Czy to mi się opłaca?

Mt 8,34

  • Gadareńczycy chyba mieli problem z rozstrzygnięciem dylematu, czy ich szklanka jest w połowie pełna, czy też pusta. Cieszyć się, że Jezus wkroczył w ich życie i na dzień dobry uzdrowił dwóch opętanych obywateli? Czy też martwić się, że już na początku znajomości ich dotychczasowy świński interes sięgnął dna? Musieli mieć chyba ekonomię we krwi, skoro tak szybko wykalkulowali, że wizyta Jezusa im się zupełnie nie opłaca. Tysiąc świńskich łbów to dużo więcej niż dwie ludzkie. Gdy w życiu nastawiony jestem, by niczego mi nie brakowało, wtedy zawsze ból z powodu straty czegokolwiek będzie większy niż radość z zyskania czegoś.
  • Nie chcę dzisiaj dyskutować nad tą smutną rzeczywistością, w której prawa zwierząt są stawiane wyżej niż dobro ludzkie. Przecież Gadareńczycy nie ubolewali nad biednymi świnkami, które potopiły się w morzu. Z pewnością bardziej żałowali tych szyneczek i golonek, które nie wypełnią ich brzuchów. W ich postawie, jak w lustrze, diagnozuję tego wirusa zła, który nęka nie tylko mnie. Moje własne „ja” jest najwyższą wartością. Mój ból jest większy niż twój. Przeżywając jakąkolwiek stratę, tracę z pola widzenia nowe perspektywy, szanse większego dobra. Walcząc do ostatniego tchu, by pozostać sobą, zamykam sobie drogę rozwoju. Ileż relacji z innymi popsułem tylko z tego powodu, że kurczowo trzymałem się swoich reguł gry. Nawet tych bezsensownych. Podejmując jakąkolwiek decyzję, cały czas ubolewam nad kosztami. To prowadzi do tak absurdalnych sytuacji, jak wtedy, gdy młode małżeństwa rezygnują z posiadania dzieci, bo straciliby dotychczasową swobodę. Lub wcześniej – nie biorą ślubu, by nie stracić możliwości wymiany partnera na „nowszy model”. Wolą zerwać ze swoją narzeczoną, niż zrezygnować ze starokawalerskich zwyczajów – wszak nikt nie może ograniczać ich świętej wolności. I tak kolejna szansa na dobro w życiu, na lepszą zmianę, przechodzi koło nosa. Wpatrzeni w siebie nawet nie wiemy jak wiele tracimy.
  • Panie Jezu, spraw łaskawie, bym był otwarty na Ciebie, na dobre natchnienia Twojego Ducha, na drugiego człowieka. Niech nas nie odgradza żadna moja kalkulacja, czy mi się to opłaca, czy też nie. Być z Tobą i dla Ciebie to największy skarb. Stracić wszystko jest niczym, gdy mogę Cię zyskać. Pal licho świnie! Moje granice stają przed Tobą otworem.

Ewangelia (Mt 8, 28-34)

Gdy Jezus przybył na drugi brzeg do kraju Gadareńczyków, wyszli Mu naprzeciw z grobowców dwaj opętani, tak bardzo niebezpieczni, że nikt nie mógł przejść tamtą drogą. Zaczęli krzyczeć: «Czego chcesz od nas, Jezusie, Synu Boży? Przyszedłeś tu przed czasem dręczyć nas?»

A opodal nich pasła się duża trzoda świń. Złe duchy zaczęły Go prosić: «Jeżeli nas wyrzucasz, to poślij nas w tę trzodę świń». Rzekł do nich: «Idźcie!» Wyszły więc i weszły w świnie. I naraz cała trzoda ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora i zginęła w wodach.

Pasterze zaś uciekli i przyszedłszy do miasta, rozpowiedzieli wszystko, a także zdarzenie z opętanymi. Wtedy całe miasto wyszło na spotkanie Jezusa; a gdy Go ujrzeli, prosili, żeby opuścił ich granice.

