Przesyt i niedosyt

Wpierw przeczytaj: Jl 2, 12-18
beautiful-bright-clouds-414102

Może doskwiera ci przesyt? Nie brakuje ci niczego, gdyż od wczesnego dzieciństwa jesteś obsługiwany. Wszystkie twoje potrzeby są natychmiast zaspokajane a jakiekolwiek trudności skrzętnie usuwane. Twoje życie to bezustanny ciąg przyjemności. Musi być ich coraz więcej i coraz bardziej ekstremalniej, by jeszcze cię choć trochę bawiły. Dla ciebie Wielki Post to średniowieczna bzdura. Wymysł nawiedzonych masochistów. Wszak życie jest wyłącznie po to, by się nim nacieszyć do syta. Jeśli już zdobędziesz się w tych dniach na jakieś ograniczenie w jedzeniu, to tylko w postaci diety. Wszak musisz jakoś wyglądać. Szybko się ta zabawa w post może jednak skończyć. Pokusom zwykłeś bowiem ulegać.

A może cierpisz na niedosyt? Bez przerwy odczuwasz brak. Cierpisz z powodu tego, że innym wiedzie się lepiej, że są szczęśliwsi, zasobniejsi, bardziej docenieni, mocniej podziwiani. Czujesz się jak niekochana szara myszka, która całe życie musi walczyć o byt, o okruchy ze stołu szczęściarzy. Dla ciebie Wielki Post to okazja do większego wysiłku, by przypodobać się Bogu. Może w końcu doceni twoje modlitwy, wyrzeczenia, starania, posty? Może w końcu zadowolony pogłaszcze po głowie i obdarzy łaskami jak główną wygraną w totolotku. Przecież robisz tak wiele (o wiele więcej niż inni), by Bóg odwdzięczył się i nasycił trawiący serce niedosyt.

Czy w tym Wielkim Poście odwrócisz się od Boga, by nie zawracał ci głowy, czy też będziesz Mu ciągle truł pod nosem, On i tak będzie Cię bezgranicznie kochał. Tak samo mocno, jak wczoraj i jutro. Gdyż On jest łaskawy i miłosierny, nieskory do gniewu i pełen łaski.

Możesz pławić się w przesycie i nie myśleć o Bogu. Możesz w swym niedosycie wciąż usiłować zbawić samego siebie. Ale możesz też otworzyć swoje serce na Bożą Miłość. I w końcu doświadczysz miłosierdzia, które bezustannie Ciebie dotyka.

Święty Antoni czy trędowaty?

Wpierw przeczytaj : Mk 1, 40-45

teodor_axentowicz,_anachoreta

Postać świętego Antoniego – pierwszego pustelnika jest fascynująca. Usłyszawszy Boże wezwanie w Słowie Bożym, nie główkował, nie szukał gotowych szablonów, nie kalkulował. Wziął Ewangelię na poważnie i odpowiedział na nią tak, jak potrafił najlepiej. Dosłownie. Sprzedał wszystko co miał, zerwał wszelkie więzi inne niż przywiązanie do Boga i schronił się przed kuszącym do powrotu światem na pustkowiu. Stał się pierwszym zakonnikiem – choć nigdy o sobie tak nie pomyślał. Jego przykład pociągnął bowiem innych.

To był świadomy i dobrowolny wybór Antoniego. Trędowaci też byli skazani na ubóstwo i samotność. Lecz to nie był ich wybór – to był wyrok. Choroba pozbawiła ich wszystkiego, wypełniając sobą całe ich jestestwo. Pozbawieni zostali nawet własnego ciała. Odpadało od nich – kawałek po kawałku. Wyrzutki społeczeństwa – poza miastem.

Właśnie poza miastem trędowaty z Markowej perykopy spotyka Jezusa. Do jego pustki i powolnego umierania wkroczył Pan Życia. Uzdrowił go, gdyż tak chciał. Jego wolą jest bowiem, by życie wyrugowało śmierć. By pełnia zastąpiła pustkę.

Bóg przychodzi z obfitością. Rozsądnie jest spotykać Go z pustymi dłońmi, czystym sercem i umysłem. Dlatego chodź ze mną i świętym Antonim na miejsce pustynne. Porzuć gwar pędzącego donikąd miasta. Oderwij wzrok od ekranu, ściągnij słuchawki, odłóż hot-doga. Pan czeka.

Ujrzałem i daję świadectwo.

Wpierw przeczytaj J 1, 29-34
Chrystus z przyjacielem

Chrystus z przyjacielem

Jeśli jesteś ochrzczony, otrzymałeś udział w misjach królewskiej, kapłańskiej i prorockiej. Twoim powołaniem jest panować nad sobą, jak przystało na Bożego dziedzica. Masz też uświęcać siebie i wszystkiego wokół poprzez składanie ofiar miłości i błogosławienie. Wezwany w końcu jesteś do dawania świadectwa Prawdzie i głoszenia Dobrej Nowiny o Jezusie. I nie ma co zrzucać tego obowiązku na księży i zakonnice. To nie przykry obowiązek – to twój zadatek nieba. Wypełniając swoje chrześcijańskie powołanie, stajesz się niejako regentem Boga tu na ziemi. Jego dłońmi, Jego ustami. Czyż tylko dla własnej wygody warto zrezygnować z tego przywileju i zaszczytu?

Całe dzieciństwo wpajano mi, że nie wolno pokazywać palcem, zwłaszcza wskazywać innego człowieka. Tymczasem za Janem Chrzcicielem jestem ponaglany, by wskazywać innym na Jezusa. By nazywać Go po imieniu. By robić to jak najprecyzyjniej i najdobitniej.

By móc kogoś wskazać, trzeba go samemu dobrze widzieć, dobrze wiedzieć gdzie się znajduje, jak można do niego trafić. Wskazać mogę Jezusa tylko wtedy, gdy jestem blisko Niego, gdy utrzymuję z nim bliską relację, gdy jesteśmy zjednoczeni przyjaźnią, więzami miłości. Jeśli Jezusa wyłącznie z lękiem czczę, padając na kolana i nie śmiąc na Niego spojrzeć, uwielbię Jego Boski Majestat. Ale czy dam tym skuteczne świadectwo innym? Czyż w oczach tych, którzy nie znają Jezusa, będę się różnił od wyznawców bożków, którzy też z lękiem ściśle przestrzegają przepisanych rytuałów?

Święty Jan Chrzciciel ogłaszał rychłe nadejście Mesjasza, takiego jakiego pragnął; jakiego oczekiwał z utęsknieniem wraz z całym wiernym Izraelem. Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym». (Mt 3,11n) Jednakże kiedy dostrzegł swojego młodszego o parę miesięcy kuzyna Jezusa, rozpoznał w Nim swego Pana. Nie rozpoznał Go po ognie i wiejadle. Dostrzegł Go solidarnie stojącego pośród zwyczajnych grzeszników oczekujących na oczyszczające zanurzenie w Jordanie. Czekał na mocarza, rozpoznał i wskazał Baranka.

Pragnę wszystkim ukazać Tego, który jest moim Panem, ale i zarazem Przyjacielem. Tego, który jest moim Królem i starszym Bratem. Chcę stanąć przed wami pełen dumy i zachwytu, by powiedzieć wam z niezachwianą pewnością. Nie muszę Go wskazywać palcem, gdyż stoi obok mnie i serdecznie obejmuje jak swego druha. Oto Jezus – mój Przyjaciel. On jest Synem Bożym!