O Grzegorz Molitorys

Grzegorz Molitorys - z wykształcenia: dziennikarz, z zawodu: archiwista, z zamiłowania: bloger i poeta, z powołania: mąż i ojciec.

Piątek, piąteczek

Wpierw przeczytaj: Mt 9, 9-13

1280px-Moog_customer_service

Kochamy ten piąteczek, piątunio niezależnie od tego, czy równie mocno kochamy swoją pracę. Ja swoją właśnie skończyłem i po pięciu dniach intensywnego wysiłku, rozpoczynam kolejny zasłużony weekend wytchnienia. Nie narzekam na swoją pracę, zwłaszcza ostatnio. Miesiąc temu wróciłem z rocznej przygody w korporacji, gdzie czułem się wyciskany jak świeża cytryna. Teraz już nie jestem pod taką presją wyniku i w związku z tym, moja głowa jest w stanie myśleć o innych rzeczach – na przykład o tym blogu.

Czy Mateusz lubił swoją pracę? Tego nie wiem, choć z pewnością w piątek też otwierała się przed nim perspektywa szabatowego odpoczynku. Jego stanowisko znacznie się różniło od współczesnych posad. Celnik pracujący dla Cesarstwa nie dostawał swej pracy z ogłoszenia, z biura rekrutacyjnego. On ją po prostu kupował. To znaczy dawał najwyższą za nią cenę. Rzymski okupant nie oferował mu też socjału, urlopu… nawet pensji. Celnik miał prawo do pobieranego podatku dodawać swoją marżę. Musiała być ona na tyle wysoka, by nie tylko zapewnić sobie luksusowe życie, ale i wyrównać wcześniejszą „inwestycję”. Nikt do dzisiaj nie lubi płacić podatków i ceł. Dlatego Mateusz miał wystarczająco dużo powodów, by odczuwać niechęć swoich pobratymców. Był zdziercą, celnikiem, kolaborantem, cały czas miał do czynienia z monetami, na których widniały pogańskie bóstwa – co czyniło go sakralnie nieczystym. Gorzej niż dzisiaj grabarz, komornik, czy segregator śmieci. (Nikogo nie obrażając – z własnego doświadczenia wiem, że żadna praca nie hańbi). Z pewnością niczego przyjemnego nie mógł się Mateusz spodziewać za swoim „biurkiem”. Może po robocie – w wykwintnym towarzystwie swoich przyjaciół. Tutaj mógł usłyszeć tylko narzekania i wyzwiska.

Lecz właśnie w swojej komorze celnej, w tej brutalnej, codziennej rzeczywistości, dotknął go Bóg. Usłyszał Jego głos nie w świątyni, nie w synagodze, nie podczas modlitwy, ale właśnie podczas pracy. W pozornie najodleglejszym od Niego zakątku. Ten głos odmienił całkowicie Mateuszowe życie. Tak bardzo niespodziewanie i szczęśliwie.

Dlatego gdy w poniedziałek z trudem zwlokę się z łóżka, by znów wrócić do pracy, niech nie gaśnie we mnie radość i nadzieja. Również przy roboczym stanowisku może uświęcić mnie Pan. Nie tylko może, ale On to czyni.

Złe myśli

Wpierw przeczytaj : Mt 9,1-8

2243258820_74e5c4ccd8_b

Z pewnością się ze mną zgodzisz, że złe myśli z wielką łatwością wpadają do głowy. Dopóki są jak pyłki z drzew na letniej łące, które kręcą się wokół nas, albo jak drobne muszki owocówki – to mały problem. Wpadają i wnet znikają, nie wyrządzając żadnych szkód. Katastrofa się zdarza wtedy, gdy staję się na nie zbyt przeczulony. Gdy zaczynam je roztrząsać, uganiać się za nimi. Złe myśli, karmione uwagą, rodzą coraz gorsze sądy. One wzbudzają emocje, negatywne uczucia. Podminowany, coraz bardziej tracę kontrolę nad sobą. Zło, które się zagnieździło, wyłazi na zewnątrz w postaci nieopatrznych słów, nierozważnych czynów. Drobne złe myśli przepoczwarzają się do rangi poważnych spraw, problemów, dramatów. A konsekwencje? Wyobraź sobie owe muszki, gdy zirytowany ich brzęczeniem, z furią chcesz je zabić, wymachując masywnym młotem. Słoniowy breakdance w składzie porcelany! Tak właśnie to, co z łatwością przyszło, komplikuje wszystko, gmatwa, ogłupia, rujnuje lub paraliżuje.

