Dobre chęci

Wpierw przeczytaj: Łk 14, 15-24

pen-calendar-to-do-checklist

Mój młodszy syn ma problemy ze zmobilizowaniem się do realizacji codziennych obowiązków. (Ciekawe po kim to ma? Jeśli chcecie znać odpowiedź, sprawdźcie częstotliwość pojawiania się codziennych rozważań na tym blogu). Nie brakuje mu dobrych chęci. By ogarnąć rzeczywistość, przygotowywuje sobie listę rzeczy do zrobienia w danym dniu. Bardzo sumiennie podchodzi do tej sprawy, wielokrotnie się ze mną konsultując, by niczego nie przegapić. Później… musi sobie odpocząć. Przychodzi następny zryw. Z zapałem przegląda swoją listę to-do. Jest tego tak wiele, że trudno się zdecydować, od czego zacząć więc… najpierw sobie pogra. Czas jednak nagli. Kolejnym etapem jest uporządkowanie listy według hierarchii i przygotowanie harmonogramu. Okazuje się, że wykonanie wszystkiego zajmie mu kilka godzin, a że dzień jeszcze długi spokojnie można pójść odwiedzić przyjaciela. Wracając, jest zmęczony zabawą i musi chwilkę odpocząć. I tak odkładając co trudniejsze sprawy na później, mija mu bezpowrotnie dzień. Ale przecież do końca tygodnia jeszcze daleko! Jutro się weźmie porządnie za obowiązki – ręczy swoim słowem. Nie mam wątpliwości, że szczerze.

Nam wszystkim nie brakuje ambitnych planów. Sam mam krystalicznie czyste intencje, by być porządnym człowiekiem. Nie na darmo się jednak mówi, że dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło.

„Gdy Jezus siedział przy stole, jeden ze współbiesiadników rzekł do Niego: «Szczęśliwy ten, kto będzie ucztował w królestwie Bożym».” Cóż za pobożne zawołanie! Jakże będę szczęśliwy tam w niebie. Można się słodko rozmarzyć. Tymczasem Jezusowa przypowieść jest jak ostra szpila, która przekłuwa bujający w obłokach balonik. Marzysz o szczęściu w niebie? O ucztowaniu w królestwie Bożym? Tymczasem nie rozpoznajesz przy stole swego Zbawcy. Nadeszła pora twego zbawienia, a ty dumasz o niebieskich migdałach.

Jakże często i z moich ust padają podobne pobożne hasła bez realnego pokrycia. Jezu, ufam Tobie. Chciałbym być w niebie. Od jutra biorę się za codzienny rachunek sumienia. Muszę w końcu iść do spowiedzi. Najwyższy czas się poprawić. Nie chcę więcej grzeszyć. Będę lepszym mężem i ojcem. Wymieniać mógłbym długo. Jestem pełen dobrych chęci, zwłaszcza chęci poprawy. Poprawy od jutra. Bo z jednej strony ciągle wypatruję świetlanej przyszłości, a z drugiej ciągle mam w pamięci niepowodzenia z przeszłości. Porażki, które zniechęcają.

W mej głowie przyszłość i przeszłość. Tymczasem kwestia mojego zbawienia rozstrzyga się wyłącznie tu i teraz. Często powtarzam synom hasła wpojone mi przez mamę: „Co masz zrobić później, zrób teraz.” Albo: „Najpierw obowiązki, później przyjemności.” Lub moje autorskie: „Zaraz, to taki wielki bakter.” Niby, taki jestem mądry. Sam wpatrzony w swą listę codziennych spraw i obowiązków na zaproszenie Jezusa do zacieśnienia więzi odpowiadam roztargnionym: Nie teraz. Jestem zajęty.

 

Szczęśliwi czekający

Wpierw przeczytaj: Łk 12,35-38

oczekując

„Proszę czekać. Zaraz wracam.” Dziś coraz trudniej można spotkać się z taką informacją na drzwiach sklepu, czy punktu obsługi. Klient nasz pan – a współczesny klient nie potrafi czekać. Tymczasem mogę spojrzeć na całe Pismo Święte jako podobną notkę z informacją dla mnie i dla ciebie. „Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie. Już idę po was, by zaprowadzić do domu Ojca. Bądźcie gotowi!”

Skoro tak jest, to czekam, choć w dobie życia instant, nie jest to łatwe. Dziś kwadrans to niemal wieczność. Tymczasem Pan ostrzega, że może nadejść nawet o drugiej lub trzeciej straży nocnej. Dlaczego przeznaczona jest mi tak dłuuuuga dniówka, do trzeciej nad ranem?

Być może dlatego, że mam sobie uświadomić, jak ja sam wystawiam cierpliwość Boga na próbę, gdy zmuszam Go do czekania na mnie na modlitwie, czy u kratek konfesjonału. Gdy w nieskończoność czeka w drugim człowieku na mój gest dobroci.