Adoracja

Mt 8,2

  • Z nieba leje się żar. Pył unoszący się z kamienistej drogi wraz z zapachem przepoconego tłumu wdziera się wprost do nosa. Do tego dochodzi smród gnijącego ludzkiego ciała trędowatego człowieka, który wbrew wszelkim regułom wdarł się pomiędzy licznie zgromadzonych. Serce ścisnęła obawa przed złapaniem tej śmiertelnej zarazy. Jednakże wbrew tym wszystkim sygnałom, które docierają do mojego umysłu, jestem świadkiem podniosłej sceny. Rozpoczyna się audiencja. Król zasiadł na tronie w pełni Swego majestatu. Najwyższy czas, aby Jego poddani przystąpili do Niego w geście poddaństwa i czci. Być dopuszczonym do tronu to wielki zaszczyt. Uhonorowany tym przywilejem, każdy podchodzi do władcy, by oddać mu pokłon: προσελθὼν προσεκύνει αὐτῷ (proselthōn prosekynei autō). Dokładnie tymi słowami opisał ewangelista trędowatego, który właśnie przystąpił do Pana. On nie jest poddanym gorszego sortu. Nawet ktoś taki jak on może paść do stóp Jezusa i rozpocząć z Nim rozmowę. Dlatego nie waham się ani chwilę dłużej, czy mi wypada, czy jestem mile widziany, czy zasługuję, co pomyślą sobie inni. Wraz z trędowatym rozpoczynam swoją adorację.
  • Małostkowym byłoby wykorzystywanie tej podniosłej chwili, by zasypać Pana potokiem swych błahych słów. To nie czas na żale, biadolenia, krzykliwe petycje. Nie zasiadłem wszak do negocjacyjnego stołu. Nie przyszedłem też do okienka w biurze obsługi petentów. To uroczysta audiencja. Adorując Zbawiciela najstosowniej jest zapomnieć o wszystkich tych przyziemnych sprawach, które mnie nurtują i uwierają. Na nie przyjdzie czas, kiedy Król uzna to za stosowne. Uznałem Go za swego Pana więc czymś oczywistym jest ufność w Nim pokładana, że o mnie się zatroszczy. Podczas adoracji oddaję cześć Panu, mówiąc Mu jaki On jest, kim jest dla Mnie. Wychwalam Jego potęgę i wspaniałe Jego dzieła. To są najwłaściwsze słowa w tym momencie. Tak właśnie zwraca się do Jezusa trędowaty. Jesteś Bogiem Wszechmogącym! Nie ma nic dla Ciebie niemożliwego. Uczynisz cokolwiek, co tylko zechcesz. Jeśli tylko zechcesz nawet moje ciało pokryte trądem ugnie się Twej woli i w niepojęty dla mnie sposób stanie czyste i zdrowe. Bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi!
  • Wpatrując się w Chrystusa, w Jego Boskość, mam wreszcie szansę przestać koncentrować się na sobie. Stop babraniu się w gnijących ranach! Ani to przyjemne, ani pożyteczne. Sprawia tylko więcej bólu. Odwracając wzrok od siebie, mogę w końcu dostrzec tę rzeczywistość, która już się dokonała. Otóż, zanim podszedłem do Pana, On wcześniej zstąpił z góry, by się ze mną spotkać. Ten ruch ukierunkowany w moją stronę jest zdecydowany. Jeśli i ja w swym podchodzeniu pozostanę konsekwentny, nie będę niepotrzebnie zbaczał odrywając wzrok od Jezusa w stronę wszelkim rozkojarzeniom. Prędzej niż mógłbym się spodziewać zbliżymy się do siebie. Dystans pomiędzy poddanym a Władcą momentalnie się skróci na odległość wyprostowanej dłoni. I to Jezus będzie właśnie Tym, który pierwszy wyciągnie dłoń. Słowo Pragnę Θέλω (thelō), które pada z ust Jezusa zachwyca mnie. Jest jak najczulsze wyznanie Umiłowanego. Jestem dla Syna Bożego kimś chcianym, pożądanym. On marzy o tym, by spotkać się ze mną. Wybiega mi na przeciw z tęsknoty, by wziąć w swoje czułe ramiona. Czyż świadomość tego sama w sobie nie ma mocy uzdrawiającej? Trędowaty natychmiast wstał z kolan oczyszczony z trądu. Choć moje oczy zamglone, jakby od łez, nie widzą tego, dobrze wiem, że Król oferuje mi Swój oczyszczający dotyk. Niech uwielbienie trwa…

