Paralityk

Wpierw przeczytaj Mk 2,1-12

Hole_in_Synagogue_roof_from_inside_0734m_(508120545)

Paralityk na noszach – bezwolny, przybity do łoża beznadziei; Niezdolny do ruchu, niezdolny do odezwania się, niezdolny do zadbania o siebie. Nie wiem, czy szukał uzdrowienia. Raczej nie. Nie wiem, czy wierzył. Wątpię.

Jego czterej przyjaciele – noszowi. Zaangażowani, zdeterminowani, pełni wiary, gotowi przebić każdy mur, każdy dach, by nieść pomoc. Tak bardzo przeciwstawni bohaterowie tej sceny. Każdy z nich obdarowany łaską. Czy jej nie chciał, bo był sparaliżowany, czy też nie chciał, bo myślał tylko o innych. Mieć takich przyjaciół, którzy na sygnale, nawet nieproszeni, pilnie zanoszą mnie do Jezusa, gdy jestem w potrzebie – to skarb.

Jest w tej scenie jednak jeszcze groźniejszy paraliż. Straszniejszy, bo nieuświadamiany. Paraliż uczonych w Piśmie. Usta zamknięte nie wypowiadają tego, co kryje się w ich umysłach. Wszędzie widzą tylko zło, uchybienia przepisom, grzech, herezję. Z kamienną twarzą odwracają się od drugiego człowieka. I pozostają w tym pogardliwym bezruchu. Nogi przykute do najlepszych, honorowych miejsc, tarasują choremu przejście do Jezusa. Jak martwe kłody rzucone przez ich pychę pod nogi. Zasklepione uszy nie słyszą słów prawdy o ich obłudzie. Nie zdziwili się, że ktoś tak trafnie czyta w ich myślach! Uwięzione oczy widzą tylko dźwigającego łoże uzdrowieńca, a nie Pana, który na wszelki sposób próbuje  wydobyć ich z duchowego paraliżu. Cóż z tego, że zdumieni byli cudem, jeśli nie dotarło do nich, że mieli szansę na odpuszczenie grzechów.

Takie czytelne zaproszenie do wyrwania się przeszło obok nich – sparaliżowanych. Dziura w dachu, z widokiem na niebo, szybko zostanie załatana.

Dla nich

Czwartek w 1 tygodniu zwykłym.

Gebhard_Fugel_Christus_und_die_Aussätzigen_c1920

Trędowaci byli skazani na zerwanie wszelkich więzi ze społeczeństwem. Ciążył na nich wyrok okrutnej śmierci z dala od bliskich. Kwarantanna była konieczna w obliczu zakaźnej choroby, przed którą w żaden inny sposób nie można było się ustrzec. Jednakże w kulturze narodu izraelskiego, który z dumą uważał się za jedną rodzinę, takie odizolowanie musiało być równie bolesne jak odpadające ciało. Nie dziwi mnie, że chorobę tę traktowano jako najsroższą karę za grzechy.

Pomimo tej nakazanej prawem izolacji i odtrącenia, trędowaty z dzisiejszej ewangelii znał Jezusa. Na tyle dobrze, że był przekonany, że tylko Mistrz z Nazaretu można go uwolnić od jego śmiertelnego piętna. A przecież to nie była epoka telewizji, prasy i internetu. Informację przekazywano z ust do ust. Ktoś go dobrze poinformował. Świadomie lub mimochodem. Z pewnością jednak zgodnie z wolą Pana. Jezus bowiem chciał tego uzdrowienia. Dobra rada nieznajomego informatora musiała być z natchnienia Bożego. Albowiem to Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z [Jego] wolą (Flp 2,13).

Uzdrowiony trędowaty został posłany przez Jezusa do kapłanów. To miał być swoisty “łańcuszek” posłuszeństwa bożym natchnieniom. Posłuszeństwo rodzące świadectwo, by uzdrowiony przyprowadził kolejnego chorego do Lekarza dusz i ciał. Być może widok tego posłańca miał być czytelną odpowiedzią na kapłańską modlitwę. Miał być taranem kruszącym ostatni mur wokół serca. Złóż swą ofiarę na świadectwo dla nich – prosi Jezus. Oni też czekają na dobre słowo, które skieruje ich stopy we właściwą stronę. Właśnie ty masz być dla nich drogowskazem. Posyłam cię. Nie zwlekaj, gdyż każda chwila z dala ode Mnie przybliża ich do śmierci.

Tymczasem nasz bohater poszedł za głosem przeszczęśliwego serca, a nie Jezusowego nakazu. Myślę, że uczyniłbym podobnie. Radość z uzdrowienia rwała by się z okrzykiem do mych ust. Po latach izolacji, odrzucenia, rzucałbym się wszystkim wokoło w ramiona. Wróciłem! Wszystko z dobroci serca.

Ten ludzki odruch zamknął jednak przed Jezusem bramy miasta. Ta szalona radość przerwała “łańcuszek”. Ziarno, które miało być zasiane w sercach kapłanów padło gdzie indziej. Wydało może jakiś plon, ale jednocześnie skazało serca na pozostanie ugorem.

Radość, euforia, pozytywne stany emocjonalne nie mogą pozostać celem naszej wiary. Wierność powołaniu może zdziałać więcej dobra, niż sensacyjność cudu.

To jest mój Syn

Niedziela Chrztu Pańskiego.

Gospel_of_John_Chapter_1-3_(Bible_Illustrations_by_Sweet_Media)

Jezus, posłuszny woli Ojca, przyszedł nad Jordan. Do swojego kuzyna Jana. Do tłumu oczekującego na chrzest wodami świętej rzeki. Tłumu spragnionego obmycia i powrotu do pierwotnej czystości i niewinności. Przyszedł do mnie i do ciebie. Anonimowego w bezimiennym tłumie. Gdzieś w najgłębszej depresji na świecie. Gdzieś w połowie drogi między domem Pana a Sodomą i Gomorą. W połowie drogi między świątynią a Macherontem – twierdzą Heroda w stylu współczesnego hikikomori.

Pan przychodzi nie po to by stać z boku wraz z faryzeuszami i kapłanami. Nie przychodzi wydawać osądy i wyroki. Nie wytyka palcem. Nie wyśmiewa z powodu strąconej poprzeczki zawieszonej zbyt wysoko dla mnie i dla ciebie. Staje pokornie w kolejce między nami. Mętne wody, które chcą nas pochłonąć, obmywają i Jego. Stając się wodami prawdziwie oczyszczającymi.

Lecz bardziej niż wody, oczyszcza nas dobre słowo, które spływa na Jezusa, a przez Niego i na mnie, od kochającego Ojca. Widzę cię. Znam cię. Znam twoje zalety i wady. Jestem z tobą . W świątyni i w Sodomie. Jestem z tobą i w połowie drogi – nad Jordanem. Gdziekolwiek jesteś i kimkolwiek jesteś, jakąkolwiek otagowujesz się etykietą – dla mnie tyś syn mój. Umiłowany, w którym mam upodobanie. Akceptuję cię, synu!

Akceptuję ciebie. Akceptuję siebie. Mogę wyjść z Jordanu. Jestem oczyszczony.