Wiódł ślepy ślepego

Mt 9,27

  • Z perspektywy sześciu tysięcy trzystu trzynastu dni małżeństwa (wyobrażasz sobie taką ilość kresek na ścianie?) coraz bardziej się przekonuję, że miłość jest ślepa. Oblicza mamy spowite niejako czystym płótnem jak na słynnym obrazie  Rene Magritte – Kochankowie. Spoglądamy na siebie, widzimy w jasnej poświacie radości i szczęścia, ale bardziej jesteśmy zdani na swoje wyobrażenia i odczucia. Jesteśmy jak niewidomi, gdyż świata poza sobą nie widzimy. Co więcej – staramy się patrzeć na rzeczywistość oczami ukochanej osoby. Miłość domagająca się wierności czyni nas również po części ślepymi na urodę innych osobników płci przeciwnej. Pierwsze dni, miesiące i lata naszej znajomości były wpatrywaniem się w siebie. To było (i jest) takie fascynujące i odkrywcze. Uczyliśmy się siebie niejako na pamięć. W pierwszych pieszczotach, jak niewidomi, opuszkami palców poznawaliśmy piękno i delikatność ciał. W pierwszych rozmowach po omacku penetrowaliśmy dziewicze obszary swoich osobowości. Im dłużej ze sobą przebywaliśmy, tym bardziej byliśmy sobą zafascynowani. Im bardziej się poznawaliśmy, tym bardziej zdumiewaliśmy się, jak jeszcze mało wiemy o sobie.
  • Dopiero z perspektywy czasu człowiek sobie uświadamia, że nie jest w stanie do końca odczytać drugiego człowieka. Nawet tego najbliższego. Przez te kilkanaście lat nie tylko zbliżyliśmy się do siebie, ale też upodobnili – mamy coraz bardziej zbliżone poglądy, przekonania, systemy wartości, gusta. Pomimo tego, z niejakim rozczarowaniem uświadamiamy sobie, że w wielu sytuacjach siebie nie rozumiemy. Nie domyślam się znaków niewerbalnych, które mi przekazuje, opacznie sobie interpretuję jej zachowania. Mówimy innymi językami miłości… Z biegiem czasu staję się też ślepy na jej codzienne troski i domową posługę. Ponieważ do tego przywykłem, że mam w miarę porządek wokół siebie, wyprane i wyprasowane ubrania, czeka na mnie obiad w garnkach itp. przestaję na to zwracać uwagę. Nie dostrzegam i w konsekwencji nie okazuję wdzięczności. To tylko jeden przykład takiego zaniku ostrości wzroku, ale są i inne. Pojawiają się podskórne nieporozumienia, żale i rozczarowania. I groźne pytania: Dlaczego tego nie dostrzega? Jak tak mógł? Czy ona tego nie widzi, jak mi to doskwiera? Czy on się nigdy nie domyśli? Jesteśmy ślepi, bo wielu takich podwodnych raf nawet nie dostrzegamy, choć rozpruwają kadłuby naszej łodzi.
  • Dlaczego jednak nie pogrążamy się, idąc na dno? Dlaczego nasz staż małżeński się coraz bardziej wydłuża? Piękno naszej prawdziwej miłości tkwi w tym, że pomimo tej naszej ślepoty, wspieramy się nawzajem, by iść dalej razem. Nasze kroki są nieporadne i często się potykamy – wszak wiedzie ślepy ślepego. Idziemy jednak uparcie za Jezusem, wołając głośno: Ulituj się nad nami, Synu Dawida! Tylko Twój wzrok przenika wszystko. Tylko Ty znasz całą prawdę o nas. Wierzymy, że nie pozwolisz, byśmy  swej ślepocie zbłądzili i, co gorsza, siebie nawzajem zgubili. Wierzymy!

Ewangelia (Mt 9, 27-31)

Uzdrowienie niewidomych, którzy uwierzyli w Jezusa

Gdy Jezus przechodził, ruszyli za Nim dwaj niewidomi, którzy wołali głośno: «Ulituj się nad nami, Synu Dawida!» Gdy wszedł do domu, niewidomi przystąpili do Niego, a Jezus ich zapytał: «Wierzycie, że mogę to uczynić?» Oni odpowiedzieli Mu: «Tak, Panie!»

Wtedy dotknął ich oczu, mówiąc: «Według wiary waszej niech wam się stanie». I otworzyły się ich oczy, a Jezus surowo im przykazał: «Uważajcie, niech się nikt o tym nie dowie!» Oni jednak, skoro tylko wyszli, roznieśli wieść o Nim po całej tamtejszej okolicy.

