Czwartek w 1 tygodniu zwykłym.
Trędowaci byli skazani na zerwanie wszelkich więzi ze społeczeństwem. Ciążył na nich wyrok okrutnej śmierci z dala od bliskich. Kwarantanna była konieczna w obliczu zakaźnej choroby, przed którą w żaden inny sposób nie można było się ustrzec. Jednakże w kulturze narodu izraelskiego, który z dumą uważał się za jedną rodzinę, takie odizolowanie musiało być równie bolesne jak odpadające ciało. Nie dziwi mnie, że chorobę tę traktowano jako najsroższą karę za grzechy.
Pomimo tej nakazanej prawem izolacji i odtrącenia, trędowaty z dzisiejszej ewangelii znał Jezusa. Na tyle dobrze, że był przekonany, że tylko Mistrz z Nazaretu można go uwolnić od jego śmiertelnego piętna. A przecież to nie była epoka telewizji, prasy i internetu. Informację przekazywano z ust do ust. Ktoś go dobrze poinformował. Świadomie lub mimochodem. Z pewnością jednak zgodnie z wolą Pana. Jezus bowiem chciał tego uzdrowienia. Dobra rada nieznajomego informatora musiała być z natchnienia Bożego. Albowiem to Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z [Jego] wolą (Flp 2,13).
Uzdrowiony trędowaty został posłany przez Jezusa do kapłanów. To miał być swoisty “łańcuszek” posłuszeństwa bożym natchnieniom. Posłuszeństwo rodzące świadectwo, by uzdrowiony przyprowadził kolejnego chorego do Lekarza dusz i ciał. Być może widok tego posłańca miał być czytelną odpowiedzią na kapłańską modlitwę. Miał być taranem kruszącym ostatni mur wokół serca. Złóż swą ofiarę na świadectwo dla nich – prosi Jezus. Oni też czekają na dobre słowo, które skieruje ich stopy we właściwą stronę. Właśnie ty masz być dla nich drogowskazem. Posyłam cię. Nie zwlekaj, gdyż każda chwila z dala ode Mnie przybliża ich do śmierci.
Tymczasem nasz bohater poszedł za głosem przeszczęśliwego serca, a nie Jezusowego nakazu. Myślę, że uczyniłbym podobnie. Radość z uzdrowienia rwała by się z okrzykiem do mych ust. Po latach izolacji, odrzucenia, rzucałbym się wszystkim wokoło w ramiona. Wróciłem! Wszystko z dobroci serca.
Ten ludzki odruch zamknął jednak przed Jezusem bramy miasta. Ta szalona radość przerwała “łańcuszek”. Ziarno, które miało być zasiane w sercach kapłanów padło gdzie indziej. Wydało może jakiś plon, ale jednocześnie skazało serca na pozostanie ugorem.
Radość, euforia, pozytywne stany emocjonalne nie mogą pozostać celem naszej wiary. Wierność powołaniu może zdziałać więcej dobra, niż sensacyjność cudu.
