O Grzegorz Molitorys

Grzegorz Molitorys - z wykształcenia: dziennikarz, z zawodu: archiwista, z zamiłowania: bloger i poeta, z powołania: mąż i ojciec.

Konsekwencje

Mt 5, 17-19

1280px-Line_of_Dominos

A zatem Jezu, nie przyszedłeś znieść tych wszystkich 613 przykazań Prawa? Nie skreśliłeś ich epitetem – stare, nieaktualne? A zatem heroiczny wysiłek wielu pokoleń prawowiernych Żydów by wyryć je na blachę w swych umysłach i sercach nie był pomyłką? Zmaganie z samym sobą, by nie złamać choćby najmniejszego przykazania nie było jazdą próbną bez trzymanki na niedopracowanym prototypie?

„Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić.” Nie skreśliłeś wszystkiego, co do tej pory stopniowo objawiałeś. Oczyściłeś jednak z wszystkiego co było zbyteczną i błędną nadinterpretacją. Jak świątynię ze straganów i ław bankierskich. A wypełniłeś miłością. Wypełniasz, aż się wszystko spełni. I zjednoczy z Bogiem w doskonałości. Nie jesteś bowiem pedantycznym despotą, który z dziką satysfakcją daje prztyczek w nos, każdemu kto się potknie. Jak mądry ojciec stawiasz jednak granice i drogowskazy. Gdy jednak popełnię życiową pomyłkę, pozwalasz by mnie dopadły konsekwencje moich decyzji. Liczysz, że w końcu nauczę się na swych błędach. I to mnie wzmocni.

Jednak ten mądry mechanizm coraz mocniej szwankuje. Chorobą bowiem dzisiejszego człowieka jest to, że żyje wyłącznie chwilą. Liczy się tylko tu i teraz. Natychmiast. Jak było wcześniej – nieważne! Co będzie potem – a kogo to obchodzi? Wyciskam z życia, to na co mam w tej chwili ochotę – maksimum przyjemności i korzyści. Reszta jest nieistotna. Zamiatana pod dywan. W tym – wszystkie konsekwencje.

Wyręczam dziecko we wszystkim – wyręczać będę aż do grobowej deski.

Daję dziecku tablet, by dało mi chwilę spokoju – ta chwila przedłuży się w nieskończoność. Wpatrzony w ekran siedzi obok mnie obcy człowiek.

„Zimny kaloryfer” nie ma ochoty i czasu na intymne chwile czułości – małżonek w końcu znajdzie ciepło przy innym ognisku.

Nie robię rachunku sumienia – po co spowiedź, skoro nie mam grzechów.

Nie uczę się rozpoznawać głosu Pana w codziennej modlitwie – Boga nie ma, skoro nigdy mi nie odpowiada.

Takich klocków domina mogę wymieniać wiele. Jestem jednym z nich. Czemu się zatem dziwię, że ktoś z jednej strony mnie przewraca. A ktoś inny nie pozwala upaść swobodnie?

Przytul

2 Kor 1,1-7

You're here!

Bóg jest miłością. Nasza miłość jest niejako nieudolnym szkicem Boga, jakim obdarzamy siebie nawzajem. Cokolwiek czynimy szczerze z miłości, autentycznie upodabnia nas to do Boga. Również czułe gesty, delikatny dotyk. Przecież Bóg też pragnie takiej czułości względem nas, skoro stał się człowiekiem. W Nazarecie uświęcał rodzicielskie pieszczoty, mocną dłoń Józefa, będącą podporą; wtulał się jako dziecko w ramiona swej Matki. Nauczając w Galilei i Judei szczodrze obdarzał swoim uzdrawiającym dotykiem nawet trędowatych. Brał dzieci w ramiona. Janowi pozwalał spoczywać na swej piersi. Ostatecznie Eucharystia, czyż nie jest niezwykle intymnym spotkaniem? Łamiącym wszelkie bariery bardziej niż francuski pocałunek?

Tymczasem czułość odchodzi powoli w zapomnienie. Choć gęstość zaludnienia wzrasta i tak bardzo zależy nam by być bez przerwy online, bo chcemy być ciągle w kontakcie z innymi.

Stajemy się archipelagiem samotnych wysp.

Myślę, że to nie przypadek, że słowa o wzajemnym pocieszaniu padły w liście do synów i cór Koryntu. W zepsutym świecie, tym bardziej potrzebujemy ludzkiego traktowania. Dobrego dotyku, niezakłamanych relacji. Osobistego kontaktu i wzajemnego poszanowania.

Miłosierny Jezus dobrze wie, że nie zawsze słowa wystarczą. Nawet najprawdziwsze i najdelikatniejsze. Szczególnie, gdy jestem pogrążony w smutku i przytłacza mnie samotność. Dlatego nie waha się mnie przytulić, objąć ramieniem i głaskać po głowie. Czyni to jednak dłońmi drugiego człowieka. Bóg wszelkiej pociechy pociesza mnie, stawiając u mego boku bliskich. Ten impuls, który popycha ich do mnie, jest Jego natchnieniem.

To natchnienie wzbudzasz także w moim sercu. Pragniesz, bym niósł humanitarną pomoc ofiarom tsunami na archipelagu samotnych wysp.

Potrzebuję innych, by czuć się w pełni błogosławionym – szczęśliwym. Inni potrzebują mnie, by doświadczyć Bożego błogosławieństwa.

O twardym karku.

Wj 34, 4-6
8-9

Consumed,_Jennifer_Hansen

Niezgłębiona tajemnica Trójcy Przenajświętszej. Gdybym wszystko rozumiał, swym maleńkim rozumkiem obejmowałbym Nieskończonego. Pragnienie ogarnięcia wszystkiego swoim rozumem, zracjonalizowania, jest próbą zapanowania nad rzeczywistością. Chcę wiedzieć, żeby kontrolować. Chcę kontrolować, żeby się nie bać. Chcę czuć pełen komfort i robić wyłącznie swoje. Boski luz.

Tymczasem Bóg nie pozwala się wciągnąć w tę moją filozofię. Choć dla dobrego samopoczucia staram się utwierdzić w przekonaniu, że znam Boga. Tyle o Nim mogę powiedzieć. Tak często do Niego mówię. Przyjmuję Go. Ale ta znajomość to tylko kiepskie hipotezy i wyobrażenia. Troszkę lepsze – przeczucia kochającego serca. Niech w końcu przestanę się łudzić. A tajemnice takie, jak dzisiaj przez Kościół rozważana, są dobrym łomotem dla mojej pychy szkolnego prymusa. Właściwą moją postawą wobec Boga jest wyłącznie pokorna wiara. Na więcej przyjdzie dopiero czas.

Przyjąwszy tę uniżoną postawę przed Bożym Majestatem, mogę schylić swój twardy kark. Wyjść poza strefę osobistego komfortu. Uznać swoją grzeszność i lichość wobec nieprzeniknionego Boga. Brak pokory prowadzi albo do bezustannych samousprawiedliwień. Albo do lekceważącego liczenia na Boże Miłosierdzie, które mi się podobno należy. To nie pewnik, który mogę z góry zakładać brnąc dalej w bagno grzechu. To tylko ufna wiara.  Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu.