Czwartek w 32 tygodniu zwykłym

To odwieczny dylemat rodzica. A myślę, że szczególnie ojca. Wymagać, czy nie wymagać? Oto jest pytanie. Jako ten starszy, naturalnym jest, że muszę odpowiadać za swoje dziecko. Niejako swoją odpowiedzialnością obejmuję nie tylko siebie, ale pokrywam też braki odpowiedzialności u swego dziecka. Wynikają one z braku wiedzy, doświadczenia i tego wszystkiego, co kiedyś określało się terminem “pstro w głowie”. Gdy syn chce wyjść z domu pomimo mrozu bez czapki, to moja w tym głowa, by czapka trafiła na jego głowę. On myśli w tej chwili o zepsuciu swojej wyżelowanej fryzurze. Ja nauczony doświadczeniem wiem, że u obłożnie chorego nawet najlepszy grzebień nie pomoże, by wyglądać dobrze. Więc warto zadbać o swoje zdrowie. A właściwie o zdrowie swojego nastolatka.
Tylko jak to wyegzekwować? Jedna szkoła to metoda survivalu i wojskowej musztry. Wykorzystuję autorytet. I mocą tej rodzicielskiej władzy, robię z synów zdyscyplinowanych, twardych mężczyzn.
Drugą szkołę zaprezentował mi święty Paweł w stosunku do Filemona. Mógł mu posłać “biskupi dekret” pozbawiający go praw własności do Onezyma. Z kazaniem o równości wszystkich ludzi i wyższości ubóstwa. Zamiast tego odwołał się do jego dobrej woli. A może przedstawił mu prośbę z gatunku tych nie do odrzucenia? Może grzecznie postawił Filemona “pod ścianą”, egzaminując jego wolę, czy już jest wystarczająco dobra? Po latach trudu wychowawczego.
Trudno odpowiedzieć na to hamletowskie pytanie. “Wymagać, czy nie wymagać.” Każda błędna próba może się skończyć kiepsko. Nie tylko dla wychowanka.
