O Grzegorz Molitorys

Grzegorz Molitorys - z wykształcenia: dziennikarz, z zawodu: archiwista, z zamiłowania: bloger i poeta, z powołania: mąż i ojciec.

Argument

Rdz 2, 7-9  3, 1-7
Mt 4, 1-11

argue

W moim młodszym synu bardzo mocno odzywa się gen prawniczy. Wszak jego dziadek jest prawnikiem. Sztukę prowadzenia dyskusji ma we krwi. Praktycznie od momentu, gdy nauczył się składnie mówić. Każda moja prośba, uwaga czy nakaz natychmiast spotyka się z kontrargumentem. Nawet w beznadziejnej z jego punktu widzenia sytuacji, w jego mądrej główce natychmiast pojawiają się pomysły, jak zbić mnie z tropu. Jego ulubionym chwytem jest sprowadzenie wszystkiego do absurdu. Wie bowiem, że wobec takiego pogwałcenia prawdy zagotuje mi się w głowie i wdam się w  dyskusję. Będę chciał wykazać mu błąd, strzelić pouczający wykład. A czas leci i obowiązki czekają. Zawsze na koniec może się obrazić i w ten sposób dopiąć swego. W dyskusji z nim nie mam szans.

Jeszcze  bardziej przebiegły w rozmowie i argumentowaniu jest szatan. Jego inteligencja jest poza zasięgiem nawet największego ludzkiego intelektu. Jest ekspertem w kłamstwie. Świetnie też zna nasze słabe punkty. Wdać się z nim w dyskusję to przegrać. Żaden prawnik nie pomoże, gdyż i na nich ma haki.

Tylko jedno słowo potrafi zbić szatana z tropu. Jeden argument odpowiednio zastosowany zamyka mu usta. Zamiast polegać na sobie, gdy szatan mnie kusi, wystarczy, gdy pozwolę Bogu prowadzić spór. W Piśmie Świętym znajdę każdy kontrargument. Przykład dał Jezus kuszony na pustyni. W przeciwieństwie do Ewy, od razu zamykał diabłu dostęp do swego umysłu właściwym cytatem z Biblii. Jeśli słowo Boże jest dla mnie ostatecznym słowem, gdy Pismo przemówi, wątpliwości nie mają już do mnie dostępu.

Przepis na pokusy wydaje się tak prosty. Dlaczego jednak tak trudny w zastosowaniu? Bardzo często bowiem szatan przemawia moim własnym głosem. Pokusy są moimi pomysłami. Uleganie zaś pokusom następuje zwykle po sporze, który prowadzę ja sam z własnym sumieniem. Od czasów bowiem grzechu pierworodnego wydaje nam się, że od nas zależy, co jest dobre, a co złe. Nikt nie będzie za mnie decydować, co mogę, a czego nie mogę. Jestem Bogiem dla samego siebie. Choć szatan przezornie tego argumentu nie podsuwa do mojej egoistycznej główki.

Jak wykorzenić w sobie taki błędny tok myślenia? Codziennie czytam Pismo Święte. Przeczytałem je już całe i czytam wciąż, bym przesiąkł nim. Zaręczam ci, że to pomaga. Ten blog jest dla ciebie przykładem.

Oto teraz dzień zbawienia!

2 Kor 5, 20-21
6, 1-3

Popielec

Dziś w kościele na mym czole popiołem wyrysowano znak krzyża. Prorok Ezechiel otrzymał przed wiekami Boże polecenie:  „Przejdź przez miasto, przez środek Jerozolimy, i napisz literę Taw na czołach ludzi wzdychających i bolejących z powodu wszystkich obrzydliwości, które się w niej dokonują”. (Ez 9,4). Warto wyjaśnić, że litera taw jaką najpewniej miał przed oczami Ezechiel, miała kształt krzyża. Mając dość obrzydliwości wewnątrz i wokół siebie, pozwoliłem się oznaczyć znakiem krzyża. Niech aniołowie wiedzą, że z tym złem nie chcę mieć nic wspólnego.  Przyjąłem znak popiołu.

Z marnego prochu Bóg ulepił człowieka. To co liche, podłe, brudne, zostało w raju ręką Bożą przemienione w Jego najwspanialsze dzieło. Dlatego nie waham się przyznać, że jestem popiołem, byś wziął mnie Boże w swoje twórcze dłonie. Wydobądź ze mnie to co najpiękniejsze. Niech duch zapanuje nad mą łakomą naturą, by podobieństwo do Ciebie stało się moją chlubą i nagrodą.

