Dobrze, że tu jesteśmy

Wpierw przeczytaj Mk 9, 2-10

camping-2581242_1280

Zachwycony widokiem przemienionego Jezusa Piotr chciał zatrzymać czas, utrwalić tę cudowną chwilę. Niebo przed nim się otworzyło, chciał je zachować na dłużej. Chciał postawić trzy namioty, by zamknąć w nich Jezusa, Mojżesza i Eliasza. By móc ich podziwiać, rozpytywać, prosić, za każdym razem, gdy tego dusza zapragnie. Wystarczy „zapukać” do odpowiedniego namiotu. Chwilo, trwaj!

Niejednokrotnie doświadczam cudu. Blask z nieba wprost pada na moją twarz. Jest tak słodko i błogo na modlitwie. Wydaje mi się, że nie tyle wyczuwam bliskość dobrego Boga, ile chwytam Go mocno za pięty i nie chcę już więcej puścić, by mieć Go całkowicie dla siebie. Wspaniała modlitwa, rozmodlona wspólnota, adoracja, podniosły śpiew, rekolekcje, cytat z Pisma Świętego, który jest jak strzał w dziesiątkę, zapierający dech w piersiach widok, czyjeś cudowne świadectwo… Chwilo, trwaj!

Zazwyczaj ta chwila trwa tak krótko. Tak jak Piotr schodzę z własnej góry Tabor do codzienności. Z tęsknotą wołam potem „Przyjdź Jezu, wołam Cię, przyjdź!” „Duchu Święty zstąp!” Czekam, tęsknię. Zapominam o tych cudownych chwilach, tracę cierpliwość, wątpię…

Zaraz, zaraz! Czy Bóg mnie opuścił? Czy został z Eliaszem i Mojżeszem na górze Tabor, przeganiając mnie z powrotem do portu w Kafarnaum? Przecież Jezus schodzi ze mną, towarzyszy mi, tłumaczy, przykazuje. To ja uciekam od Niego swoimi myślami. Zostawiam Go dla własnych spraw. Jak głupi ślepiec wołam Go, skarżąc się, że nie otrzymuję właśnie tego i teraz, czego akurat pragnę. Przecież jestem wciąż w Jego ramionach? Wołam rozpaczliwie: Przyjdź!

On stoi u drzwi mego serca i cierpliwie kołacze. Czeka na moje przemienienie.

Nowy człowiek

Wpierw przeczytaj czytania z 18 niedzieli zwykłej, rok B

fatima

Trochę mnie nie było na blogu, gdyż pielgrzymowałem do Fatimy. Jestem urzeczony tym miejscem. Jego pięknem wypływającym z prostoty i przesiąknięcia światłem. Szczególnie mocno przeżyłem modlitwę w Kaplicy Najświętszego Sakaramentu w podziemiach nowej bazyliki. Białe ściany bez żadnych malowideł, dekoracji, witraży. Tylko dwa świeczniki, dwa wazony z kwiatami, prosty ołtarz i On. Bez złotej, ozdobnej monstrancji. Żadnych rozproszeń, niczego, co by odciągało uwagę od Gospodarza tego miejsca. Rzeczywisty namiot spotkania z Bogiem twarzą w twarz. Nic nie mogło zakryć przed Panem mojej nagości i pustki. Nic nie mogło stłamsić Prawdy.

Rzeczywistość własnej marności i bałaganu w sercu może być przygnębiająca. Dysproporcja pomiędzy ogromem Bożego Miłosierdzia a lichością dotychczasowego życia może wpędzić w rozpacz. Gdyż żadną miarą nie zasłużyłem na mnogość łask z Jego strony. Stojąc twarzą w twarz z Najświętszym ma się dość dotychczasowego życia. Pamiętając swe grzechy, trudno mieć nadzieję, że można żyć inaczej. Bardziej godnie.

Rzeczywiście nie można. Nie da się żyć po staremu, pozostać sobą i spoglądać ze spokojem w Oblicze Pana. Trzeba porzucić starego człowieka z jego zepsuciem i gnilizną. Przed Panem stanąć z czystą kartą, jak nowo narodzony. Bo tylko na czystej, białej kartce, tak czystej i białej jak adorowana Hostia, można zapisywać czytelnie słowa pełne nadziei i wiary.

Narodzić się na nowo – pobożny slogan, który łatwo powiedzieć, trudno zrealizować. Trudno porzucić swoje wieloletnie przyzwyczajenia, nałogi, sposób myślenia. Czym się otaczasz, czym się żywisz, na co patrzysz i czego słuchasz, ma wpływ na to kim się stajesz. Dlatego Izraelici byli karmieni przez Pana nowym pokarmem, którego wcześniej nie znali. Który miał zaspokoić ich głód, by tęsknota za egipskimi garnkami mięsa nie przeszkadzała im w przemianę w Naród Wybrany. Ten pokarm też był prosty, czysty, niby szron na ziemi.

Jezus zaprasza mnie do siebie. Woła mnie, bym porzucił za sobą starego człowieka. Nie oczekuje niczego więcej niż tylko wiary. Autentycznej wiary, która niesie za sobą cud przemiany w nowego człowieka. Na trud tej drogi daje mi prawdziwy pokarm z nieba.

Panie dawaj mi zawsze ten chleb! Niech inni, którzy mnie jutro zobaczą, zadziwią się, gdy ujrzą mnie wraz z Tobą na przeciwległym brzegu. By pytając się, kiedy tu przybyliśmy, sami zapragnęli dotrzeć do Twych stóp.

Oddalił się

Wpierw przeczytaj Mt 12,14-21

trail-1876265_1280

Zdjęcie z zasobu pxhere.com

Max Lucado w jednej ze swych książek zadał bardzo istotne pytanie.

Jak daleko ma się posunąć Bóg, abyś ty zwrócił na Niego uwagę? Jeśli Bóg ma wybierać między twoim wiecznym zbawieniem a twoim wiecznym komfortem, to chciałbyś, żeby za czym głosował?

Jezus bez wytchnienia szuka każdego z nas. Zarzuca rękę jak wędkę, by wyciągnąć z jeziora Genezaret zalanego Piotra. Zostawia w zagrodzie swoje 99 owieczek, by odkryć tę jedną, która skryła się przed wzrokiem w krzakach i ziołach i beczy rozpaczliwie. Zagląda jak gospodyni pod łóżko, by wymieść zagubioną w kurzu i prochach drachmę. Odnajduje cały naród Izraelski harujący jak niewolnik za granicą w Egipcie, by wyprowadzić go mocną ręką.

Bóg rozpalony gorącą miłością do ciebie stoi u drzwi i kołacze, by z tobą weselić się na uczcie weselnej. Bóg szeroko otwiera ramiona, by cię nasycić sobą, gdy przychodzisz złakniony i głodny. Emanuje z niego cudowna moc, gdy błagasz o łaski, o przebaczenie, o uzdrowienie.

Przychodzi, gdy wołasz. Przyjmuje, gdy przychodzisz. Jest jednak moment, gdy odwraca się i w smutku odchodzi. On nie chce się narzucać, nie chce przymuszać do tego, byś Go przyjął i pokochał. Jeśli chcesz mieć „święty” spokój nawet ze strony Boga, uszanuje to. Odejdzie ze smutkiem, ale i z godnością, gdyż nie pozwoli, byś brukał Jego świętość.