Gorycz miodu

Słodki miód, który staje się goryczą. To może być zawód niespełnionej nadziei lub odrzuconej miłości. Taka gorycz może gryźć wnętrze przez długie lata. I popychać do nierozważnych i strasznych czynów. Sam pamiętam dobrze smak tej goryczy, gdy rzuciła mnie dziewczyna, którą kochałem przez długie lata. Ile głupot narobiłem przez długi czas, by ją odzyskać lub choćby zobaczyć. Mam nadzieję, że ani ona, ani moja żona się nie dowiedzą. Podobną gorycz musiał odczuwać Jezus, gdy rozwalał targowisko w Jego ukochanej Świątyni.

Inna gorycz odczuwana po słodkich chwilach, to wyrzut sumienia z powodu własnej niewdzięczności. Najczęściej w odniesieniu do rodziców i Miłości Bożej. Jakże wiele we mnie smutku, że nie potrafiłem i wciąz nie potrafię dbać o dobre relacje z bliskimi i przyjaciółmi. Z rodzeństwem, kolegami ze szkoły, z przyjaciółmi z oazy. Tak wiele otrzymałem, tyle słodyczy mi dali, a ja to zlekceważyłem. Uznałem za coś mi należnego i ich psi obowiązek. A potem przychodzi żal, który tak trafnie wyraził mój poetycki mistrz X Twardowski. Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą.

Tym żalem kierowani, rodzice obsypują swe zaniedbane dzieci drogimi prezentami. A dziadkowie rozpieszczają nieprzyzwoicie wnuki, nadrabiając czułości, które skąpili własnym dzieciom.

I w końcu trzecia gorycz, która przychodzi mi teraz do głowy. To tak zwany mechanizm kwaśnych winogron. Deprecjonujemy realną wartość dóbr, które są dla nas nieosiągalne. Tak odbieram większość bluzgów na chrześcijan. Z powodu zaniedbań w dzieciństwie rodziców, katechetów i księży, nie nawiązali oni osobistej więzi z Bogiem. Nie nauczyli się autentycznej z Nim rozmowy. Nie poznali słodyczy płynącej z kart Biblii. Teraz więc słusznie są wyczuleni na wszelką obłudę i nieuczciwość ze strony tych, którzy wymagają od nich chrześcijańskiej postawy moralnej. By mieć prawo wymagać trzeba wpierw to wpoić. I doprowadzić do tego, by przyjęli te zasady za swoje własne.

Przepraszam wszystkich, którym kiedykolwiek poskąpiłem miodu dobrego świadectwa. Wybaczcie wszelką gorycz z mojej strony. I dajcie coś do popicia, bo ciężko przełknąć tę książeczkę.

Oto zwyciężył Lew.

Czwartek w 33 tygodniu zwykłym.

Night_cat_in_Jerusalem.jpg

 

W dzisiejszych czytaniach jest dwa razy mowa o płaczu. Zapłakał Jan z bezradności widząc zapieczętowany zwój. Być może z listą przeznaczonych do zbawienia. Zapłakał też Jezus nad ukochaną Jerozolimą, która nie rozpoznała swojej szansy.

W czytaniach dwukrotnie mowa też jest o zwycięzcach. Zwycięski Tytus zdeptał zbuntowaną Jerozolimę nie zostawiając  w niej kamień na kamieniu. Triumfujący wódz miał wkrótce zostać rzymskim imperatorem i panem świata. Jest też zwycięski Baranek, jakże odmienny od cesarza. Wszak został zabity i zapłacił Bogu Swoją krwią. Baranek, który jednak jest Lwem. On jeden jest godzien królować nad każdym pokoleniem, językiem, ludem i narodem. Również nade mną i tobą.

Tytus Flawiusz zmarł po dwóch latach panowania. Zmogła go febra lub trucizna podana przez młodszego brata. Upadło również Cesarstwo Rzymskie spełniwszy swoje zadanie. Wielcy tego świata przychodzą i odchodzą. Cesarstwa wybuchają swoją potęgą jak Wezuwiusz, by wkrótce pokryć się popiołem upadku.

Tylko Baranek trwa. I trwa Jego panowanie.  Tak samo niezmienne jest Jego upodobanie w swoim ludzie.  I nawet jeśli czasami Jego serce płacze nad moim upadkiem, zawsze jest to serce pełne miłości.

Dlatego z pokorą uznaję Go za swojego Pana. Pełen ufności w ostateczne i wieczne zwycięstwo pod takim Wodzem, cieszę się i raduję swym Królem.

Bez wytchnienia

Środa w 33 tygodniu zwykłym.

dancing-rock-concert-crowd.jpg

 

To musi być niezła balanga i nieziemski “power”. Tam w niebie. Gdy przypominam sobie własne wesele, nie mogę się nadziwić, jak byłem w stanie przetańczyć całą noc. I to po męczącym i jakże emocjonującym dniu. Nie pamiętam większej energii i radości jak właśnie w tamtej chwili. Na szkolnych dyskotekach, czy sylwestrach, jeśli już byłem, zazwyczaj podpierałem ściany. Tymczasem wtedy szczęście dodało mi siły i ochoty na całą noc. Taniec, śmiech, śpiew. Nie potrzebował nikt żadnych dopalaczy, ani nawet alkoholu, by bawić się nieziemsko. Do samego rana.

Tymczasem w niebie jeszcze większy entuzjazm trwa na wieki. Bez wytchnienia dniem i nocą. Nawet starcy z werwą do pozazdroszczenia przez sportowców, zrywają się, padają i oddają pokłony rzucając wieńcami. Istny breakdance! Kosmiczny show przed Bogiem. I wcale nie jest to tania rozrywka, jak dyskoteka w wiejskiej remizie. Lecz wesele wesel; pieśń nad pieśniami.

Czy potrafię sobie wyobrazić taką radość? Nie potrzebuję. Wszak jestem zaproszony wraz z tobą na tę imprezę. I ścian do podpierania tam nie będzie. A radość i szczęście dadzą mi sił na całą wieczność.

Alleluja!