O Grzegorz Molitorys

Grzegorz Molitorys - z wykształcenia: dziennikarz, z zawodu: archiwista, z zamiłowania: bloger i poeta, z powołania: mąż i ojciec.

Miliarder

Mt 18, 24

  • Jeden z najbogatszych ludzi na świecie urządził sobie wycieczkę w kosmos. Stać go. Przebije w swych opowieściach urlopowych wszystkich znajomych. Ma tyle pieniędzy, że nawet tak wyśrubowane kaprysy są na miarę jego możliwości. Ach! Gdybym ja miał choć procent jego majątku, ileż marzeń mógłbym spełnić. Swoich, a może nawet i innych. Tymczasem Jezus w przypowieści mówi o pewnym słudze, którym równie dobrze sam jestem, jak i ty, drogi czytelniku. Posiadał on dług wartości 10000 talentów złota. Niewiarygodnie wysoki dług! Przy dzisiejszej cenie tego kruszca, to ponad 70 miliardów złotych. Skoro mam taki dług u króla, czyż nie oznacza to, że byłem kiedyś miliarderem? Jezus przypomina mi, że opływałem we wszystko. Miałem możliwość zrealizować nawet najambitniejsze i najkosztowniejsze zadanie jakie postawiło przede mną życiowe i Boże powołanie. Miałem wszelkie powody do tego, by cieszyć się pełnym szczęściem i spełnieniem… Jak to?! Od urodzenia doskwiera mi brak. Jak nie pieniędzy to szczęścia. Kupuję wczorajsze pieczywo, żeby przyoszczędzić parę złotych. Snuję się ze spuszczonymm na kwintę nosem. Nazwanie mnie miliarderem to chyba kpina!
  • Czyżby Jezus się mylił, albo szydził z mojej biedy? A może to ja jestem nieprawdopodobnie ślepy i głupi? Przegapiłem swoje bogactwo. Nie dostrzegłem swego szczęścia. Przez głupotę marnotrawiłem dobra, jakbym rozpalał i podtrzymywał ognisko grubymi plikami banknotów. Ileż talentów przepuściłem, ileż szans na dobro zmarnowałem, ileż gestów miłości nie przyjąłem i nie odwzajemniłem. Co więcej. Ileż modlitw, Eucharystii, rozgrzeszeń, Bożych słów zbagatelizowałem i podeptałem jak wzgardzony śmieć porzucony na chodniku! Ów miliarder przynajmniej przepuścił część swego majątku na spełnienie swego kaprysu. Ja nawet nie wiem, kiedy spuściłem swój majątek wraz ze ściekami bylejakości i codziennych narzekań. Jestem głupcem.
  • Owe 31 ton złota nie było prezentem od króla, z którym mogłem zrobić cokolwiek by mi przyszło do głowy. Gdyby tak było, zawieruszenie takiego „małego co nieco”, świadczyło by o mojej roztropności fatalnie, ale nie groziło takimi konsekwencjami, jak przy fakcie, że cała ta kwota, to dług do spłacenia.
  • Gdyby żona powtarzała mężowi kilka tysięcy razy, jak bardzo go kocha i że jest gotowa nie tylko swoje piękne ciało, ale całe życie oddać dla niego, a on słuchałby te wyznania z obojętna miną i ze znudzeniem, jak wpłynęło by to na relacje pomiędzy nimi? Przyjąłem już w swoim życiu kilka tysięcy razy komunie świętą. Jezus oddaje mi się cały ile razy tylko mam taki kaprys, by Go przyjąć. Czy to pogłębia więź pomiędzy nami? Czy mnie ten fakt zauważalnie uświęca i przebóstwia? Czy też jest zaciąganym długiem do spłacenia? A to tylko jeden aspekt z jakiego musi rozliczać się w swym sumieniu rozkapryszony dzieciak, któremu wydaje się, że wszystko mu się należy.
  • Sługa z przypowieści uzmysłowił sobie swoje trudne położenie, gdy komornik zapukał o drzwi i kazał mu się rozliczyć. Ludzki dług u Boga jest niemożliwy do spłacenia. Żadne pompejanki go nie spłacą. Wyłącznie Bożemu Miłosierdziu mogę zawdzięczać kolejne szanse zaczęcia wszystkiego od zera. Z czystym rachunkiem. Liczyć jednak wyłącznie na Nie w swojej beztroskości, to głupia i ryzykowna taktyka. Ewangeliczny sługa, któremu Król darował dług, zignorował ten fakt. Łaska go nie przemieniła. Pozostał skończonym egoistą. Drugiej szansy już nie dostał…

