Dobrze pamiętam z dzieciństwa te straszne chwile, gdy wbrew swej woli trafiało się z rodzicami na imieniny jakiejś mniej sobie znanej dorosłej osoby. Mało kogo się zna, jeszcze mniej się rozumie treści rozmów. Za bardzo nie ma do jedzenia tych rzeczy, które by smakowały. To nawet nie urodziny, by był smaczny tort. Trzeba siedzieć prosto i nie przeszkadzać. Pytanie o termin powrotu do domu jest zbrodnią. Żadnych zabawek, bo gospodarze nie mają dzieci. Czytać książki też nie wypada przy stole. Smartfonów jeszcze nie wynaleziono. Po tych nudach dłużących się niemiłosiernie zazwyczaj dostawałem pochwałę, że zachowywałem się grzecznie. Wysłuchiwałem jej jednak z mniejszą uwagą, bo już gnałem do atrakcji swojego świata.
Już jako rodzic rozumiałem, że moje dzieci mogły się czuć w kościele podobnie. Choć starałem się im jak najwięcej wytłumaczyć. Często byli z nami na różnych rekolekcjach dla rodzin, gdzie realizowali swój program formacyjny. W końcu zostali ministrantami. Może było im łatwiej. Jezus przestawał być tajemniczym obcym człowiekiem, dobrym znajomym rodziców. W dodatku niewidzialnym i niesłyszalnym, skoro ten pan śmiesznie przebrany to ksiądz, a nie Pan Jezus. Jednak czy wiedza i doświadczenia jakie im dostarczaliśmy wystarczyły, żeby poznali i przyjęli osobiście swego Zbawcę? Dziś, gdy starszy syn już się od nas wyprowadził na czas studiów, a młodszy imprezuje na osiemnastkach swych przyjaciół. ciągle nie dostrzegam, by dotarli do tego etapu przeżywania wiary. W kościele wiedzą jak się zachować. Uznają istnienie Boga i przyjmują do wiadomości chrześcijańską doktrynę i moralność. Ciągle tylko tyle. Widząc jednakże wybryki ich rówieśników jestem spokojny.
Na początku dziecko prowadzone za rączkę idzie dokładnie tam, gdzie je prowadzimy. Z biegiem lat jego poszukiwania własnej prawdy i szczęścia stają się coraz intensywniejsze. Młody człowiek szuka sensu swego życia. Jego natura pcha go cały czas w kierunku Boga. Choć z pewnością tego jeszcze nie wie. Zaczyna nam mówić „Ja sam!”. Żadna tama nie powstrzyma tego wodospadu. Maryja z Józefem dopiero po trzech dniach odnaleźli dwunastoletniego Jezusa, który samodzielnie ruszył na spotkanie swego Ojca. Przyjęli ten fakt ze smutkiem, ale i ze zrozumieniem. Mały Jezus miał do nich na tyle zaufania, że mógł bez lęku wyrazić swoje pragnienia, swoje zdanie. Nasze dzieci po „Ja sam!” zazwyczaj mówią: „Ja wiem lepiej!”. Jeśli na siłę będę chciał je wcisnąć w swoją formę, to z pewnością kiedyś usłyszę: „Przestań mi w końcu pierdolić takie głupoty. Jesteś starym boomersem. Żyj dalej w swoim średniowieczu i pozwól żyć innym!” Ufam jednakże, że już wkrótce usłyszę inne słowa. „Jezus faktycznie istnieje. Spotkałem Go. Miałeś rację”. To Jezus jest drogą. Ja mogę być w najlepszym wypadku drogowskazem.
Nawet jeśli człowiek może zapomnieć o Bogu lub Go odrzucić, to Bóg nie przestaje wzywać każdego człowieka, aby Go szukał, a dzięki temu znalazł życie i szczęście. (KKK 30)