Czujni, zwarci, gotowi.


Pierwsza niedziela adwentu.

W ten weekend wraz z całą rodziną byliśmy w Warszawie. Wieczorem, wracając z Centrum Kopernika, zauważyliśmy pewne poruszenie pod hotelem. Zajechała tam dłuuuga limuzyna oczekując na wyjście z hotelu swego przyszłego pasażera. Musiała już tam stać dłuższą chwilę. Celebryta wyraźnie się nie spieszył. Jakby podgrzewał atmosferę. Wokół biegali podekscytowani dziennikarze z aparatami fotograficznymi. Szukali najlepszych pozycji do dobrego ujęcia.

Na drugi dzień, przed innym luksusowym hotelem, widziałem podobną scenę. Elegancka para wychodzi z budynku. Pan niedbałym ruchem podnosi rękę. Kierowca przejeżdżającej właśnie taksówki natychmiast zawraca, by zatrzymać się tuż przed parą, która nawet na chwilę nie zwolniła kroku.

Jedni czujni, uważni. Drudzy nonszalanccy, żyjący chwilą obecną. I właśnie ci pierwsi potrafią być gotowi na każdą chwilę, gdyż ci drudzy oduczyli się czekać.

Adwent to czas oczekiwania. Święty Bernard mówił o trzech przyjściach Jezusa. Pierwsze w Betlejem, trzecie w dniu ostatecznym. Drugie zaś bezustannie dokonuje się tu i teraz. Jezus jest Panem, który był, który jest i który przychodzi.

Niech ten Adwent będzie czasem, kiedy wzmocnię w sobie czujność godną paparazzich. Niech dostrzegam Jezusa i Jego działania wokół siebie. Życzę też sobie i tobie gotowości i cierpliwości taksówkarza. Bym był gotowy do służby na każde skinienie ręki.

Popatrzcie

Piątek w 34 tygodniu zwykłym

Dziś urzekło mnie piękno jednego z wpisów na blogu. W niezwykle poetyckich słowach autorka przedstawiała czar jesiennego Krakowa. Po lekturze z żalem spojrzałem na swoje wpisy. Jak daleko mi do formy sprzed lat, gdy czułem się bardziej poetą niż archiwistą. Teksty me dziś toporne i kanciaste. Jak szkice Picassa. Ale przecież i Picasso uznawany jest za mistrza! Nadzieja wróciła.

Jakże wiele zależy od tego, w jaki sposób patrzymy na rzeczywistość. Gdy jestem zmęczony i zniechęcony, przygniata mnie „szaroniówka”. Marzę o ferii barw, jak w michelangelowych freskach kaplicy papieża Sykstusa. Tymczasem jak pokolorować życie, gdy wokół wszystko w odcieniach szarości? Czy taki świat może inspirować pięknem? A arcydzieła kina niemego? Czyż ich magia nie oczarowuje bardziej niż jałowe wytryski efektów współczesnego kina? Meloniki z głów przed Charlie Chaplinem mydlane gwiazdeczki!

Poezja bierze się z właściwego patrzenia. Oczy są zwierciadłem duszy. Jeśli ona jest zbrukana, nie dostrzegę wokół siebie wyraźnych znaków Piękna i Miłości.

Możemy iść.

Czwartek w 34 tygodniu zwykłym.

Komputer buczy za drzwiami. Swoją łuną z monitora wzmacnia wyraz uporu na twarzy synków. Gry komputerowe nie tylko wciągają, ale pożerają, wysysając z mózgów resztki rozsądku. (Oczywiście doceniam też ich walory, ale co za dużo to nie zdrowo.) Żadne argumenty nie trafiają, odbijając się od haseł: 

  • Już kończę. 
  • Przecież dopiero zacząłem. 
  • A on grał dłużej. 
  • Tylko się skuszę.
  • Inni rodzice pozwalają grać całą noc.
  • Mam prawo grać tak długo, po tylu godzinach nauki w szkole…


Wtedy, czasami pozostaje mi radykalny krok w postaci wyłączenia Wi-Fi lub bezpieczników. I następuje koniec świata. Apokalipsa. Brat występuje przeciwko bratu. Spadają gwiazdy i krzyk rozpaczy podnosi się aż do nieba.

Gdy jesteśmy tutaj do czegoś zbyt mocno przywiązani lub wprost zniewoleni, to wtedy koniec świata budzi lęk. Absolutny dramat. Jawi się on nam jako niezawiniona krzywda, nieodżałowana strata, niesprawiedliwość.

Tymczasem ja marzę, aby w dniu ostatecznym, końca całego świata lub tylko mojego, nucić sobie piosenkę Elektrycznych Gitar.

To już jest koniec. Nie ma już nic. Jesteśmy wolni. Możemy iść.

I jak po trudnej, całożyciowej dniówce, z ciężkimi nogami, ale lekkim sercem, pójdę na wymarzony urlop. Do wiecznego raju.