Cierpliwość i pociecha

Rz 15, 4-9

  • Matką jest ta, która nosi swoje dziecko. Nie tylko przez dziewięć miesięcy,  gdy nowe życie rozwija się w jej łonie. Prawdziwa matka jest nierozłącznie powiązana ze swoją pociechą do końca swoich dni. Jej serce jest pełne troski i dumy. Jej pamięć wypełniona jest obrazem ukochanej twarzy, cennymi informacjami o upodobaniach dziecka, jego radościach i troskach. Dlatego nawet na starość, gdy już dorosły pojawia się z wnukami u starowinki, ona dobrze pamięta jak podać ulubione danie na obiad i trzyma w szafce kapcie lub piżamę w wymiarach pasujących jak ulał. Maryja, jak każda dobra matka, również bezustannie nosi w sobie Jezusa. Ona wręcz jest najdoskonalszą i najpiękniejszą monstrancją. Dlatego Bóg z jej serca zechciał uczynić najgodniejszą Siebie świątynię. Uwolnił ją od skazy grzechu pierworodnego, którym obarczeni są wszyscy inni ludzie. Maryja jest wolna od naturalnej skłonności do zła, od uległości pokusom, od tego swoistego rozłamu, któremu jesteśmy poddani, że chcemy dobra, ale i tak czynimy zło. To wielki przywilej, godny wspominania w osobnej uroczystości. W Maryi bowiem mogę dostrzec to wszystko, co w swym zbawczym planie ma mi do zaoferowania Bóg. To nasza Królowa jako pierwsza została wprowadzona do nieba, przed tron swojego Syna, by mogła radować się Jego chwałą. Pełna tej radości zachęca mnie do wspólnego wyśpiewywania Panu chwały.
  • Wielkie rzeczy jej Bóg uczynił. Znalazła u Niego łaskę jako najukochańsza córka. Moje własne dzieci są moją największą radością i dumą. Pragnę dla nich z całego serca szczęścia. Nawet wtedy, gdy mnie już zabraknie. Myślę, że moja żona a ich matka, ma z natury rzeczy jeszcze bardziej gorące uczucia. Istnieje pokusa, by te swoje największe skarby traktować jak drogocenne klejnoty. Z jednej strony ozdabiać jak najpiękniej, by cieszyły moje oczy i wzbudzały podziw u innych. Z drugiej strony chronić za wszelką cenę. Tak łatwo wtedy rozpieścić swoje pociechy lub zamknąć pod szklanym kloszem. Jak kwoka wysiadująca jajka.
  • Czy Bóg zaoferował wybranej przez siebie Maryi takie cieplarniane warunki? Czy jej życie było usłane płatkami róż, czy też ostrymi cierniami? Nie trzeba wertować Ewangelii, by znać odpowiedź na to pytanie. Jakże mogło być inaczej, skoro nawet własnego Syna posłał Ojciec na świat, by stał się sługą obrzezanych dla okazania wierności Boga i potwierdzenia przez to obietnic danych ojcom. A nie była to łatwa służba, skoro zaprowadziła na krzyż. Szkoła służby jest najdoskonalszą lekcją miłości. Jak każda szkoła wiąże się z wyrzeczeniami i trudami. Jednakże Bóg bezustannie wspiera gorliwych uczniów tej szkoły cierpliwością i pociechą. Najzdolniejszą swą uczennicę – Maryję, najszczodrzej obdarzył tymi łaskami. Dlatego dziś, jako Matka Kościoła, te same uczucia żywi względem mnie i ciebie – swoich dzieci. Pocieszycielko strapionych módl się za nami, uczniami z ostatniej ławki.

Ze stłuczonym kolanem

Iz 30,21

  • Ciężko stworzyć kolejny wpis na blog, gdy do syta nakarmił mnie Pan chlebem ucisku i wodą utrapienia. Skrzydła są utrącone, kolana obolałe po upadku. Nic, tylko uciec gdzieś w kąt i cichutko pochlipać na niesprawiedliwy los. Trudno pogodzić mi się z niedogodnościami i upadkami. Uważam, że nacierpałem się już wystarczająco i niczym sobie nie zasłużyłem na takie traktowanie.
  • Tymczasem zza moich pleców rozlega się stanowczy lecz pełen miłości głos Ojca. Wstawaj synu! To nic, że się znów przewróciłeś. Tak bywa, gdy robi się pierwsze kroki. Nauka chodzenia jest uciążliwa, ale jaką przynosi satysfakcję, gdy się przez nią przebrnie! Ojcowskie dłonie podnoszą mnie delikatnie. Bez zniecierpliwienia. Pora uczynić kolejny krok. Skrzydła odpadły więc trzeba dreptać samemu. On poprowadzi najlepszą drogą.

 

1. czytanie (Iz 30, 19-21. 23-26)

Bóg zlituje się nad swoim ludem

Tak mówi Pan Bóg, Święty Izraela:

Zaiste, o ludu, który zamieszkujesz Syjon w Jerozolimie, nie będziesz gorzko płakał. Rychło okaże ci on łaskę na głos twojej prośby. Ledwie usłyszy, odpowie ci.

Choćby ci Pan dał chleb ucisku i wodę utrapienia, twój Nauczyciel już nie odstąpi, a oczy twoje patrzeć będą na twego Mistrza. Twoje uszy usłyszą słowa rozlegające się za tobą: «To jest droga, idźcie nią!», jeśli chciałbyś iść na prawo lub na lewo.

