O Grzegorz Molitorys

Grzegorz Molitorys - z wykształcenia: dziennikarz, z zawodu: archiwista, z zamiłowania: bloger i poeta, z powołania: mąż i ojciec.

To jest mój Syn

Niedziela Chrztu Pańskiego.

Gospel_of_John_Chapter_1-3_(Bible_Illustrations_by_Sweet_Media)

Jezus, posłuszny woli Ojca, przyszedł nad Jordan. Do swojego kuzyna Jana. Do tłumu oczekującego na chrzest wodami świętej rzeki. Tłumu spragnionego obmycia i powrotu do pierwotnej czystości i niewinności. Przyszedł do mnie i do ciebie. Anonimowego w bezimiennym tłumie. Gdzieś w najgłębszej depresji na świecie. Gdzieś w połowie drogi między domem Pana a Sodomą i Gomorą. W połowie drogi między świątynią a Macherontem – twierdzą Heroda w stylu współczesnego hikikomori.

Pan przychodzi nie po to by stać z boku wraz z faryzeuszami i kapłanami. Nie przychodzi wydawać osądy i wyroki. Nie wytyka palcem. Nie wyśmiewa z powodu strąconej poprzeczki zawieszonej zbyt wysoko dla mnie i dla ciebie. Staje pokornie w kolejce między nami. Mętne wody, które chcą nas pochłonąć, obmywają i Jego. Stając się wodami prawdziwie oczyszczającymi.

Lecz bardziej niż wody, oczyszcza nas dobre słowo, które spływa na Jezusa, a przez Niego i na mnie, od kochającego Ojca. Widzę cię. Znam cię. Znam twoje zalety i wady. Jestem z tobą . W świątyni i w Sodomie. Jestem z tobą i w połowie drogi – nad Jordanem. Gdziekolwiek jesteś i kimkolwiek jesteś, jakąkolwiek otagowujesz się etykietą – dla mnie tyś syn mój. Umiłowany, w którym mam upodobanie. Akceptuję cię, synu!

Akceptuję ciebie. Akceptuję siebie. Mogę wyjść z Jordanu. Jestem oczyszczony.

Ujrzeliśmy bowiem Jego gwiazdę.

Uroczystość Objawienia Pańskiego.

Pair-Human-Starry-Sky-Star-Night-Sky-Lovers-1215160

W tym dniu tak świętym trzy cuda wysławiamy: dziś gwiazda przywiodła mędrców do żłóbka; dziś podczas godów woda stała się winem; dziś Chrystus dla naszego zbawienia przyjął od Jana chrzest w Jordanie. Alleluja.

Antyfona przypomina, że to nie Trzej Królowie są bohaterami dzisiejszego dnia. Dziś wielbimy Boga za to, że bezustannie się objawia i chce być poznany przez wszystkich ludzi. Również przeze mnie i ciebie. Miłość chce być kochana. To pragnienie nie ma żadnych granic.

Przypominam sobie te niezwykłe chwile, gdy walczyłem o serce kolejnej ukochanej. Ileż to przecież razy człowiek zazwyczaj się zakochuje, zanim trafi w dziesiątkę. Nim zasiane ziarno zakochania zaowocuje w końcu dozgonną miłością. Pierwszym problemem do przezwyciężenia było zwrócenie na siebie uwagi wybranki. Wywarcie jak najlepszego wrażenia. Porządna kąpiel, dezodoranty, zadbane paznokcie i wypastowane buty. To przedbiegi. Elokwencja, błyśnięcie inteligencją i kulturą osobistą. Dobry lecz wyważony dowcip. Na dalszych etapach kwiaty, pamięć, komplementy, miłosne wiersze. Wszystko po to, by przyciągnąć i przekonać do siebie wybraną osobę. Największe wpadki zdarzały mi się, gdy traciłem rozsądek i cierpliwość. Moje starania były wtedy odbierane jako natręctwo i nachalność. A to oznaczało definitywną porażkę.