Teraz właśnie jest ten czas błogosławiony. Nie warto odkładać niczego na później. Dziś mam szansę wznieść się na wyższy poziom. By nie był to tylko słomiany zapał, przyjąłem znak uczyniony spopielonymi gałązkami palmowymi. Pragnę pamiętać, że jestem jak ta gałązka palmowa, która miota się tam, gdzie ją wiatr powieje. Jeśli wbiję sobie to mocno do głowy, nie poprzestanę tylko na słomianym zapale Niedzieli Palmowej. Wiem bowiem, że czeka mnie trud Wielkiego Piątku. Tylko wytrwali doświadczą autentycznej radości w poranek Zmartwychwstania. Przyjąłem popiół. W proch się obrócę, by z prochu powstać. Przez Ciebie i dla Ciebie Panie. Amen.

Hojnie.

Mk 10, 28-31

hands holding red heart

Skąpstwo, pazerność pozwalają na pewien czas zachować stan posiadania. Żadną miarą jednak nie są sposobem na pomnażanie majątku. Inwestorzy dobrze podpowiedzą, że wpierw konieczne jest zainwestowanie własnych funduszy, zanim osiągnie się zysk. Podjęcie ryzyka poprzez zainwestowanie większej kwoty, daje szansę na pomnożenie profitów. Podobnie jest z inwestycjami długoterminowymi, gdzie spodziewany zysk jest poza zasięgiem wzroku.

Trzeba wpierw stracić, by później zyskać więcej.

Podobne prawo nie jest też obce rolnikom, którzy z części swych plonów jakby rezygnują. Przeznaczają je bowiem pod zasiew, by uzyskać wielokrotnie większy plon. Młodzi małżonkowie podejmując rodzicielstwo  również wiele tracą. Zwłaszcza szczęście bycia tylko i wyłącznie dla siebie – ach te romantyczne wieczory i randki! Swój czas i uwagę, większość wolnych chwil a nawet noce, sporą część domowego budżetu, oddają dziecku, które przychodzi na świat. Już po kilku tygodniach wyglądają przeważnie jak z krzyża zdjęci. Wbrew pozorom są jednak wielokrotnie szczęśliwsi niż wcześniej. Dopiero teraz są w pełni prawdziwą rodziną i odkrywają pełnię męskości i kobiecości. Przykładów można mnożyć wiele.

Więcej jest bowiem szczęścia w dawaniu aniżeli w braniu.

Doprawdy trzeba to doświadczyć samemu, żeby w pełni zrozumieć i docenić. Każdy z nas pragnie być szczęśliwy, posiadać to wszystko czego zapragnie. W każdym z nas jest coś z tego małego dziecka, które przebiera nóżkami na widok babci, gdyż wie, że zaraz dostanie upominek. O dziwo, jednakże większe szczęście budzi się we mnie, gdy widzę wybuch radości na obliczu osoby obdarowanej przeze mnie. Im bardziej mi na kimś zależy, tym chcę być dla niej bardziej szczodry. Wręcz frajdę sprawia mi ściganie się z tą osobą, kto da hojniej i szybciej. Spytajcie się mojej żony.

Ta szczególna cecha w człowieku jest odbiciem niezmierzonej Bożej szczodrobliwości. Bosko jest zatem dawać! Czego bym nie miał, co by nie było Jego darem? Każda chwila Jemu poświęcona, każdy dobry gest, nawet najskromniejsze poruszenie miłości, spotyka się z zalewem Jego błogosławieństwa. Czasami mam nawet wrażenie, że i moja niewdzięczność i obojętność niwelowana jest niezasłużoną dobrocią, na skalę ofiary krzyżowej za moje grzechy. Jakby Bóg z uśmiechem dublował mnie w tym swoistym wyścigu hojności, by zachęcić mnie do nieustawania w biegu.

Zwalniasz, gdyż uważasz, że zwycięzca i tak z góry jest wiadomy i nie chcesz niepotrzebnie się przemęczać? To znak, że brakuje ci jeszcze bezinteresowności. Jeśli dając liczysz na okazalszy rewanż, to twojemu prezentowi bliżej do łapówki. A nie o to tu biega. Prawda?