Możemy iść.

Czwartek w 34 tygodniu zwykłym.

Komputer buczy za drzwiami. Swoją łuną z monitora wzmacnia wyraz uporu na twarzy synków. Gry komputerowe nie tylko wciągają, ale pożerają, wysysając z mózgów resztki rozsądku. (Oczywiście doceniam też ich walory, ale co za dużo to nie zdrowo.) Żadne argumenty nie trafiają, odbijając się od haseł: 

  • Już kończę. 
  • Przecież dopiero zacząłem. 
  • A on grał dłużej. 
  • Tylko się skuszę.
  • Inni rodzice pozwalają grać całą noc.
  • Mam prawo grać tak długo, po tylu godzinach nauki w szkole…


Wtedy, czasami pozostaje mi radykalny krok w postaci wyłączenia Wi-Fi lub bezpieczników. I następuje koniec świata. Apokalipsa. Brat występuje przeciwko bratu. Spadają gwiazdy i krzyk rozpaczy podnosi się aż do nieba.

Gdy jesteśmy tutaj do czegoś zbyt mocno przywiązani lub wprost zniewoleni, to wtedy koniec świata budzi lęk. Absolutny dramat. Jawi się on nam jako niezawiniona krzywda, nieodżałowana strata, niesprawiedliwość.

Tymczasem ja marzę, aby w dniu ostatecznym, końca całego świata lub tylko mojego, nucić sobie piosenkę Elektrycznych Gitar.

To już jest koniec. Nie ma już nic. Jesteśmy wolni. Możemy iść.

I jak po trudnej, całożyciowej dniówce, z ciężkimi nogami, ale lekkim sercem, pójdę na wymarzony urlop. Do wiecznego raju.