Jezus pragnie przygarnąć mnie do Swego rozpalonego miłością serca. Robi tak wiele, by zdobyć moją wzajemność. Lecz z rozsądkiem, cierpliwością i z wielkim poszanowaniem mojej wolności. Nie używa swej mocy, jak Darth Vader, by pomimo oddalenia, chwycić mnie mocno za gardło i rzucić do swych kolan. Nie wszczepił mi też tej miłości jak instynkty zwierzętom, bym nie czuł się uzależniony od Niego jak od powietrza. Daje znaki, objawia się i czeka.

Przemawia do mnie rozsądnie, ukazując siebie poprzez doskonałość praw natury i porządku stworzonego przez siebie świata. Daje się odkryć poszukującemu Prawdy rozumowi.

Przemawia do mnie czule, ukazując siebie poprzez piękno miłości małżeńskiej, radości i ludzkiego szczęścia. Jak w Kanie Galilejskiej.

Przemawia do mnie miłosiernie, ukazując siebie jako Baranka Bożego, który gładzi grzechy i przywraca utracone synostwo Boże.

Zatem, czy jestem trzeźwo myślącym racjonalistą, czy człowiekiem goniącym za szczęściem, czy też pogrążonym w smutku i głodzie biedakiem. Zawsze mam szansę dostrzec Jezusa i rozkochać się w Nim na zabój. Na śmierć i życie. I na wieki wieków. Amen.

I uchodź

Święto Świętej Rodziny

Merson_Rest_on_the_Flight_into_Egypt

Święty Józef, w obliczu niebezpieczeństwa spakował manatki i po prostu zwiał. W samą porę i skutecznie. I nie było ich w strefie zagrożenia wystarczająco długo, by przeczekać burzę, która zebrała się nad ich głowami. Nie dyskutował, nie rozważał, nie tłumaczył się przywiązaniem do ojcowizny, zobowiązaniami zawodowymi, małym dzieckiem. Jest źle. Więc nie ma co czekać – trzeba uciekać. I dzięki tej rozwadze, kolejne rozdziały Ewangelii mogły się zapisać złotymi głoskami w dziejach ludzkości. Święta Rodzina przetrwała.

Niebezpieczeństwa tak już mi spowszedniały, że uczę się z nimi żyć. Przystosowuję się. Tak już musi być. Jakoś dam radę. Przecież może być gorzej. Jeszcze nic złego się nie dzieje. Hasła klucze zamykające zdroworozsądkowy strach. Powtarzam je tak często, że szybko wchodzą mi w nawyk. A wkrótce przestają być potrzebne. Bo obawy zostały skutecznie stłamszone. Anielskie podszepty szybko ulatują z głowy, jak większość snów.

W ten sposób zamiast chronić siebie i swoją rodzinę, wystawiam się na zmasowany ostrzał pokus.

Wpierw agresja w lekturze, w filmach. Potem między nami. Przecież to nic złego. Bez przesady.

10 minut dłużej przed komputerem. Potem godzinkę dłużej. Dwie. Przecież jeszcze znajdzie się czas, by porozmawiać ze sobą, pobawić się z dziećmi. Chłopcy i tak wolą grać w swoje gry. Nic na siłę. Nie panikujmy.

Cóż złego, że patrzę się w smartfon zamiast w twoje oczy. Tylko skończę pisać tego maila, przeczytam newsa, sprawdzę wynik meczu, powtórzę słówka z hiszpańskiego. Sama też przecież możesz ten czas jakoś wykorzystać. Całe życie przed nami.

Przykłady mogą być drastyczniejsze. Ale po co publicznie smagać się wyrzutami sumienia?

Przeczytałem dzisiaj informację, że odstrzał wyznaczonych żubrów w Polsce właściwie jest egzekucją. Zwierzęta są tak oswojone z widokiem człowieka, że nie czują zagrożenia z ich strony. Nawet jak myśliwy podchodzi do nich ze strzelbą gotową do strzału. Na odległość kilku kroków.

Może mi się zdawać, że jestem silny jak żubr. Że panuje nad wszystkim. Ale to tylko złuda. Zamiast uchodzić, gdzie pieprz rośnie, byle dalej od zagrożenia, pozwalam podejść złu na odległość strzału. I jak gapa patrzę prosto w oczy zacierającemu ręce Herodowi.