Krokodyl czy mucha?

Wpierw przeczytaj Mt 11,20-24

Crocodile_in_Kachikali_kevinzim

Jak myślisz, które zwierzę jest groźniejsze? Krokodyl, czy mucha, która brzęczy koło ucha? Oczywiście, że ten owad, gdyż jego złośliwe bzykanie irytuje mnie właśnie tu i teraz. A krokodyla mogę sobie co najwyżej wygooglować i dopóki nie muszę drukować jego zdjęcia w wysokiej rozdzielczości, może mi nawet służyć jako oryginalna tapeta na pulpit, lub tło do cytatu biblijnego.

Z pewnością mucha, która mnie drażni, nie ma złych intencji. Nie uwzięła się na mnie. Jej celem nie jest moja dziurka w nosie, lecz poszukuje czegoś do skonsumowania. Lub innej muszki do figlowania. Najprawdopodobniej skończy jednak pod moim papciem. I zakończy swój marny żywot.

Przyjąłem Jezusa za swojego Pana i Zbawiciela. Zaprosiłem do swojego życia, by być blisko Niego. Zamiast oddawać Mu chwałę i rozszerzać w świecie Królestwo Boże irytująco grzeszę, marudzę i roznoszę zarazki grzechów. I robię to w kółko, pomimo ostrzegawczych machnięć i upomnień. Jak natarczywa mucha.

Biada mi, jeśli nie zacznę żyć z godnością jak przystało na Bożego współdziedzica. Bo mój kres może nadejść szybciej niż krokodyla na fotce powyżej. I wcale nie z powodu mściwej natury Boga, lecz z powodu własnego chorobliwego podążania za smrodem. Gorzej niż sodomita.

Język miłości

Wpierw przeczytaj Oz 14,2-10

0

W trakcie cudownych rekolekcji Domowego Kościoła w Koniakowie wraz z moją żoną głosiłem konferencję na temat miłości małżeńskiej. Przytoczyliśmy podczas niej również podstawy teorii G. Chapmana o indywidualnych sposobach wyrażania miłości. Wielu spośród was pewnie się z nią już spotkała. Jest ona tak prosta, a pozwala uniknąć tyle niezamierzonych konfliktów. Na okładce książki „5 języków miłości” możemy przeczytać:

Mąż i żona rzadko posługują się tym samym językiem miłości.

Zazwyczaj używamy swojego własnego języka i frustrujemy się, gdy nasz współmałżonek nie rozumie tego, co chcemy mu zakomunikować. Pragniemy, by okazywał nam miłość w ten sam sposób, co my, jednocześnie wysyłając sygnały, których on/ona nie rozumie.

Poznanie języka miłości twojego współmałżonka to potwierdzona tysiącami świadectw czytelników recepta na szczęśliwe i udane małżeństwo.

Jeśli twoim językiem miłości jest otrzymywanie prezentów, nie spodziewaj się niezwykłego zbiegu okoliczności, że twój małżonek ma podobnie. Możesz go obsypywać kwiatami, a on wciąż będzie się czuł niekochany, gdyż usycha z tęsknoty za czułym dotykiem twych dłoni, a nie płatków róż lub zimnej biżuterii.

Czytając fragment z księgi proroka Ozeasza, dostrzegam cenną wskazówkę, jakiego języka miłości oczekuje ode mnie sam Bóg. On pragnie byśmy do Niego mówili. Byśmy przychodzili ze szczerymi słowami skruchy i dziękczynienia. Jeśli twoim językiem miłości są afirmujące słowa, z pewnością zrozumiesz jakże bolesne są tzw. „ciche dni”. Zadają one głębokie rany i pustoszą więź małżeńską. Za każdym razem, gdy pomijam codzienną modlitwę, odwracam się do Boga plecami. On pragnie moich czułych słów, a nie reglamentowanych suchych formułek. Gdy ociągam się z pójściem do spowiedzi, by swoimi ustami wyznać Panu grzechy, podtrzymuję dystans. I nie pomoże, że zacznę się starać być szczególnie „grzecznym”, jeśli wcześniej nie padnie z moich ust słowo „Przepraszam!”

