Eliasz


Sobota w 2 tygodniu Adwentu.

Eliasz to nie tylko postać historyczna. To nie tylko tytuł genialnego oratorium Feliksa Mendelssohna-Bartholdiego. To misja jednania ojca z synem. To mission impossible wyprostowania naszych ścieżek prowadzących do Boga. To dyspozytor ruchu niebieskiego, który zamiast deszczu błogosławionych plonów zsyła na oczadziałych sukcesem wpierw ogień oczyszczenia. Jeśli konieczna jest taka ostateczność.

To misja zazwyczaj straceńcza. Bez grobu bohatera, lecz z ognistym rydwanem porywającym do następnej misji.

Rzadko kiedy Eliasz bywa rozpoznany. Gdy słyszymy jego głos, zamiast rozsądku, słuchamy rodzącej się w nas agresji wobec tego, kto burzy nasz spokój i stan posiadania. Na jego karcenia odpowiadamy ciosem. Gdy ramię nasze zbyt krótkie, uderzamy boleśnie potwarzą. Przestań mi tu pieprzyć. Nie bądź taki gorliwy moherze. Skąd się urwałeś.

Eliaszem może być każdy, kto chce skruszyć mur wokół serca. Nawet twój wróg i bezbożnik lub szaleniec.

Eliaszem jestem i ja oraz ty, jeśli tylko nie zamkniesz prawdy w swoich ustach. Zrobisz z nim co zechcesz. Możesz go zabić. We mnie i w sobie. On i tak wróci. Gdziekolwiek i kiedykolwiek. Jak błyskawica.

Mądrość usprawiedliwiona przez czyny


Piątek w 2 tygodniu Adwentu.

Jakże to niezwykły widok siedzieć naprzeciwko tylu mężczyzn w różnym wieku i u każdego dostrzec obrączkę na palcu. To rzadkość w dzisiejszych czasach. Taką uwagą podzielił się ze mną jeden z uczestników rekolekcji dla nadzwyczajnych szafarzy Najświętszego Sakramentu, w których właśnie uczestniczę. To błogosławiony czas doładowywania duchowych akumulatorów. Również dzięki temu, że przebywa się w gronie ludzi podobnych, którzy potwierdzają moje życiowe wybory. Jakże to potrzebne w sytuacji odwrotnej. Gdy jestem jedynym tańczącym w gronie płaczących. Albo jedynym płaczącym przy wtórze rozweselających fletów.

Często staję w konieczności obrony własnego zdania. I to nie tylko w fundamentalnych sprawach wiary. Gdy ma się dojrzewających synów, którzy właśnie są w fazie krystalizowania się własnych poglądów, toczyć spory można o wszystko. Nawet o kolejność dni tygodnia. Czy ilość potrzebnego snu. Można przerzucać się argumentami. Można wytoczyć najcięższy z nich: Bo tak! Ale czy to coś da?

Mądrość prawdziwa, którą z dziada pradziada, przez ojca, przejmuje się jako własną, usprawiedliwia się sama. Taką mądrość pragnę przekazać mym synkom. Nie przez logistyczne pojedynki słowne.  Tu dzięki genom prawniczym po dziadku szybko wezmą górę nade mną. Ale przez przykład własnych czynów i postaw.

Cud życia.


Uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP.

Wczoraj spotkałem się z Jezusem. Mogłem sobie spokojnie z Nim pogadać o minionych miesiącach. I naszej wspólnej pracy nade mną. Oczywiście nie mam prywatnych objawień, ani przesłania ratującego cały świat. To było przesłanie ratujące właśnie mnie. W sakramencie spowiedzi.

Dziś czuję się lekki i wolny. Choć na szczęście zbyt dużego balastu nie musiałem się pozbywać. Spotkanie osobiste z Jezusem ma jednak zawsze moc odnawiającą i uskrzydlającą. Jestem zatem nowym człowiekiem. Niemal na nowo poczętym, do bycia świętym i nieskalanym przed obliczem Boga.

Dziś znów mogę dostrzec w sobie i się zachwycić cudem życia. Tą łaską jaką obdarza mnie codzień Stworzyciel. I wraz z Maryją wyśpiewuję swoje Magnificat. Bo dobrze sobie uświadamiać jak wielkie cuda działa we mnie i wokół mnie dobry Bóg.