Możemy iść.

Czwartek w 34 tygodniu zwykłym.

Komputer buczy za drzwiami. Swoją łuną z monitora wzmacnia wyraz uporu na twarzy synków. Gry komputerowe nie tylko wciągają, ale pożerają, wysysając z mózgów resztki rozsądku. (Oczywiście doceniam też ich walory, ale co za dużo to nie zdrowo.) Żadne argumenty nie trafiają, odbijając się od haseł: 

  • Już kończę. 
  • Przecież dopiero zacząłem. 
  • A on grał dłużej. 
  • Tylko się skuszę.
  • Inni rodzice pozwalają grać całą noc.
  • Mam prawo grać tak długo, po tylu godzinach nauki w szkole…


Wtedy, czasami pozostaje mi radykalny krok w postaci wyłączenia Wi-Fi lub bezpieczników. I następuje koniec świata. Apokalipsa. Brat występuje przeciwko bratu. Spadają gwiazdy i krzyk rozpaczy podnosi się aż do nieba.

Gdy jesteśmy tutaj do czegoś zbyt mocno przywiązani lub wprost zniewoleni, to wtedy koniec świata budzi lęk. Absolutny dramat. Jawi się on nam jako niezawiniona krzywda, nieodżałowana strata, niesprawiedliwość.

Tymczasem ja marzę, aby w dniu ostatecznym, końca całego świata lub tylko mojego, nucić sobie piosenkę Elektrycznych Gitar.

To już jest koniec. Nie ma już nic. Jesteśmy wolni. Możemy iść.

I jak po trudnej, całożyciowej dniówce, z ciężkimi nogami, ale lekkim sercem, pójdę na wymarzony urlop. Do wiecznego raju.

Z musu, czy dobrowolnie.

Czwartek w 32 tygodniu zwykłym

Dotline_no_amberine_red.jpg

 

To odwieczny dylemat rodzica. A myślę, że szczególnie ojca. Wymagać, czy nie wymagać? Oto jest pytanie. Jako ten starszy, naturalnym jest, że muszę odpowiadać za swoje dziecko. Niejako swoją odpowiedzialnością obejmuję nie tylko siebie, ale pokrywam też braki odpowiedzialności u swego dziecka. Wynikają one z braku wiedzy, doświadczenia i tego wszystkiego, co kiedyś określało się terminem “pstro w głowie”. Gdy syn chce wyjść z domu pomimo mrozu bez czapki, to moja w tym głowa, by czapka trafiła na jego głowę. On myśli w tej chwili o zepsuciu swojej wyżelowanej fryzurze. Ja nauczony doświadczeniem wiem, że u obłożnie chorego nawet najlepszy grzebień nie pomoże, by wyglądać dobrze. Więc warto zadbać o swoje zdrowie. A właściwie o zdrowie swojego nastolatka.

Tylko jak to wyegzekwować? Jedna szkoła to metoda survivalu i wojskowej musztry. Wykorzystuję autorytet. I mocą tej rodzicielskiej władzy, robię z synów zdyscyplinowanych, twardych mężczyzn.

Drugą szkołę zaprezentował mi święty Paweł w stosunku do Filemona. Mógł mu posłać “biskupi dekret” pozbawiający go praw własności do Onezyma. Z kazaniem o równości wszystkich ludzi i wyższości ubóstwa. Zamiast tego odwołał się do jego dobrej woli. A może przedstawił mu prośbę z gatunku tych nie do odrzucenia? Może grzecznie postawił Filemona “pod ścianą”, egzaminując jego wolę, czy już jest wystarczająco dobra? Po latach trudu wychowawczego.

Trudno odpowiedzieć na to hamletowskie pytanie. “Wymagać, czy nie wymagać.” Każda błędna próba może się skończyć kiepsko. Nie tylko dla wychowanka.

Samotność rozkapryszonego dziecka


Dlaczego w czasie niedoli dopada mnie przemożne poczucie osamotnienia? Dlaczego brak wsparcia wtedy, gdy jest najbardziej potrzebne?

Zauważam i zarazem doświadczam na własnej skórze, jak szkodliwe jest usuwanie sprzed własnych dzieci wszelkich przeszkód. Wyręczanie w trudach. Pobłażliwość. Wszystko niby z miłości i dla jego dobra. Dziecko od małego uczy się, że to, co trudne – to „działka” mamusi. Dla niego zostaje wyłącznie to, co przyjemne.

Taką samą postawę przyjmujemy potem często wobec Pana. „Gdy trwoga, to do Boga.” Zrób coś – jeśli mnie kochasz. Przecież nie mam prawa znosić niedoli.

I w ten sposób, jak rozkapryszone dzieciaki bezstresowo chowane, obrażamy się na swego niebieskiego Ojca, gdy pozwala nam uczyć się na własnych błędach. Gdy chce wzmocnić hart naszego ducha.