O Grzegorz Molitorys

Grzegorz Molitorys - z wykształcenia: dziennikarz, z zawodu: archiwista, z zamiłowania: bloger i poeta, z powołania: mąż i ojciec.

Gdy na głowę walą się z mozołem wznoszone mury.

Łk 21,21

  • Czytając karty Ewangelii, można poczuć klimat Judei z tamtych lat. Wypieszczana przez budowniczych Świątynia tętniła życiem. Stronnictwa polityczne zażarcie walczyły o dominującą rolę. Faryzeusze z uczonymi w Piśmie i z saduceuszami wydzierali sobie ludzkie umysły i dusze. Tetrarchowie stwarzali pozory, że rządzą. Prokuratorzy rzymscy lawirowali pomiędzy korzyściami i wadami życia w cieniu wielkiego Rzymu. Celnicy budowali swoje małe fortuny, arcykapłani dzielili swoją uwagę pomiędzy czystością wiary, a dobrze kręcącym się biznesem na dziedzińcu pogan. Życie toczyło się wartko wprost do nieuniknionej zagłady. Lecz zdecydowana większość mieszkańców Jerozolimy tego nie dostrzegała pochłonięta swoimi sprawami. Gdy nastał wielki ucisk i miasto zostało zdeptane przez legionistów ich świat runął. Mdleli ze strachu, gdyż innego świata nie znali. Czuli, że pozostaje im tylko nicość. Bezradnie szli pod miecz nie mając żadnej nadziei.
  • Spoglądając na pędzący do przodu współczesny świat, dostrzegam w nim wiele lęku i tak mało nadziei. Tak wielu łapczywie karmi się tym, co oferuje im konsumpcyjna rzeczywistość. Biorą więcej, niż mogą utrzymać, więcej niż potrzebują, niż kiedykolwiek zużyją. Gdyż podświadomie czują, że wkrótce wszystko się może skończyć. Łapią dzisiejszy dzień i nie myślą o jutrze. By oswoić czający się podskórnie lęk, próbują nadać mu imię. Chcą go oswoić i ogarnąć rozumem, który tak dobrze im służy. Zmiany klimatu, mknący ku ziemi meteoryt, epidemie… Sądzą, że zdołają powstrzymać nadchodzący kres. Ale nadziei wielkiej nie mają.
  • Jezus otwiera swoim uczniom oczy. Nie kryje nadchodzącej katastrofy. Nie mydli oczów, że właściwie nic się nie stanie groźnego. Z troską przekazuje praktyczne wskazówki jak ocalić swoje życie w czas wojennego gwałtu. Chrześcijanie, przestrzeżeni przez swojego Mistrza, nie skryli się w mieście skazanym na porażkę, lecz rozeszli się po całym świecie. Ewangelia niejako mimochodem zaczęła się rozprzestrzeniać. Chwila, gdy mury waliły się na głowę, okazała się początkiem triumfalnego marszu pod sztandarem krzyża.
  • Nie łudzę się, że ominą mnie w przyszłości wszelkiej maści kryzysy i dramaty. Ale z nadzieją spoglądam w przyszłość, gdyż jestem przekonany, że Jezus ma moc, by nawet z największego zła wyciągnąć dobro. Ufam Mu. Mogę zatem nabrać ducha i podnieść wysoką głowę. Spoczywając w troskliwych dłoniach Pana, armagedon nie jest już sytuacją beznadziejną. Ale granicą, za którą jest wieczna chwała.

Ewangelia (Łk 21, 20-28)

Powtórne przyjście Chrystusa

Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Skoro ujrzycie Jeruzalem otoczone przez wojska, wtedy wiedzcie, że jego spustoszenie jest bliskie. Wtedy ci, którzy będą w Judei, niech uciekają w góry; ci, którzy są w mieście, niech z niego uchodzą, a ci, co po wsiach, niech do niego nie wchodzą. Będzie to bowiem czas pomsty, aby spełniło się wszystko, co jest napisane.

Biada brzemiennym i karmiącym w owe dni! Nastanie bowiem wielki ucisk na ziemi i gniew na ten naród: jedni polegną od miecza, a drugich zapędzą w niewolę między wszystkie narody. A Jeruzalem będzie deptane przez pogan, aż czasy pogan się wypełnią.

Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec huku morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z mocą i wielką chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie».

A może jednak wypada?