Jeśli szybko wyrzucę owe myśli z siebie w szczerej rozmowie, która przywróci zdrowy osąd sytuacji, mogę przejść przez to bez większych szkód. Ale wnet Zły podsuwa mi myśl: Po co. I tak cię wyśmieją, zlekceważą, nie zrozumieją, albo zrozumieją opacznie. Wykorzystają wszystko co powiesz przeciwko tobie. Będzie jak zwykle fatalnie. Przygnieciony tymi myślami, zamykam się w sobie. Sytuacja wydaje się nie do ogarnięcia. Pat. Okopuję w swoim cichym kątku. Chowam pod kołderką, wypłakuję w poduszkę. Przykuty do łoża boleści – jak paralityk.

Tymczasem Jezus tylko czeka na to, bym zwrócił się do Niego z wiarą o pomoc, o uwolnienie. Samemu nie dam rady Panie. To dla mnie za trudne. A On z taką Boską lekkością powie: Wstań i chodź!” A ja wstanę i po prostu wrócę do siebie. Po prostu.

To takie łatwe.

 

 

Przesyt i niedosyt

Wpierw przeczytaj: Jl 2, 12-18
beautiful-bright-clouds-414102

Może doskwiera ci przesyt? Nie brakuje ci niczego, gdyż od wczesnego dzieciństwa jesteś obsługiwany. Wszystkie twoje potrzeby są natychmiast zaspokajane a jakiekolwiek trudności skrzętnie usuwane. Twoje życie to bezustanny ciąg przyjemności. Musi być ich coraz więcej i coraz bardziej ekstremalniej, by jeszcze cię choć trochę bawiły. Dla ciebie Wielki Post to średniowieczna bzdura. Wymysł nawiedzonych masochistów. Wszak życie jest wyłącznie po to, by się nim nacieszyć do syta. Jeśli już zdobędziesz się w tych dniach na jakieś ograniczenie w jedzeniu, to tylko w postaci diety. Wszak musisz jakoś wyglądać. Szybko się ta zabawa w post może jednak skończyć. Pokusom zwykłeś bowiem ulegać.

A może cierpisz na niedosyt? Bez przerwy odczuwasz brak. Cierpisz z powodu tego, że innym wiedzie się lepiej, że są szczęśliwsi, zasobniejsi, bardziej docenieni, mocniej podziwiani. Czujesz się jak niekochana szara myszka, która całe życie musi walczyć o byt, o okruchy ze stołu szczęściarzy. Dla ciebie Wielki Post to okazja do większego wysiłku, by przypodobać się Bogu. Może w końcu doceni twoje modlitwy, wyrzeczenia, starania, posty? Może w końcu zadowolony pogłaszcze po głowie i obdarzy łaskami jak główną wygraną w totolotku. Przecież robisz tak wiele (o wiele więcej niż inni), by Bóg odwdzięczył się i nasycił trawiący serce niedosyt.

Czy w tym Wielkim Poście odwrócisz się od Boga, by nie zawracał ci głowy, czy też będziesz Mu ciągle truł pod nosem, On i tak będzie Cię bezgranicznie kochał. Tak samo mocno, jak wczoraj i jutro. Gdyż On jest łaskawy i miłosierny, nieskory do gniewu i pełen łaski.

Możesz pławić się w przesycie i nie myśleć o Bogu. Możesz w swym niedosycie wciąż usiłować zbawić samego siebie. Ale możesz też otworzyć swoje serce na Bożą Miłość. I w końcu doświadczysz miłosierdzia, które bezustannie Ciebie dotyka.