Z ludzkiego punktu widzenia, Jezusowe „kazanie prymicyjne” w Nazarecie nie pociągnęło za sobą gruntownej przemiany nazaretańskich serc. Mogę się oburzać na ten bezimienny „tłum”. (Nazaret w tamtych czasach to była totalna dziura więc frekwencja w synagodze była pewnie jak na odpustowej sumie w Psiej Wólce). Ale czy sam nie jestem do nich podobny? Problemem Nazaretan był fakt, że usłyszeli niezwykłe słowa z ust kogoś dla nich najzwyklejszego. To był ich sąsiad, ziomal, kolega z podwórka. Jakże ktoś taki może nagle przedstawiać się jako zapowiadany przez Izajasza Mesjasz? Co więcej – na ich zdziwienie zareagował postawieniem ich za plecami pogan w kolejce do zbawienia! Tego już było za wiele. Wyobrażasz sobie, że nagle ten Gruby co siedział w klasie w ostatniej ławce i śmierdział śmiesznie czosnkiem uważa się za niewiadomo kogo? I jeszcze śmie twierdzić, że jesteś gorszy od imigrantów, homoseksualistów i Bóg wie jeszcze kogo? Już czuję ten powiew hejtu zdmuchujący go z urwiska góry w nicość.
Dla mnie Jezus jest kimś niezwykłym – jest moim Panem. Ale niejednokrotnie Jego słowo w mych uszach brzmi jak wielokrotnie słyszany banał. Uodporniłem się na moc Ewangelii, na Prawdę, że Bóg mnie kocha, że On mnie wyzwala. Zamiast skupiać się na Mszy świętej na liturgii słowa, pozwalam odpłynąć swej świadomości w słodką bezmyślność. Słowo Boże ostre jak miecz obosieczny jest pełne ewangelicznego radykalizmu. Potrafi ono złamać potęgę szatana, przywrócić wzrok ślepemu. Z powodu mojego podejścia i nastawienia, ten miecz nie wbija się głęboko w serce, by rozkruszyć krępujące okowy. Spływa po mnie płazem – jak po kaczce.
Problem może w tym tkwi, że Jezusa umiejscawiam albo w swojej przeszłości lub w przyszłości. Albo w czasach biblijnych, albo oczekuję Go w niebie po śmierci. Tymczasem Jezus działa właśnie w tej chwili. Dziś spełniają się te słowa Pisma, które właśnie słyszysz wraz ze mną. Jego łaski mogę doświadczyć już teraz, na tej ziemi, w mojej codzienności. Jeśli spojrzę na obietnicę Jezusowego Królestwa jako na „obiecanki-cacanki”, które się spełnią dopiero po życiu pełnym krzyża, to moja żarliwość religijna będzie marna. Przy takim nastawieniu nie dziwi mnie, że średnia wieku wierzących-praktykujących wzrasta. Dopiero na starość nie ma się niczego do stracenia i można się zdobyć na krótkoterminową cierpliwość.
Czy moje i twoje serce z biegiem czasu nie zasklepiło się w schematycznym myśleniu, nieczułym na głos mądrości i nawrócenia? Czy nadal jest pełne pasji i poszukiwania, czy też wypełnia je rozczarowanie i rezygnacja? Czy Słowo Boże nie spowszedniało mi zupełnie? Czy potrafię wracając do tego samego tekstu wciąż odkrywać w nim nowe skarby – świeżość i zbawczą moc w życiu?
Gedeon rozmawiał z Bogiem, choć na początku zupełnie nie był tego świadomy. Spotkał Go podczas swej pracy, na klepisku pod terebintem. Miejsce raczej nie kojarzące się ze strefą sacrum. Zwyczajny dzień, choć pełen obaw o przyszłość. Takie to bowiem były czasy. W trudzie pracy, pośród lęku o swoją przyszłość, w czas pożogi i grabieży z ręki wroga, przychodzi Pan ze swoim słowem. Słowem, które zdaje się nie na miejscu. Pan przez usta anioła zwiastuje bowiem Gedeonowi pokój i zwycięstwo. Czy to zwiastowanie zakończyło się równie pokornym „fiat”, jak to o wiele słynniejsze z Nazaretu? Gedeon nie podskoczył z radości, nie zakasał rękawów, by prężyć muskuły dzielnego wojownika. On podczas tej modlitwy pozostał sobą – sceptykiem, realistą, człowiekiem pełnym żalu i wątpliwości. Wybacz, Panie mój! Jeżeli Pan jest z nami, skąd pochodzi to wszystko, co się nam przydarza? Gdzie są te wszystkie dziwy, o których opowiadają nam ojcowie nasi, mówiąc: „Czyż Pan nie wywiódł nas z Egiptu? Gorzki żal…
Różne są ludzkie modlitwy. Miałem okazję uczestniczyć w rekolekcjach Domowego Kościoła organizowanych przez różne diecezje. Łatwo można było rozróżnić specyficzne formy pobożności, charakterystyczne dla tych grup z różnych stron kraju. Podczas gdy oazowicze z archidiecezji katowickiej chętnie biorą udział w charyzmatycznych wieczorach uwielbień, z częstochowskimi diecezjanami nadzwyczaj często odmawiałem różaniec. Parę dni temu wróciłem zaś z rekolekcji organizowanych przez diecezję tarnowską. Uderzyła mnie wielka częstotliwość z jaką odmawialiśmy modlitwy pacierzowe. Czy któraś modlitwa jest lepsza lub gorsza? Czy Gedeonowe wyrzuty stawiane podczas modlitwy Bogu były czymś niestosownym? Czy przerwanie modlitwy, by pójść do domu po mięso i polewkę było niewskazanym rozproszeniem?