Posługa ubogim

J 12,8

  • Maria ze swym rodzeństwem dobrze wyczuwała narastające napięcie wokół Jezusa. Atmosfera stawała się ciężka. Presja ze strony arcykapłanów zaciskała się wokół Jezusa jak pętla na szyi.  Równie silnie we troje wyczuwali stres, który z pewnością nękał ich Gościa. Bliskie serca rozumieją się bez słów. Pomimo tego, że doświadczyli największej radości, (żałoba po śmierci Łazarza trwała tak krótko i skończyła się w tak niezwykły sposób), nie koncentrowali się wyłącznie na swym szczęściu. Jak prawdziwi serdeczni przyjaciele okazywali Jezusowi olbrzymią empatię. Wyprawili wielką dziękczynną ucztę. Wspierali, jak potrafili. On wskazał im sens życia na ziemi. Wlał w serca nadzieję, a właściwie już pewność życia wiecznego. W zamian oddawali Jezusowi całych siebie i to, co mieli najcenniejszego. Na stopy Jezusa polał się drogocenny olejek nardowy. Wart równowartość rocznych zarobków, jak skrupulatnie wyliczył Judasz. A może tylko tyle zamierzał zostawić we wspólnej sakiewce?
  • Szczerze powiedziawszy i mnie przychodzi na myśl, że było to marnotrawstwo. Z pragmatycznego punktu widzenia olbrzymie pieniądze poszły w pył i błoto betańskiej posadzki. Zrozumiałbym symboliczne skropienie głowy. Złożenie obietnicy, że ten wonny balsam zostanie użyty w pośmiertnej posłudze, byłoby mocno niedyplomatyczne, ale wciąż rozsądniejsze niż wtarcie go włosami w nogi Jezusa. Wybrałbym lepszy sposób wyrażenia swojej czci i wdzięczności. Coś bardziej praktycznego, bardziej użytecznego i trwalszego. Przecież namaszczanie Zmarłego przed Jego męką krzyżową mija się całkowicie z celem? Jest nieracjonalne, nieekonomiczne, niechronologiczne! Może pomysł Judasza wcale nie był taki głupi – uporczywie sugeruje mój zdrowy rozsądek.
  • Podobnie zdroworozsądkowo myśli wielu ludzi. Zżymając się na bogactwo świątyń pragną, by Kościół  poświęcił się wyłącznie działalności charytatywnej. Dotarł do mnie wpis w internecie, gdzie wyliczano datki bogatych instytucji i celebrytów na walkę z epidemią. Cała ta wyliczanka zakończona była szyderczym komentarzem, że Kościół prosi o darowizny w związku z niemożnością zbierania tacy. Bardzo cieszy mnie ta troska o potrzebujących. Jestem dumny z każdego przejawu dobroci serca, który objawia się nie tylko w słowach i deklaracjach, ale w konkretnych czynach i … kwotach. Również ze strony duchowieństwa i kościelnych organizacji.
  • Jezus przypomina mi tymczasem, że oprócz dobroczynności, ważny jest dar z samego siebie. Biednych zawsze będziemy mieli wśród siebie. Sami jesteśmy niejednokrotnie ogołoceni, czy to materialnie, czy duchowo. On daje mi coś więcej niż datek. Więcej nawet niż cała tarcza antykryzysowa. Pochyla się do moich stóp w geście nieprzebranego miłosierdzia. Obmywa mnie swoją Najświętszą Krwią. Wonniejszą i cenniejszą niż najlepsze olejki nardowe.
  • Dopiero gdy moje dłonie będą pełne autentycznego miłosierdzia, moje dary składane potrzebującym nabiorą właściwej wartości. I przestanę kalkulować, porównywać się z innymi, czy jak Judasz, potrącać należny sobie procent.

Ewangelia (J 12, 1-11)

Na sześć dni przed Paschą Jezus przybył do Betanii, gdzie mieszkał Łazarz, którego Jezus wskrzesił z martwych. Urządzono tam dla Niego ucztę. Marta usługiwała, a Łazarz był jednym z zasiadających z Nim przy stole. Maria zaś wzięła funt szlachetnego, drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi stopy, a włosami swymi je otarła. A dom napełnił się wonią olejku.

Na to rzekł Judasz Iskariota, jeden z Jego uczniów, ten, który Go miał wydać: «Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim?» Powiedział zaś to nie dlatego, że dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem i mając trzos, wykradał to, co składano.

Na to rzekł Jezus: «Zostaw ją! Przechowała to, aby Mnie namaścić na dzień mojego pogrzebu. Bo ubogich zawsze macie u siebie, Mnie zaś nie zawsze macie».

Wielki tłum Żydów dowiedział się, że tam jest; a przybyli nie tylko ze względu na Jezusa, ale także by ujrzeć Łazarza, którego wskrzesił z martwych. Arcykapłani zatem postanowili zabić również Łazarza, gdyż wielu z jego powodu odłączyło się od Żydów i uwierzyło w Jezusa.