Dlatego wraz z psalmistą zawołam: ” Usta me będą głosić Twoją chwałę. „

Dobre chęci

Wpierw przeczytaj: Łk 14, 15-24

pen-calendar-to-do-checklist

Mój młodszy syn ma problemy ze zmobilizowaniem się do realizacji codziennych obowiązków. (Ciekawe po kim to ma? Jeśli chcecie znać odpowiedź, sprawdźcie częstotliwość pojawiania się codziennych rozważań na tym blogu). Nie brakuje mu dobrych chęci. By ogarnąć rzeczywistość, przygotowywuje sobie listę rzeczy do zrobienia w danym dniu. Bardzo sumiennie podchodzi do tej sprawy, wielokrotnie się ze mną konsultując, by niczego nie przegapić. Później… musi sobie odpocząć. Przychodzi następny zryw. Z zapałem przegląda swoją listę to-do. Jest tego tak wiele, że trudno się zdecydować, od czego zacząć więc… najpierw sobie pogra. Czas jednak nagli. Kolejnym etapem jest uporządkowanie listy według hierarchii i przygotowanie harmonogramu. Okazuje się, że wykonanie wszystkiego zajmie mu kilka godzin, a że dzień jeszcze długi spokojnie można pójść odwiedzić przyjaciela. Wracając, jest zmęczony zabawą i musi chwilkę odpocząć. I tak odkładając co trudniejsze sprawy na później, mija mu bezpowrotnie dzień. Ale przecież do końca tygodnia jeszcze daleko! Jutro się weźmie porządnie za obowiązki – ręczy swoim słowem. Nie mam wątpliwości, że szczerze.

Nam wszystkim nie brakuje ambitnych planów. Sam mam krystalicznie czyste intencje, by być porządnym człowiekiem. Nie na darmo się jednak mówi, że dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło.

„Gdy Jezus siedział przy stole, jeden ze współbiesiadników rzekł do Niego: «Szczęśliwy ten, kto będzie ucztował w królestwie Bożym».” Cóż za pobożne zawołanie! Jakże będę szczęśliwy tam w niebie. Można się słodko rozmarzyć. Tymczasem Jezusowa przypowieść jest jak ostra szpila, która przekłuwa bujający w obłokach balonik. Marzysz o szczęściu w niebie? O ucztowaniu w królestwie Bożym? Tymczasem nie rozpoznajesz przy stole swego Zbawcy. Nadeszła pora twego zbawienia, a ty dumasz o niebieskich migdałach.

Jakże często i z moich ust padają podobne pobożne hasła bez realnego pokrycia. Jezu, ufam Tobie. Chciałbym być w niebie. Od jutra biorę się za codzienny rachunek sumienia. Muszę w końcu iść do spowiedzi. Najwyższy czas się poprawić. Nie chcę więcej grzeszyć. Będę lepszym mężem i ojcem. Wymieniać mógłbym długo. Jestem pełen dobrych chęci, zwłaszcza chęci poprawy. Poprawy od jutra. Bo z jednej strony ciągle wypatruję świetlanej przyszłości, a z drugiej ciągle mam w pamięci niepowodzenia z przeszłości. Porażki, które zniechęcają.

W mej głowie przyszłość i przeszłość. Tymczasem kwestia mojego zbawienia rozstrzyga się wyłącznie tu i teraz. Często powtarzam synom hasła wpojone mi przez mamę: „Co masz zrobić później, zrób teraz.” Albo: „Najpierw obowiązki, później przyjemności.” Lub moje autorskie: „Zaraz, to taki wielki bakter.” Niby, taki jestem mądry. Sam wpatrzony w swą listę codziennych spraw i obowiązków na zaproszenie Jezusa do zacieśnienia więzi odpowiadam roztargnionym: Nie teraz. Jestem zajęty.