Ewangelia (Mt 18, 21 – 19, 1)

Piotr podszedł do Jezusa i zapytał: «Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat zawini względem mnie? Czy aż siedem razy?»

Jezus mu odrzekł: «Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy.

Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał się rozliczyć ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który był mu winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby dług w ten sposób odzyskać.

Wtedy sługa padł mu do stóp i prosił go: „Panie, okaż mi cierpliwość, a wszystko ci oddam”. Pan ulitował się nad owym sługą, uwolnił go i dług mu darował.

Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: „Oddaj, coś winien!” Jego współsługa padł przed nim i prosił go: „Okaż mi cierpliwość, a oddam tobie”. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu.

Współsłudzy jego, widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło.

Wtedy pan jego, wezwawszy go, rzekł mu: „Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?” I uniósłszy się gniewem, pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu nie odda całego długu.

Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu».

Gdy Jezus dokończył tych mów, opuścił Galileę i przeniósł się w granice Judei za Jordan.

Złota reguła

Mt 7, 12

  • „Nie dawajcie psom tego, co święte.” Prośba Jezusa przede wszystkim ponagla mnie do zastanowienia się nad tym, co dla mnie jest święte. Jest Kościół święty, Sakramenty święte, Pismo święte… Mówi się nawet: święte obrazki i święci kapłani. Jeśli jednak świętość ograniczam tylko do tej jednej sfery, bardzo łatwo będzie mi wpaść w sidła manichejskiego patrzenia na świat przez zero-jedynkowy pryzmat dobra i zła. Jest sfera sacrum – związana z kościołem i modlitwą. I sfera profanum – czyli całej codziennej rzeczywistości. Proporcje pomiędzy nimi są w najlepszym wypadku jak pomiędzy niedzielami a całą resztą dni roboczych. O sferę sacrum muszę dbać, bronić jej, w tej sferze muszę się starać i odświętnie wyglądać. W sferze profanum, tuż za kościelnym progiem i za końcowym „Amen” w modlitwie, funkcjonuję wedle zupełnie innych zasad. Nie muszę już być grzecznym chłopczykiem w odświętnym garniturze. Gdy wchodzę między psy, muszę szczekać jak one. Gdy przebywam między wieprzami, nie zakładam pereł.
  • Tymczasem święte, czyli boskie, jest wszystko co otrzymuję z rąk dobrego Ojca niebieskiego. Święte jest moje życie, moje ciało i jego zdrowie. Świętymi są wszyscy ludzi, których Bóg postawił na mojej drodze. Nawet jeśli są na wskroś przeniknięci grzechem i zepsuci do szpiku kości. Święty jest piękny świat za oknem i prawa, które nim rządzą, święta praca przez którą doświadczam łaski współpracy z Stwórcą w bezustannym podtrzymywaniu świata. Święte są moje powołania i talenty…Wszystko pochodzi od Boga za wyjątkiem zła i grzechu. Jakże śmiałbym wzgardzić i wdeptać w błoto, którykolwiek z tych darów! Dlatego Kościół przypomina o trosce o własne zdrowie, o dobre relacje z wszystkimi ludźmi, o ochronie naturalnego środowiska, o poszanowaniu praw każdego człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci, o godności pracy ludzkiej, o uczciwości w polityce i w gospodarce. Ci wszyscy, którzy chcą ograniczyć Kościół wyłącznie do murów świątyni, całą resztę tej świętej rzeczywistości pozostawiają psom i świniom. Na jej zgubę a nasz wstyd.
  • Wielokrotnie słyszę z ust szanowanych i bogobojnych ludzi słowa wzgardy i oburzeniu w stosunku do wszelkiej maści antyklerykałów, ateistów i jawnogrzeszników. Samą myśl o nich strącają z siebie jak łajno, które przypadkowo znalazło się na ich dłoni. Do nieba, ale i w kręgu swoich pobożnych przyjaciół, wznoszą skargi na wszelkie obrazoburstwa, zniewagi, prześladowania i zelżenia jakie spadają na sferę, którą uznają za sacrum. Nie mogą się doczekać płomienia Bożej pomsty na tych. którzy śmią pluć na krzyż, kapłanów, poczęte życie i nierozerwalność małżeństwa. Nie chcą myśleć o miłosierdziu dla nich. Rezerwują dla nich miejsca w piekle.
  • Tymczasem Jezusowa złota zasada uczy mnie zupełnie innej postawy. Przypomina, że żaden człowiek nie jest wcielonym diabłem, lecz za każdego przelał On krew na krzyżu z miłości, nawet za muzłmańskiego terrorystę i przebranego w damskie ciuchy tranwestytę. Jeśli oczekuję od wrogów poszanowania swojej wiary, sam muszę spojrzeć na nich oczami Jezusa – z miłością. Mam potępiać i odrzucać ich złe czyny, cierpliwie i z troską wskazywać błędy w myśleniu, ale ich samych, jako ludzi, traktować dokładnie tak, jak sam chciałbym być traktowany. A zatem bez wzgardy i potępienia. Kimże jesteśmy, byśmy uzurpowali sobie Boże prawo do wydawania wyroków, byśmy zaprzestawali nadstawiać drugiego policzka i wyruszali na świętą wojnę z grzechem cudzym, a nie własnym?