Na pustynię we dwoje.

Wpierw przeczytaj: Oz 2,16b.17b.21-22   (piątek w 18 tygodniu zwykłym, św. Edyty Stein)

  • Czy Tobie również rzuciło się w oczy, że kolejny wpis pojawia się na tym blogu i kolejna pustynia rozpalać ma nasze serca? Czyżby piaszczyste pustkowie było ulubionym miejscem Pana Boga? Dziwny gust. Bo choć pustynia jest niezwykle malownicza (choć monotematyczna, jednak nie monotonna) to nie jest to miejsce, gdzie chętnie spędzałbym każdy urlop. Tymczasem Jahwe z natarczywością kochanka zaprasza tam mnie i ciebie na randkę! Zgoda – miejsce zapewniające dyskrecję, dosłownie rozpalające, ale…
  • Dobrze wiem z własnego doświadczenia, że miłość jest sentymentalna. Z zamiłowaniem każda rozkochana para nuci swoją piosenkę, przy której pierwszy raz wspólnie zatańczyła. Z rozrzewnieniem zakochani spoglądają na ławkę, gdzie pierwszy raz wtuleni w siebie obdarzyli się nieśmiałym pocałunkiem. Kto prawdziwie kocha, stara się pamiętać wszystkie daty, wszystkie rocznice. W moim przypadku jest to o tyle ułatwione, że dokładnie w trzecią rocznicę pierwszej randki urodził się nam pierworodny syn. Gdy wzbiera we mnie pragnienie czułości, wystarczy, że powiem z odpowiednim błyskiem w oku: „A pamiętasz Kochanie, gdy…”. I czar zaczyna działać, nawet po upływie tych kilkunastu już lat. Również Bóg stawia ciągle przed oczy Izraelowi pustynię. Gdyż tam wszystko się zaczęło. Tam byli wyłącznie dla siebie, poznawali się w najintymniejszych szczegółach, uczyli się siebie nawzajem, obsypywali prezentami, troską, pamięcią, czułymi słowami. Bóg wyprowadzając na pustynię, zapewnia, że bardzo dobrze pamięta te czasy pierwszej miłości i pragnie, by ta chwila wciąż trwała!
  • Ulec temu Boskiemu Uwodzicielowi, to odmłodzić swoją duszę. Przeżywać wciąż na nowo żar miłości. Pomimo starzejącego się ciała, szaleć z radości i pragnienia jak młokos. Czyż to nie jest początek wieczności?
  • Gdzie jest moja pustynia? Czy ją szukam? Czy wciąż chcę tam powracać? Czy odtwarzam w swej pamięci i przeżywam na nowo te chwile, gdy objawił mi się Pan? Gdy pierwszy raz moje serce mocniej zabiło, po przeczytaniu fragmentu Biblii? Gdy z nagłego wzruszenia, właściwie nie wiadomo dlaczego, popłynęła łza wzruszenia podczas adoracji? Gdy zdawało mi się, że jestem leciutki jak piórko, odchodząc od kratek konfesjonału? Cudowne rekolekcje. Mądry kapłan. Wsparcie wspólnoty… Bóg z tym charakterystycznym błyskiem w oku… mówi do serca.

 

Motyle

Wpierw przeczytaj Pnp 8,6-7 oraz J 20,1.11-18

background-with-flower-and-butterfl-1326054113zvO

Miłość, miłość, miłość! Któż jej nie pragnie, nie tęskni za nią, gdy mu jej brakuje? Któż nie unosi się pod chmurami, nie śpiewa o niej, nie spala w jej żarze, gdy już ją przeżywa? To miłość inspiruje gigantów sztuki do tworzenia arcydzieł, jak i ponurych smutasów do pięknego uśmiechu. Miłość działa jak najsilniejszy narkotyk – zalewa nasz mózg potokami hormonów szczęścia, popycha do nadzwyczajnych wysiłków, jest bezustannie pożądana i nigdy się nie przejada. Dlatego wielu z nas, spragnionych tych motyli w żołądku, gdy odurzająca ekstaza przemija, w pogoni za „złotym strzałem” przeskakuje z kwiatka na kwiatek. Jak motyle. Ciągle nienasyceni miłości, w poszukiwaniu jej nowych smaków. Zachłanni. Wyruszają na kwiecistą łąkę, by zdobyć i zawłaszczyć najpiękniejszy kwiat. Najseksowniejszą laskę, najsmaczniejsze ciacho w okolicy.  A gdy już się nachapią, objedzą i obliżą, lecą dalej.