  • Mam dwóch kolegów w pracy, którzy za każdym razem, gdy się spotkają, wykrzykują do siebie hasła w stylu: „Ave Satan!”, „Apage Satanas!”. Coraz bardziej mnie to irytuje. Ale nie mam ochoty i odwagi, by podejść do nich i przedstawić im swój punkt widzenia na tę sprawę. Przecież to oni robią w żartach. Ani ten pierwszy nie jest wszak satanistą, ani ten drugi egzorcystą. Nawet mając  ponad 50 lat mają prawo mieć szczeniackie poczucie humoru. Reagując na te pokrzykiwania, okazałbym się nawiedzonym gburem… Tygodnie mijają, a zza ściany wciąż dobiegają głupie hasła.
  • Łatwiej przechodzi dziś przez usta każde plugawe słowo, niż imię Jezus. Nawet jako praktykujący katolik, zamykam je pod grubymi okładkami modlitewników, za murami kościołów i w hermetycznych kręgach małych wspólnot religijnych. Wystarczy, że opuszczę strefę sacrum i już zaczynam krakać jak wrony wśród których się obracam. Gdy zbierze się grupa odważnych, którzy wyjdą z Ewangelią na ulicę, potulnie przechodzę obok z podkulonym ogonem, gdyż nie stać mnie na taką odwagę. Może nawet kiwam z niechęcią głową. Nie róbmy takich happeningów, bo niewierzący wytkną nam nasze oburzenie na wszelkiego maści parady. Jeśli wzbraniamy im manifestować swoich dziwactw, nie narzucajmy się ze swoją pobożnością. Nie naśladujmy ich metod, tylko w kościołach módlmy się o ich nawrócenie.
  • Wypowiadając święte imię Jezus, sprawiam, że staje się On obecny. Z Jego imieniem na ustach, uobecniam Pana w swoim środowisku. Dlatego będąc autentycznym świadkiem, wzbudzam niejednokrotnie drwinę, pogardę i prześladowania. Nawet ze strony najbliższych. To nie ja jednak jestem obiektem tych ataków. To nie ci ludzie są mi wrogami. To walka pomiędzy panoszącym się wokoło demonami, a Królem Wszechświata, który przychodzi niezwłocznie na moje wezwanie. Czy z obawy na opinię innych mam być tchórzem, który kryje się w okopach na polu tej bitwy?
  • Otóż zapewniam was, że nikt, pozostając pod natchnieniem Ducha Bożego, nie może mówić: «Niech Jezus będzie przeklęty!». Nikt też nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: «Panem jest Jezus» (1 Kor 12,3) Jeżeli nie ma imienia Jezus na moich ustach – nie poddaję się działaniu Ducha. Jeżeli nie ma we mnie Ducha – nie jestem prawdziwym katolikiem tylko zombie, bez życia. Lepiej z mocą Boga samego stawić czoła przeciwnościom, czy też za życia być martwym dezerterem? Wybieraj.

Ewangelia (Łk 21, 12-19)

Jezus zapowiada prześladowanie swoich wyznawców

Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą przed królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie mógł się oprzeć ani sprzeciwić.

A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie spadnie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie».

Tożsamość

  • Dzisiaj, we wspomnienie Najświętszego Imienia Maryi, górnośląski Kościół spogląda z czcią na wizerunek Matki Jezusa z piekarskiej bazyliki. Tutaj przychodzi się z górniczej szychty, by po prostu odpocząć pod troskliwym okiem Matki. Nie trzeba wiele mówić. Ona swym matczynym sercem dobrze wyczuwa, co nas dręczy i niepokoi. Samo Jej spojrzenie już przynosi pokój, dodaje sił i odwagi. Gdy w XIX wieku gwałtownie przybywało mieszkańców okolicznych wiosek, gdy jak grzyby po deszczu rodziły się wokół kopalń i hut nowe miasta, miejscowi Ślązacy bronili właśnie tutaj swej tożsamości. Nie różnili się od przybywających za pracą Niemców wyglądem, strojem, obyczajami. Czekała ich ta sama niebezpieczna praca. Jednakże, w przeciwieństwie od większości przybyszów z innych prowincji Prus, w swym trudzie wzywali imienia Maryi. Nie przeszkadzało im, że cudowny wizerunek Matki Bożej został przeniesiony z Piekar do Opola. Przecież nie do obrazu tu przychodzili, lecz do Matki. Jak u rękawa swej mamy z dzieciństwa, tak i tutaj szukali sprawiedliwości społecznej, równego traktowania, poszanowania do tradycji. Tutaj też przekonywali się, że wszyscy, którzy przychodzą do jednej Matki, są dla siebie braćmi. Gdzie zaś są bracia i Matka, tam jest prawdziwy dom. Nasz dom. Nasza tożsamość.
  • Jezus wskazuje swym uczniom podobny wyznacznik, budujący wspólną, chrześcijańską tożsamość. Cechę charakterystyczną, odróżniającą nas od innych ludzi dobrej woli. Wszyscy, bez żadnego wyjątku, mamy jednego Ojca. Dlatego też wszyscy jesteśmy braćmi. Można kogoś szczególnie lubić, mieć z kimś wspólne zainteresowania. Z takimi ludźmi przyjemnie spędzać czas. Do takich ludzi się ciągnie. Ale jeśli ktoś jest moim bratem, jest on automatycznie mi bliski, niezależnie od jego poglądów, sposobu bycia. Niezależnie też od tego, jak on mnie traktuje. Więzy rodzinne są silniejsze od wszelkich burz. Można się kłócić, ale bracia trzymają się razem.
  • A zatem, jeśli należę do chrześcijańskiej rodziny, a nie jestem tu tylko podrzutkiem, wszystkich braci traktuję z tą samą miłością. Nawet jeśli spotykam się z oszczerstwem i przekleństwem, odpowiem szczerze, że mnie to boli, ale bez nienawiści i chęci odwetu. Wszak słabszy brat, który mnie wyzywa i pluje mi w twarz, nie potrzebuje moich kopniaków. Awanturującego się brata nie wyrzuca się na bruk. Bijące się dzieci kochająca matka może wpierw zgani, ale zawsze na koniec obydwoje z jednakową czułością przytuli do swego serca.
  • Maryja, stojąc pod krzyżem, nie rzucała się z pięściami na rzymskich żołdaków, którzy torturowali Jej Syna. Nie pluła na arcykapłańskich pachołków, którzy szydzili z Ukrzyżowanego. Choć każde uderzenie młotka i każdy drwiący śmiech raniły Ją mocno. Serce każdej matki boleje, gdy niezgoda panuje w rodzinie.
  • Dzisiaj Kościół często spotyka się z jawną wrogością. To już nie tylko nagłówki gazet nam o tym mówią. Często sami spotykamy się osobiście z krzywdzącymi opiniami i szyderstwem. Pokaż mi jak odnosisz się do tych wrogów, a powiem ci, czy jesteś prawdziwym uczniem Chrystusa. Prawdziwym synem Maryi. Manifestacje i kontrmanifestacje z nienawiścią spoglądają na siebie. Idę do zatroskanej Matki, by wesprzeć Ją w modlitwach.

Łk 6, 27-38