Ewangelia (Mt 7, 6. 12-14)

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie rzucajcie swych pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami, i obróciwszy się, nie poszarpały was samych.

Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie. Albowiem to jest istota Prawa i Proroków.

Wchodźcie przez ciasną bramę. Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują!»

Opuściliśmy wszystko

Mk 10, 28

  • Łatwo przychodzi mi składanie zapewnień o swojej wierze i przywiązaniu do Jezusa. Jeśli miałbym ułożyć swoją osobistą hierarchię wartości, bez wahania Boga wpisałbym na pierwszym miejscu. Wszystko pięknie i wzorcowo… ale tylko w deklaracjach. Gdy przychodzi bowiem co do czego, życie demaskuje kruchość moich zapewnień. Zupełnie jak w życiu apostoła Piotra. Gorąco wierzymy w Jezusa, ale abstrakcyjnym wydaje się nawiązanie z Nim rzeczywistych, intymnych relacji. Gorliwie się modlimy, ale wśród setek różańców, litanii i psalmów trudno znaleźć miejsce na dialog. Tak często chodzimy do kościoła, ale tak rzadko jesteśmy aktywnymi uczestnikami niebiańskiej Liturgii. Spowiadamy się, ale przed trybunałem własnego serca wciąż uznajemy się za śmiertelnie winnych…
  • Sądzę, że opuściłem wszystko i poszedłem za Jezusem. Że On i tylko On jest najważniejszy w moim życiu. Żadną miarą nie potrafię jednak porzucić samego siebie. Dlatego modlitwa, choć formalnie skierowana do Boga, jest monologiem nieskończonych próśb i żalów, przerywanych codziennymi troskami i planami. Dlatego rachunek sumienia jest stawianiem sobie samemu zarzutów za brak doskonałości, a nie uczciwą pracą wewnętrzną pod przewodnictwem Mistrza. A nawet jeśli zdarzy mi się pomyśleć wprost o Bogu, to raczej w kontekście jak Mu się bardziej przypodobać a mniej podpaść, by przypadkiem gorzej mi się nie wiodło w życiu. W MOIM życiu.
  • Czemu się zatem dziwię, że nie otrzymuję stokroć więcej niż podobno zostawiam za sobą z powodu Jezusa i z powodu Ewangelii? W co przecież święcie wierzę!

Ewangelia (Mk 10, 28-31)

Piotr powiedział do Jezusa: «Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą».

Jezus odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci lub pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym. Lecz wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi».