Upadki mrocznego rycerzyka

Łk 4,31-44 KKK 44-49

  • „Stworzenie bez Stwórcy ginie”. Dlatego, gdy tylko intuicyjnie wyczuje obecność Boga, garnie się do Niego szukając uzdrowienia. Szczególnie w momencie poważnego kryzysu, cierpienia, niezwykle mocno odczuwam potrzebę Jego bliskości. Ale czy od razu udaję się do Jezusa? Myślę, że zazwyczaj staram się być taką swoistą Zosią-Samosią. Udaję wobec siebie i świata, że ze wszystkim dam sobie radę. To oczywiście iluzja. Potykam się co chwilę.  Bagatelizuję zatem swoje oczywiste porażki. „Nic się nie stało! Polacy nic się nie stało!”
  • Jest jeszcze drugi mechanizm obronny. Pocieszam się, że inni mają gorzej. A jeśli nie mają gorzej, to już się postaram, żeby mieli więcej powodów do narzekania niż ja. Te ucieczki w bok, przymykanie oczu na nic się jednak zdadzą, gdy definitywnie zderzę się ze ścianą. Wtedy – gdy trwoga, to do Boga!
  • Sumienie podpowiada, by w sposób wolny przeżywać swoją więź z Bogiem. Człowiek tylko wtedy może żyć w pełni życiem ludzkim. Więź z Bogiem jednakże to zawsze jest relacja dziecka i Ojca. Nie jest to relacja czysto partnerska. Nijak się to ma do przeświadczenia, że jest się jedynym kowalem swego losu. Zamiast uciekać się do Boga w trwodze, oburzam się, dlaczego znalazłem się na takim zakręcie swego życia. Oskarżam zły los, fatum, karmę, ale w głębi serca mam zarzut do Boga. Och, czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić?
  • Jezus nie waha się wkroczyć w tę ciemną noc buntu i cierpienia. Dopiero z nastaniem dnia pozornie zniknie udając się w miejsca pustynne. Swoim światłem wypali raka zwątpienia. Uzdrowiony, pełen wdzięczności będę chciał Go zatrzymać. Będę Go przymuszał, by Swym światłem odpędzał powracające mroki, gwarantując mi bezustanne szczęście. Wsłuchując się w takie oczyszczone sumienie w końcu jednak pojmę, że to niemożliwe. Nie da się zatrzymać blasku wyłącznie dla siebie. Miłość samego siebie, przemieniona miłością do Lekarza dusz i ciał, w końcu wypełni się miłością do innych. Zwłaszcza tych, co do tej pory nie doświadczyli mocy Pana.

Człowiek, który ma uschłą rękę

Łk 6,10

  • Spoglądam na swoją dłoń. Zazwyczaj ją wyciągam, by brać, by trzymać, czasami zabija nudę klikając w klawiaturę. Teraz patrzę na nią uważnie oczami wiary. Jest uschła w tej chwili. Dłoń, która nie niesie pomocy jest martwa. Dłoń, która nie trzyma w sobie jałmużny jest martwa. Dłoń, która nie składa się do modlitwy jest martwa. Dłoń, która nie służy pożyteczną pracą jest martwa. Dłoń, która nie uderza ze skruchą w pierś jest martwa. A martwa dłoń – nieruchoma w swym rozleniwieniu, jeśli już się poruszy, z łatwością może się zacisnąć w pięść. Z łatwością może sięgnąć po cudzą rzecz. Z łatwością może posłużyć do grzechu. Mam uschłą dłoń i kryję się gdzieś w cieniu pleców innych. Nie wychodzę przed szereg. Niby jestem we wspólnocie wiernych zgromadzonych w domu modlitwy, ale jakby mnie nie było. Jestem uschłym członkiem Kościoła, łatwym do zmanipulowania. Jestem uschłą latoroślą, którą można bez trudu odłamać od Winnego Krzewu.
  • Choć w swej martwocie i bierności nie zdobywam się na modlitwę prośby, Jezus mnie dostrzega. Wywołuje mnie na środek. Stawia mnie w centrum uwagi, gdyż pragnie, by wspólnota nie była obojętna na pojawiającą się martwotę. Nie chwycił mnie za ucho i nie wyszarpał mnie zza pleców innych, ku przestrodze i ku sądowi. Jego uwaga jest pełna miłosierdzia i troski. Nie wyrywa mnie na siłę, jak ogrodnik, który plewi chwasty. On wzywa mnie bym sam się podniósł. Bym uczynił pierwszy gest wolnej woli skierowanej ku Niemu. Tyle Mu wystarczy. Resztę sam już dokona.
  • Uzdrowioną dłoń z powrotem kładę na klawiaturze. Tym razem, by pisać 150 już wpis na tym blogu. Jezus daje mi zdrowie, daje mi swoje dary, daje mi wszystko. Ale to nie jest nagroda za dobre zachowanie. Czy bowiem „popełniłem” jakiekolwiek dobro sam z siebie, bez Jego pomocy? Czy kiedykolwiek moja dłoń podarowała coś, czego wcześniej nie otrzymałem z Jego szczodrobliwości. Życie podarowane w moje dłonie jest zadaniem. Dlatego piszę. Dlatego służę. Żyję.

Ewangelia z dnia: Łk 6,6-11

Paralityk

Wpierw przeczytaj Mk 2,1-12

Hole_in_Synagogue_roof_from_inside_0734m_(508120545)

Paralityk na noszach – bezwolny, przybity do łoża beznadziei; Niezdolny do ruchu, niezdolny do odezwania się, niezdolny do zadbania o siebie. Nie wiem, czy szukał uzdrowienia. Raczej nie. Nie wiem, czy wierzył. Wątpię.

Jego czterej przyjaciele – noszowi. Zaangażowani, zdeterminowani, pełni wiary, gotowi przebić każdy mur, każdy dach, by nieść pomoc. Tak bardzo przeciwstawni bohaterowie tej sceny. Każdy z nich obdarowany łaską. Czy jej nie chciał, bo był sparaliżowany, czy też nie chciał, bo myślał tylko o innych. Mieć takich przyjaciół, którzy na sygnale, nawet nieproszeni, pilnie zanoszą mnie do Jezusa, gdy jestem w potrzebie – to skarb.

Jest w tej scenie jednak jeszcze groźniejszy paraliż. Straszniejszy, bo nieuświadamiany. Paraliż uczonych w Piśmie. Usta zamknięte nie wypowiadają tego, co kryje się w ich umysłach. Wszędzie widzą tylko zło, uchybienia przepisom, grzech, herezję. Z kamienną twarzą odwracają się od drugiego człowieka. I pozostają w tym pogardliwym bezruchu. Nogi przykute do najlepszych, honorowych miejsc, tarasują choremu przejście do Jezusa. Jak martwe kłody rzucone przez ich pychę pod nogi. Zasklepione uszy nie słyszą słów prawdy o ich obłudzie. Nie zdziwili się, że ktoś tak trafnie czyta w ich myślach! Uwięzione oczy widzą tylko dźwigającego łoże uzdrowieńca, a nie Pana, który na wszelki sposób próbuje  wydobyć ich z duchowego paraliżu. Cóż z tego, że zdumieni byli cudem, jeśli nie dotarło do nich, że mieli szansę na odpuszczenie grzechów.

Takie czytelne zaproszenie do wyrwania się przeszło obok nich – sparaliżowanych. Dziura w dachu, z widokiem na niebo, szybko zostanie załatana.