Być może opóźnia swoje przyjście do momentu, aż w końcu uświadomię sobie, że jestem tylko sługą. Cóż z tego, że chata wolna i nikt nie patrzy mi pozornie na dłonie. Moje igraszki są tylko głupotą. Prawdziwa zabawa i autentyczna radość jest na uczcie weselnej, na której jest Pan.

Być może Pan zwleka ze względu na podobnych mnie nieogarów, którzy potrzebują więcej czasu, by odnaleźć się w rzeczywistości.

Wszystko prawda. Mam jednak pełne nadziei przeczucie, że jest jeszcze inne wyjaśnienie. Pan już tu jest. Uczta trwa wokół mnie. Pośród miliardów zaproszonych gości nie dostrzegam po prostu Gospodarza. Albo nie nadszedł jeszcze czas, bym był Mu przedstawiony. Kolejka wszak długa. Błąkam się gdzieś po bocznych korytarzach, kuchni i ogrodzie. Rozpraszają mnie służbowe telefony, hałasy na zewnątrz. Przeszkadzają jacyś współgoście nieprzyzwoicie upojeni przyniesionym przez siebie tanim alkoholem. Zagubiony w swoich myślach, nie do końca rozumiem co się wokół mnie naprawdę dzieje.

Może słuchawki z ulubioną playlistą nie pozwalają mi usłyszeć kołatania w drzwi? Może moje oczy, jak Kleofasowe w Emaus, są na uwięzi całej masy ekranów? Może od czasu, do czasu wymykam się gdzieś w noc, dla niecnych celów i spotkań z podejrzanymi typami?

Oby szczęście mnie oszołomiło, gdy w chwili, której nie znam, poczuję życzliwe poklepywanie po ramieniu i usłyszę najsłodszy głos. „Dobrze, że jesteś. Cieszę się, że cię tu zastałem. Zasiądź do stołu i spożyj ze Mną wieczerzę.”

Wzruszył się

Wpierw przeczytaj: Łk 10, 30-37

Théodule-Augustin_Ribot_-_The_Good_Samaritan_-_WGA19393

Dwadzieścia lat temu, gdy byłem młodym, ambitnym studentem, po rekolekcjach prowadzonych przez poczciwego ojca staruszka, wbił się nam w głowę cytat często przez niego powtarzany. „Ojciec wzruszył się głęboko”. Ponieważ rekolekcje były aż nadto sentymentalne, przez długi czas szyderczo cytowaliśmy to zdanie przy każdym safandule i każdym panikującym przed egzaminami. Dziś, może już bez szyderstwa, te słowa ciągle wzbudzają lekki uśmiech na twarzy.

Łukasz w swej Ewangelii przytacza je w dwóch przypowieściach. Głęboko wzrusza się Ojciec na widok powracającego marnotrawnego syna. To samo wzruszenie przejawia też dobry Samarytanin. Ta zbieżność nie może być przypadkowa. Każde głębokie poruszenie serca na widok ludzkiego nieszczęścia upodabnia mnie bowiem do Boga Ojca.

Współczucie, dobroczynność, miłosierdzie, charytatywność, wolontariat… Wielkie sprawy i wielkie akcje. Owa wielkość czasami paraliżuje i daje pretekst, by odpuścić sobie jak kapłan i lewita z przypowieści. Tymczasem realizowanie Jezusowego polecenia „Idź i ty czyń podobnie!” nie musi być takie trudne, jak się wydaje. Jezus podpowiada, że nie potrzeba od razu sprzedawać swojego majątku, by rozdawać go biednym i potrzebującym. Pomoc Samarytanina jest bardzo wymierna. Nie rozdaje wszystkiego co ma. Nie wciska też grosza do omdlałej dłoni pobitego. Daje dokładnie to, co jest w tej chwili potrzebne i tylko tyle, ile trzeba. W sam raz, by dojść do siebie i godnie wrócić do domu. W tym wypadku równowartość dniówki.

Samarytanin nie zakłada też od razu sieci szpitali i przytulisk, nie zmienia swojej profesji. Robi tylko to, co podpowiada mu ludzki odruch serca. Ważne jednak, że wzruszenie na widok niedoli od razu porusza go do działania. Ranny nie potrzebował wzruszenia, westchnienia, narzekania na brak bezpieczeństwa na drogach. On wymagał natychmiastowego opatrzenia ran. Otrzymał to od Samarytanina. W mediach można obejrzeć wiele „wyciskiwaczy łez” promujących ludzką wrażliwość społeczną. Czy one tylko mają mnie podbudowywać moralnie, że potrafię się wzruszać, czy też pobudzają do konkretnej pomocy? Bardziej konkretnej niż polubienie na facebooku.

Ludzkiego cierpienia, niedoli jest tak wiele wokoło. To nie tylko uchodźcy, bezdomni, chorzy. Ale zmęczona żona po pracy, dziecko męczące się z pracą domową, pies niecierpliwie oczekujący na spacer, śmieci do wyrzucenia, talerze do pozmywania, smutna twarz zapracowanego sprzedawcy…

Wzruszę się głęboko i pomogę, czy też wzruszę … ramionami?