury Ewangelii scenę Ofiarowania Pana Jezusa w świątyni, dostrzegam wiele różnych sposobów praktykowania przykazań i modlitw. Samo osobiste ofiarowanie swego Pierworodnego w świątyni nie było narzuconym przepisem. Prawo mówiło tylko o złożeniu ofiary w określonej wysokości, uzależnionej od zasobności rodziców i stopnia ich hojności. Maryja z Józefem przynoszą jednak Jezusa. Dobrze wiedzą, że Syn nie jest ich własnością. Jezus w całości należy do Swego Ojca.
  • Ze Starego Testamentu znamy historię Samuela. On również został wymodlony i począł się w cudowny sposób z niepłodnego łona. Anna po urodzeniu dziecka oddała go kapłanowi Helemu, gdyż wiedziała, że jej tak długo oczekiwany syn, nie przyszedł na świat, by tylko cieszył jej oczy na starość. Syn został jej dany, bo Bóg go chciał. W przeciwieństwie do Samuela, a później do Jana Chrzciciela, Jezus wraca ze Swą Matką i Opiekunem do ich skromnego domu. Chce być normalnym dzieckiem. Jak ja. Wychowywać się w normalnej rodzinie, normalnie się uczyć, pracować. Mieć zwyczajnych przyjaciół, przyjaciółki, sąsiadów. Przyszedł na świat dla mnie i dla ciebie.
  • Starzec Symeon, w tym pozornie zwyczajnym chłopcu, dostrzegł światło na oświecenie pogan i chwałę Izraela. Ten człowiek wiary całe życie oczekiwał Bożego światła, które nadaje sens ludzkiemu życiu. Im dłuższe będzie moje poszukiwanie Pana, tym łatwiej będzie mi Go rozpoznawać.

 

Ale…

  • Wielokrotnie kaznodzieje upominali mnie przed postawą chrześcijanina „ALE”. Ostrzegali mnie, przed zgubnym stylem myślenia: Jestem katolikiem, ale… Przestrzegam Bożych przykazań, ale…, Modliłbym się, ale… Te przestrogi zaczynają przypominać zdartą płytę, gdyż postawa wątpliwości, uników i prokrastynacji jest niezwykle mocno wpisana w ludzką naturę. Choćbym nie wiem jak się starał, to i tak będę się musiał zmierzyć z tą słabością ludzkiej kondycji. Nie tylko w sprawach duchowych i moralnych.
  • Święty Paweł podpowiedział mi jednakże, że autentyczna moc w słabości się doskonali. Próżnym trudem jest unikanie słabości. Zdecydowanie mądrzej jest ją przekuć w swój oręż.
  • Święty Piotr po wydarzeniach Wielkiego Tygodnia doskonale wiedział, że byle służąca oddźwierna może zbić jego pewność siebie i sprowokować do zaparcia się Jezusa. Poznał słabość swojego słomianego zapału. Zrozumiał, że o swoich siłach niewiele może. Nie ma wiary, która góry przenosi. Nie ma srebra, ani złota, by w ten sposób budować swój autorytet… ALE… znajduje w sobie nieprzebrane źródło męstwa, zdecydowania. zaangażowania w Jezusie Chrystusie. Co od Niego dostał i uzmysłowił sobie, że ma, od tej pory bez wahania oddawał wszystkim wokół siebie.
  • Kleofas i jego towarzysz podobnie przekuwają swoją słabość w moc, dzięki rozpoznaniu w swej bezpośredniej bliskości Zmartwychwstałego. Choć miało się już ku wieczorowi i dzień się nachylił, zrezygnowali z zaplanowanego noclegu… ALE…w tej samej godzinie zabrali się i wrócili do Jerozolimy. Wbrew swoim planom i zdrowemu rozsądkowi. Dostrzeżenie w nieznajomym Towarzyszu podróży Jezusa, natychmiast sprawiło, że zmienili swoją postawę. Rozsądnie było uciec z miasta, które zabijało swoich proroków… ALE… nic nie mogło ich powstrzymać przed udaniem się właśnie w samo gniazdo Kajfaszów, Annaszy i Piłatów, by oznajmić wszystko czego doświadczyli.
  • Czasami wydaje mi się, że Kościół, Ba!, że sam Jezus jest chyba jedynym na tym świecie, który nie dostrzega przemian, okoliczności, odmiennych realiów. Że bycie chrześcijaninem dzisiaj nie jest takie proste. Że świadczenie o zmartwychwstaniu przynosi koszty ponad to, na co mnie stać… ALE… Czemu nie warto zaryzykować? Wszak koszty są wysokie… ALE… zysk niewspółmiernie wyższy.