Inni są zaś jak te owadożerne kwiaty, które kuszą i mamią, a gdy już pochwycą, nie puszczą. Wysysają ze swej ofiary całą życiodajną energię, aż do ostatniej kropelki. A potem wypluwają zużytą skorupkę, by otworzyć się na kolejny łup. Ciągle piękne i jeszcze bardziej niebezpieczne.

Niektórzy z nas są jak uschnięte kwiatuszki, zmarniałe i pokurczone w cieniu tych dorodniejszych. Inni zaś jak egzotyczne kwiaty, które nie chcą się przyjąć na przydomowym ogródku – takie wybredne i wymagające. Oczekujemy na swego księcia z bajki, królewnę. W swym sercu, ciągle czekając, ryjemy podobiznę tego upragnionego, by go nie przegapić. Doprecyzujemy szczegóły, wypieszczamy ten model, ten ideał. Im dłużej marzymy, tym nasze oczekiwania są większe. Nieosiągalne… Bo czy ideały chodzą po ziemi? Prawdziwy królewicz mieszka w Anglii, ma już swoje lata, drugą żonę i gromadkę fotogenicznych wnucząt. Tęskniąc za ideałem odrzucamy, nie dostrzegamy tylu wartych miłości ludzi, tylko dlatego, że nie pasują do wydumanego wzorca z posteru wiszącego nad łóżkiem. Zabijamy uczucie w zalążku zapominając, że wszystko co dobre i piękne, potrzebuje czasu, by w pełni rozkwitnąć.

Motyle i kwiaty.

Tymczasem Pan nie uczynił nas na ich obraz, lecz na podobieństwo Siebie samego. Mam kochać tak, jak On jest przepełniony miłością. Miłością, która rzeczywiście jest nieugaszonym żarem. Jej płomień ma jednak nie spalać, spopielać, lecz uszlachetniać i wzmacniać. Miłość Boża nie dąży do zaspokojenia żądzy i pragnień. Nie jest nastawiona na branie, lecz chce się bezustannie dawać. Bóg kocha dlatego, że jestem, a nie „za coś” lub „po coś”. On nie kocha, dlatego, że musi zdobyć moją uwagę, ale z powodu nadmiaru własnej miłości. Taka miłość to nie emocje, pożądania, zaspokajanie głodów, lecz naturalna więź i bliskość. Jestem blisko Najświętszego Serca, jak osobista pieczęć noszona pod koszulą na piersi.

W tym miesiącu mija już dziewiętnaście lat, jak jestem razem z moją ukochaną żoną – Alicją. Lata mijają, obrastamy tłuszczykami, namiętność już nie jest tak pikantna jak przed laty, ale więź pomiędzy nami z każdym dniem coraz mocniej się zaciska. Już bardzo dobrze poznaliśmy własne wady i niedoskonałości. Znamy na pamięć wspomnienia i skojarzenia tylokrotnie już opowiadane. Wiemy, czego możemy od siebie oczekiwać i na co daremnie nie czekać, bo i tak tego nie otrzymamy, choć byśmy nie wiem jak chcieli i nalegali. Pomimo tego trwamy przy sobie. Mimo tak wyraźnie już zarysowanych różnic, stajemy się powoli jednością.

Najmocniej to odczuwam w momencie rozłąki. Tej fizycznej, gdy Ala wyjeżdża w artystyczne tournee, jak i tej emocjonalnej, gdy uparcie obstawiamy na swoim, odwracając się od siebie plecami. Czuję się wtedy, jak z urwaną nogą i ręką. Swoje kończyny mam już tak długo, że nie myślę o nich bezustannie, nie dziękuję za nie Bogu, ale gdybym spadał z drabiny na magazynie i nie miałbym się czym chwycić, albo na czym wylądować, byłoby bardzo źle.

Brak ukochanej osoby jest jak brak wszelkiego zasięgu i internetu na telefonie. Odbiera radość i spokój. Dlatego, gdy prawdziwie kocham, same nogi mnie niosą tam, gdzie moje serce trwa bezustannie. Jak Magdalena jestem gotów iść nawet do pustego i zimnego grobu. Bo jak śmierć potężna jest miłość. Jak Magdalena rozpoznam swą Ukochaną, nawet jeśli w tej chwili nie przypomina samej siebie i łatwo ją pomylić, z byle ogrodnikiem.

Emocje, zakochanie, żądza i duma z miłosnych podbojów nie trwają długo. Są kruche i przemijające jak motyle i kwiaty. To piękne i przyjemne uczucia, które są wartościowe, ale nie obligatoryjne. Jak premia na zachętę lub w nagrodę. Prawdziwej miłości wody wielkie nie zdołają ugasić, ani nie zatopią jej rzeki.