Pan łaskawie zaoferował Gedeonowi, że poczeka na niego. Nie zganił za formę modlitwy, za wymówki, za stawianie warunków, żądanie znaków. Bez wahania przyjął też przyniesione dary, choć daleko im było od przepisanych liturgią ofiar. Modlitwa bowiem to czas osobistego spotkania. To nie bezmyślne rytuały, grzeczne regułki, pozory. Forma modlitwy osobistej jest moim zdaniem czymś wtórnym, czymś co ma pomóc nawiązać więź, otworzyć się całkowicie na Boga, zdobyć się na odwagę szczerości. Jeśli pomaga mi w tym wyśpiewywanie z radością gospelowych hymnów, monotonny pacierz lub prywatnie odmawiany brewiarz raczej utrudni zbliżenie się do Niego. Podobnie, gdy moje serce jest przepełnione żalem i poczuciem niesprawiedliwości – klaskanie w dłonie wraz z rozentuzjazmowanym tłumem wiernych nie stanie się moją autentyczną modlitwą. Ukojenie rozdygotanych nerwów znajdę cierpliwie przesuwając paciorki różańca.
Dopiero wtedy, gdy stanę przed Panem w prawdzie, jak Gedeon usłyszę te pełne pociechy słowa z ust Przyjaciela: Pokój z tobą! Nie bój się niczego!
Młodzieniec wiedział jak się w życiu ustawić. Był zaradny i zapobiegliwy. Cała jego energia ukierunkowana była na zapewnienie sobie bezpiecznego bytu. Młody wiek zapewniał mu zdrowie, długie lata życia przed sobą, atrakcyjny wygląd, siłę i chęć działania. Majątek gwarantował mu wygodę życia, niezależność i perspektywy na przyszłość. Nienaganne życie pozwalało mu żyć w powszechnym poszanowaniu i życzliwości innych. Jednakże wciąż poszukiwał spokoju swego serca. Wciąż był w nim lęk. Lęk o własne zbawienie, który wypływał z obaw przed sądem Bożym. Co mam czynić, aby otrzymać życie wieczne?
Swoją troską obejmował wszystkie sfery życia. Chciał mieć pewność, że zapiął wszystko na ostatni guzik. W ten sposób zapewniał sobie poczucie bezpieczeństwa. Spokój i pewność siebie. Ale jak uspokoić własne sumienie? Jak wyciszyć tą burzącą pewność siebie obawę, że się nie jest jeszcze doskonałym w oczach Boga? Jak zasłużyć na zbawienie? Jak zapewnić sobie niebo? Czego mi jeszcze brakuje?
Czy wszystko zależy ode mnie – nawet zbawienie? Jak sobie pościelę, tak się wyśpię. Jestem kowalem swojego losu. Potęga i przymus samorealizacji… W walce z codziennymi troskami, w codziennym rozwiązywaniu problemów i liczeniu tylko na siebie, nawet sobie nie zdaję sprawy, jak bardzo jestem narażony na pychę. Sukcesy w życiu wypływające z moich starań, wbijają mnie w przekonanie, że jestem samowystarczalny, kompletny, doskonały. Podporządkowuję sobie całą rzeczywistość, by mi służyła, albo przynajmniej nie przeszkadzała. Chcę nawet owinąć wokół małego palca samego Boga. Stąd moje modlitwy, dobre uczynki, jałmużna, które nie są wyrazem miłości, ale swoistą łapówką. Buduję swoją twierdzę, która ma mi zapewnić absolutne bezpieczeństwo.
Tymczasem Jezus przypomina mi, że tylko tam, gdzie jest prawdziwa miłość, tam nie ma lęku. Tylko ramiona czułego Ojca są bezpiecznym schronieniem. Jeden jest tylko Dobry! Uwolnić się od lęku może tylko ten, kto zda się całkowicie na Niego. Mam przestać liczyć na siebie, na swoje majętności, swoją zapobiegliwość, swoje przemyślne plany. Przyjdź i chodź za Mną! Tylko Ja jestem drogą, która nie zwodzi na manowce, lecz prowadzi wprost do Ojca.