Dla zrezygnowanych.

Wpierw przeczytaj: Łk 5,1-11

sad-man-and-rain

Rezygnacja może dopaść każdego. Presja, jaką wywieramy na siebie by osiągnąć zamierzone cele, jest bardzo silna. Dodatkowo zwielokrotniona jest ona oczekiwaniami innych. Bardzo chciałbym. Robię wszystko co w mojej mocy. Jeśli do tego dołączę porównywanie się z innymi, łatwo o uznanie własnej porażki. Im więcej takich porażek doświadczam w swoim życiu, tym częściej zniechęcam się całościowo. Kolejne niepowodzenia w wychowaniu dorastających synów – jestem beznadziejnym ojcem. Kolejna słaby wynik w nauce – nie mam do tego talentu. Kolejna kłótnia z żoną – nie pasujemy do siebie. Pod wpływem silnych emocji tak łatwo o generalizowanie.

Piotr był rozczarowany połowem. Kolejną noc nic nie złowił. Płucząc po pracy sieci, czuł się wypłukany z sił. Może marzył o tym, by rzucić rybactwo? Choć z pewnością zajmował się tym całe życie. Dlatego z ochotą zamienił swoją łódź na pływającą ambonę. Poszukiwał odmiany. Modlił się o nią gorąco. Jego modlitwa została wysłuchana. To co usłyszał, było jednak zupełnie inne od oczekiwań. Wypłyń na głębię i zarzuć sieci na połów.

Brak spodziewanych sukcesów rodzi pokusę rzucenia wszystkiego, poszukiwania łatwiejszych celów. Tymczasem Pan jako drogę wyjścia z marazmu proponuje kontynuację. Wzmożenie wysiłków. Oferuje pomoc. Jednakże nie w poszukiwaniu skrótów i kompromisów, lecz w wytrwałej walce i ciężkiej pracy.

Piotr wypłynął. Pomimo zmęczenia i nieodpowiedniej pory. Cieśla pouczał wytrawnego rybaka, a on go wysłuchał. Gdy ujrzał sieć pełną ryb, jego zaufanie przerodziło się w zachwyt, a potem w lęk. Objawienie się Bożej mocy jest jak rozbłysk światła, który wydobywa z zakamarków nie tylko ukryte w człowieku dobra, ale i skrywane niedoskonałości. Dlatego zawsze Bożemu objawieniu towarzyszą miłosierne słowa: Nie bój się! Ze mną jesteś w stanie przezwyciężyć własne słabości. Ze mną zrealizujesz się do końca. Odkryjesz sens życia w swoim powołaniu. Pójdź za mną!

Teściowa

Wpierw przeczytaj: Łk 4,38-41

american gothic

Rozgorączkowana teściowa. Temat morze. Jakże często burzliwe morze, na którym toną nawet stalowe statki. Instynkt macierzyński w kobiecie jest tak silny, że pragnie matkować aż do grobowej deski. I jeśli to matkowanie było źle rozumiane i nie wyprostowane, powstają wciąż nowe kawały o toksycznej relacji z kochaną mamusią. Bo cóż innego zostaje niż opowiadanie kawałów?

Teściowa Piotra mogła być złożona jakąś chorobą. A mogła ją po prostu brać cholera, gdyż jej zięć, zamiast zajmować się domem, włóczył się nie wiadomo gdzie. Interes rybacki upadał. Sytuacja rodzinna też niejasna. Skoro jest teściowa, co się stało z żoną? Czyżby umarła? A dzieci? Z pewnością muszą być, gdyż bezdzietność uznawana była za hańbiącą sprawę dla żonatego mężczyzny. Szymon Piotr nie pozwoliłby sobie na taką skazę na własnym wizerunku. Czyżby były na głowie teściowej?

Piotr, zapraszając swego Mistrza i przyjaciół do dawno nieodwiedzanego domu, zastał zatem nieprzyjemną sytuację, której rozwiązanie nie cierpiało zwłoki. Prośba do Jezusa sama się cisnęła na usta.

O co ja bym prosił Jezusa? Na teściową nie mogę narzekać. Skarb – kobieta. Wcale tego nie piszę z wałkiem kuchennym zawieszonym nad głową. Komuż innemu mogę zawdzięczać urodę, kobiecy wdzięk, charakter oraz pracowitość i gospodarność żony? Chociaż wiem, że gdy trzeba znaleźć winowajcę w domu, ja jestem pierwszym podejrzanym w jej oczach. Życie ludzkie tak się jednak układa, że toksyczne relacje z drugą osobą są nieuniknione. Różnię się od stykających się ze mną ludzi tak bardzo, że tarcie w relacji jest bardzo prawdopodobne. A gdzie jest tarcie, tam podwyższona temperatura. Gorączka.

Mogę walczyć i na siłę dostosowywać człowieka do odpowiadającej formy. Mogę ignorować lub obgadywać za plecami. Mogę też ulegać kosztem własnej osobowości. Mogę w końcu też prosić Jezusa o uzdrowienie relacji. Wszak po to został posłany – by uzdrawiać i zaprowadzać na ziemi królestwo Boże. Królestwo pokoju i miłości. Czy modlisz się za swych bliskich codziennie jak ja?

Z duchem nieczystym

Wpierw przeczytaj: Łk 4, 31-37

The_Scream

Wewnętrzny niepokój może trwać na tyle długo, że przyzwyczajam się do tego podminowania. Wydaje mi się, że wszystko jest w porządku, podczas gdy granat we wnętrzu czeka tylko na byle drobiazg, który wyciągnie zawleczkę. Wkrótce następuje niespodziewany wybuch. Nagły lęk, agresja, irytacja, niejako bez przyczyny. Gdy tylko się uspokoję, uzmysłowię sobie, że cała ta afera była zupełnie bez sensu, powracam w stan pozornego spokoju. Bo to „coś” we mnie ciągle czyha. Tłumione, nienazwane. Też tak może masz?

W tym stanie można chodzić do kościoła. Można się nawet modlić. Choć trudno o skupienie. Łatwo mnie irytuje fałszujący organista, nudne kazanie, biegające dzieci, brak skupienia innych. Przychodzi myśl, że właściwie po co to wszystko, to wyłącznie strata czasu…

Innym razem, gdy spostrzegam jak inni wokół mnie doświadczają radości ze spotkania z Panem, huczą śpiewy, szmer modlitwy językami, w moim sercu i umyśle nie znajduję nic pozytywnego – tylko pustkę wypełniającą się szybko zazdrością i złością. I chciałbym zakrzyknąć w końcu: „Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić?” Ale i na to nie potrafię się zdobyć, gdyż to „coś” co we mnie siedzi, zaciska mi zęby.

Nie twierdzę od razu, że to zły duch, opętanie. Warto jednak zrobić porządny rachunek sumienia. Jaki cień nieczysty mąci mego ducha?