Mój młodszy syn Marek czasami skarży się, że koledzy naśmiewają się z niego, gdyż nie posiada drogich i modnych zabawek, ciuchów, sprzętów, tylko ich tańsze zamienniki. Równie wartościowe ale bez rozpoznawalnego znaku firmowego. Pocieszam go wówczas żartobliwie, że dzięki swemu imieniu, wszystko co posiada jest markowe, a takim wyczynem nawet najbogatsi koledzy nie mogą się pochwalić. Z cierpliwością mu tłumaczę, że wysoka cena na metce nie zawsze gwarantuje jakość. Zeszyt bez kreskówkowego bohatera na okładce służy dokładnie tak samo, jak zwykły. A oszczędność zawsze popłaca. Podobnie jak chodzenie za głosem rozsądku, a nie za wskazówkami reklam.
Maryja zdruzgotana bólem, wpatrując się w skatowane ciało Jej ukochanego Jezusa, usłyszała z Jego ust: „Niewiasto, oto syn Twój.” Miał być Jej oszczędzony żałosny los bezdzietnych wdów, pozbawionych wsparcia i środków do życia. Umiłowany uczeń podjął się zaopiekować zrozpaczoną Matką swego Mistrza. Ale czyż w żalu nie mogła wykrzyczeć Bogu, że miliardy Janów nigdy nie zrównoważą umierającego Syna? Czy faryzeusze mogli jej rzec w tym momencie przysłowiowe: „Zamienił stryjek siekierkę na kijek.” Zaszczytny tytuł Niewiasty, nawiązujący do wielkich biblijnych proroctw, dobitnie wskazuje, że ten gest to nie tylko wyraz troski o ziemski byt Maryi.
Ta, która w Betlejem powiła Słowo, które się stało ciałem, teraz jest również Matką Kościoła – Mistycznego Ciała Chrystusa. Każdy zaś umiłowany uczeń Pana – a zatem w równym stopniu ja, jak i ty, opatrzony zostaje w sakramencie chrztu niezatartym znakiem Dziecka Bożego i członka Kościoła. Jest to znak o wiele wartościowszy niż wszystkie marki świata razem wzięte. Przyznaje się z dumą do nas sam Bóg oraz instytucja nieprzerwanie trwająca już 2000 lat. Objęci jesteśmy pełnym serwisem i wieczystą gwarancją, respektowaną w każdym zakamarku wszechświata. Nawet jeśli w jakikolwiek sposób jesteśmy wybrakowani przez grzech i diabelski sabotaż, nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy byli najwyższej próby skarbem, świecącym blaskiem wokoło i wyznaczającym innym najwyższe standardy. Dzięki Miłosierdziu Bożemu. Nie jesteśmy żadną niedoróbką, ani tanią chińską podróbką (nawet mając żółtą cerę i skośne oczy). Zapłacono za nas szczodrze najcenniejszą walutą – Krwią Chrystusa z przebitego włócznią boku.
Czyż to nie powód do dumy, nawet wtedy, gdy konkurencja nachalnie próbuje nas zdyskredytować antyreklamą?
Ewangelia (J 19, 25-27)
Obok krzyża Jezusa stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena.
Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: „Niewiasto, oto syn Twój”. Następnie rzekł do ucznia: „Oto Matka twoja”.
Pan i Nauczyciel, Król całego Wszechświata, gdy w końcu nadeszła Jego godzina, obleka się w prześcieradło i bez cienia wątpliwości podejmuje się czynności przypisanej najpodlejszemu z niewolników. Umywa mi nogi. Nie mam prawa się czuć wyróżniony tym gestem. Ręce Zbawiciela z taką samą delikatnością pielęgnują stopy pierwszego z papieży, ale i Judasza – do dziś pogardzanego i pozbawionego apostolskiego szacunku. Jezus nie rozróżnia świętego od zbrodniarza, wiernego od zaprzańca.
Wszyscy ochrzczeni mają udział w kapłaństwie Chrystusa – nie tylko, ci konsekrowani, którzy na całym świecie i o każdej porze dnia sprawują święte czynności na Jego pamiątkę. My też jesteśmy wezwani do składania ofiar ze swojego codziennego trudu i pracy. Do ofiarowywania Bogu bezustannego uwielbienia. Do wstawiania się u Jego tronu za swoimi bliskimi, przyjaciółmi i wrogami.
Dziś święto kapłanów. Święto Jezusa. W tym Jego chwalebnym dniu, w wieczerniku, nie odbierał On jednakże wiązanek kwiatów, nie wysłuchiwał recytowanych wierszyków, nie przyjmował wyrazów czci. W tym świętym dniu nasz Pan i Nauczyciel umywał nogi swoim uczniom. Usługiwał nawet Judaszowi.
Kapłaństwo to nie władanie, powód to podnoszenia wysoko głowy i pysznego wypinania piersi. To służba. Służba, która nie jest wyrazem fałszywej pokory i samoudręczenia. Służba wypływająca tylko i wyłącznie z autentycznej miłości.
Eucharystia przyjmowana podczas Komunii świętej to nie nagroda i order dla prymusów w wypełnianiu dobrych uczynków. To lekarstwo przywracające życie, przyjmowane na stałe. Chleb nasz powszedni, a nie kawiory wybrał Pan. Gdyż chce dawać się cały wszystkim – bez wyjątku. A nie tylko wybranym. Których stać.
Niech w moich i twoich uszach bezustannie brzmią słowa Nauczyciela: „Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem”.
Modlitwa jest chlebem powszednim. Może niejednego znużyć. Poddanie się pokusie jedzenia tylko pączków z pewnością nie wyjdzie jednak na dobre. Kuchmistrze i babcie potrafią przyrządzać rewelacyjne kanapki. Podobnie mistrzowie modlitwy mogą nas zachwycić nawet swą cichą adoracją. Moja modlitwa często ma smak twardych sucharów; trudnych do przełknięcia. Nie porzucam jej jednak ze wstrętem, gdyż zrezygnować z niej, to jak skazać się na powolną śmierć głodową.
Niejednokrotnie stoję przed problemem totalnej pustki w głowie i w sercu na początku modlitwy. Ta cisza mnie przeraża więc zagłuszam ją słowami różańca, pacierza, brewiarza albo czytanych cudzych modlitw i rozmyślań. Zasypuję Boga tą paplaniną jak poganin recytujący magiczne formułki. Łapię się, że usta wypowiadają jedne słowa, a myśl poddaje się bezwładnie rozproszeniom. Skruszony, tym intensywniej dalej paplam swoje… a właściwie cudze. A czyż nie lepiej by było wsłuchać się w tę przerażającą ciszę i nastawić się na odbiór? Wszak Bóg ma też coś mi do powiedzenia.
Zapominam w takich momentach o tym, że modlitwa jest uważną rozmową pomiędzy bliskimi sobie osobami. To nie wysyłanie raportów, petycji i zażaleń do anonimowego Urzędnika w niebie. Modlitwa to nie PIT albo podanie, wymagane ścisłymi przepisami karnymi. To spotkanie z Ojcem. Jak telefoniczna rozmowa – nie widzę swego Rozmówcy, ale mam absolutną pewność, że On nie odłożył słuchawki, lecz z uwagą mnie słucha. Właśnie w tej chwili. Jakbym był jedyną osobą na świecie.
Modlitwa Pańska dobitnie mi przypomina tę prawdę. Gdy wypowiadam się do Ojca, podobnie jak podczas rozmowy z swym ziemskim tatą, nie koncentruję się na formie, na odczuciach, długości trwania i przyjętej postawie. Liczy się przede wszystkim wspólnie spędzony czas. Modlitwa w której będę przed Bogiem całym sobą najpewniej mnie nasyci. Podobnie jak szczera rozmowa z bliskim – twarzą w twarz, serce przy sercu. Czy też nie lubisz, gdy syn odpowiada ci półsłówkami nie przestając się wpatrywać w ekran swojego smartfonu?
To od mojego nastawienia zależy czy „ojczenaszek” będzie brzmiał w mych ustach jak „hokus-pokus” albo „Sezamie otwórz się.” Jeśli odważę się potraktować Boga na serio, jak Kogoś, kogo autentycznie kocham, wtedy słowo „Ojcze” będzie tak słodkie w ustach jak miód. Modlitwa sama popłynie jak miłosna pieśń, jak okrzyk zachwytu.