On ześle deszcz na zboże, którym obsiejesz rolę, a pokarm z plonów ziemi będzie soczysty i pożywny. Twoje trzody będą się pasły w owym dniu na rozległych łąkach. Woły i osły obrabiające rolę żreć będą paszę dobrze przyprawioną, która została starannie przewiana.

Dojdzie do tego, że na każdej wysokiej górze i na każdym wyniosłym pagórku będą strumienie płynących wód na czas wielkiej rzezi, gdy padną warownie. Wówczas światło księżyca będzie jak światło słoneczne, a światło słońca będzie siedmiokrotne, jakby światło siedmiu dni, w dniu, gdy Pan opatrzy rany swego ludu i uleczy jego sińce po razach.

Wiódł ślepy ślepego

Mt 9,27

  • Z perspektywy sześciu tysięcy trzystu trzynastu dni małżeństwa (wyobrażasz sobie taką ilość kresek na ścianie?) coraz bardziej się przekonuję, że miłość jest ślepa. Oblicza mamy spowite niejako czystym płótnem jak na słynnym obrazie  Rene Magritte – Kochankowie. Spoglądamy na siebie, widzimy w jasnej poświacie radości i szczęścia, ale bardziej jesteśmy zdani na swoje wyobrażenia i odczucia. Jesteśmy jak niewidomi, gdyż świata poza sobą nie widzimy. Co więcej – staramy się patrzeć na rzeczywistość oczami ukochanej osoby. Miłość domagająca się wierności czyni nas również po części ślepymi na urodę innych osobników płci przeciwnej. Pierwsze dni, miesiące i lata naszej znajomości były wpatrywaniem się w siebie. To było (i jest) takie fascynujące i odkrywcze. Uczyliśmy się siebie niejako na pamięć. W pierwszych pieszczotach, jak niewidomi, opuszkami palców poznawaliśmy piękno i delikatność ciał. W pierwszych rozmowach po omacku penetrowaliśmy dziewicze obszary swoich osobowości. Im dłużej ze sobą przebywaliśmy, tym bardziej byliśmy sobą zafascynowani. Im bardziej się poznawaliśmy, tym bardziej zdumiewaliśmy się, jak jeszcze mało wiemy o sobie.
  • Dopiero z perspektywy czasu człowiek sobie uświadamia, że nie jest w stanie do końca odczytać drugiego człowieka. Nawet tego najbliższego. Przez te kilkanaście lat nie tylko zbliżyliśmy się do siebie, ale też upodobnili – mamy coraz bardziej zbliżone poglądy, przekonania, systemy wartości, gusta. Pomimo tego, z niejakim rozczarowaniem uświadamiamy sobie, że w wielu sytuacjach siebie nie rozumiemy. Nie domyślam się znaków niewerbalnych, które mi przekazuje, opacznie sobie interpretuję jej zachowania. Mówimy innymi językami miłości… Z biegiem czasu staję się też ślepy na jej codzienne troski i domową posługę. Ponieważ do tego przywykłem, że mam w miarę porządek wokół siebie, wyprane i wyprasowane ubrania, czeka na mnie obiad w garnkach itp. przestaję na to zwracać uwagę. Nie dostrzegam i w konsekwencji nie okazuję wdzięczności. To tylko jeden przykład takiego zaniku ostrości wzroku, ale są i inne. Pojawiają się podskórne nieporozumienia, żale i rozczarowania. I groźne pytania: Dlaczego tego nie dostrzega? Jak tak mógł? Czy ona tego nie widzi, jak mi to doskwiera? Czy on się nigdy nie domyśli? Jesteśmy ślepi, bo wielu takich podwodnych raf nawet nie dostrzegamy, choć rozpruwają kadłuby naszej łodzi.
  • Dlaczego jednak nie pogrążamy się, idąc na dno? Dlaczego nasz staż małżeński się coraz bardziej wydłuża? Piękno naszej prawdziwej miłości tkwi w tym, że pomimo tej naszej ślepoty, wspieramy się nawzajem, by iść dalej razem. Nasze kroki są nieporadne i często się potykamy – wszak wiedzie ślepy ślepego. Idziemy jednak uparcie za Jezusem, wołając głośno: Ulituj się nad nami, Synu Dawida! Tylko Twój wzrok przenika wszystko. Tylko Ty znasz całą prawdę o nas. Wierzymy, że nie pozwolisz, byśmy  swej ślepocie zbłądzili i, co gorsza, siebie nawzajem zgubili. Wierzymy!

Ewangelia (Mt 9, 27-31)

Uzdrowienie niewidomych, którzy uwierzyli w Jezusa

Gdy Jezus przechodził, ruszyli za Nim dwaj niewidomi, którzy wołali głośno: «Ulituj się nad nami, Synu Dawida!» Gdy wszedł do domu, niewidomi przystąpili do Niego, a Jezus ich zapytał: «Wierzycie, że mogę to uczynić?» Oni odpowiedzieli Mu: «Tak, Panie!»

Wtedy dotknął ich oczu, mówiąc: «Według wiary waszej niech wam się stanie». I otworzyły się ich oczy, a Jezus surowo im przykazał: «Uważajcie, niech się nikt o tym nie dowie!» Oni jednak, skoro tylko wyszli, roznieśli wieść o Nim po całej tamtejszej okolicy.