Zakopane szczęście

Wpierw przeczytaj : Mt 25, 14-30

talenty

Przypowieść o talentach już tak wryła się w ogólnoludzką świadomość, że słowo „talent”, na określenie ponadprzeciętnych zdolności, zagościło w wielu językach świata. Tymczasem biblijny talent to najwyższa jednostka wagi, równa około 25 kg. Taka sztabka złota – wyśnione marzenie dorobkiewiczów.

Przypowieść mówi o Bożym oczekiwaniu pomnażania wszystkiego, co dostaliśmy z Jego rąk. Gdy cel ten zostanie osiągnięty, Bóg w swej wspaniałomyślności zadanie zamieni w dar. Wszystko co otrzymaliśmy od Niego, by było narzędziem dla pomnażania Bożego dobra w świecie, stanie się powodem do osobistej radości.

Dotyczy to nie tylko talentów i dóbr materialnych. Nie ma miejsca na wymówki, że ja nic nie potrafię szczególnego więc ta przypowieść mnie nie dotyczy! Pomnażać mamy radość, przebaczenie, dobre słowa, życzliwość, miłość, uśmiech… Rozsiewaj to wokół siebie a nasycisz się tym szczęściem w dwójnasób! Wszystko co wokół nas jest dobre i piękne, nie tylko ma być chronione, ale i podwojone. Człowiek też jest szczególnie piękną „sztabką złota” stąd nasze powołanie do bycia płodnymi.

Chytrość i skąpstwo jest zatem okradaniem nie tylko innych, ale i siebie samego. Utarło się przekonanie, że skąpi są przede wszystkim bogacze. Mają dużo i ciągle im mało. Tymczasem skąpstwo i pazerność jest szczególnym zagrożeniem również dla biednych. Kurczowo się trzymają tych drobin, które posiadają, zakopują głęboko, by nikt – nawet oni sami, nie uszczuplił stanu posiadania. Z zadrością spoglądają na innych, zwłaszcza tych rozrzutnych. Zazdrośni o cudze pieniądze, cudzą radość, cudzą miłość zakopują się głęboko w ziemi.

Poszukaj ze mną tych ukrytych skarbów. Niech się nie marnują.

Złota zasada

Mt 7, 6.12-14

field-summer-sun-meadow

Czy istnieje jedna złota zasada, która regulowałaby normy współistnienia z każdym człowiekiem? Niezależnie od jego pochodzenia i kultury? Czy jest płaszczyzna na której chrześcijanin może żyć spokojnie obok muzułmanina, a hinduista obok ateisty? Czy ogólnoludzka harmonia jest możliwa?

Jej poszukiwania trwają od początków ludzkości. Człowiek przez wieki wsłuchuje się w głos sumienia, analizuje dobre i złe doświadczenia. Poprzez wieki myśliciele dochodzili do podobnej prawdy. Konfucjusz rzekł: „Czego nie narzucasz sobie, nie narzucaj i innym”. Podobnie Tales z Miletu w starożytnej Grecji radził:  „Nie czyńmy tego, co ganimy u innych”. Immanuel Kant szukając podstawy prawa etyki, która byłaby niejako niezależna od istnienia Boga, zapisał swój imperatyw kategoryczny. „Postępuj tylko wedle takiej maksymy, co do której mógłbyś jednocześnie chcieć, aby stała się ona prawem powszechnym”. Złota zasada moralności brzmi w niezliczonych przysłowiach ludowych, przekazywana z pokolenia na pokolenie jako mądrość.

„Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”. To przysłowie jest żywcem przejęte z rad udzielanych Tobiaszowi przez ojca w Starym Testamencie. Złotej zasady nie mogło zabraknąć w Prawie i Prorokach. Wszak Boże Prawa zawierają się całe w przykazaniu miłości Boga i bliźniego, jak siebie samego.

Jezus regułę życia sformułował w pozytywny sposób. Radykalizm Ewangelii polega na tym, że nie wystarczy unikać zła. Powołani jesteśmy do rozsiewania dobra po całym świecie. Wszystko co bym chciał, żeby ludzie mi czynili, ja wpierw mam im uczynić. Motywem każdego mojego działania ma być wyłącznie miłość do drugiej osoby. Genialne w swej prostocie. Jak każde powszechne prawo.

Jeśli chcę być kochany, mam kochać. Jeśli chcę być obdarowywany, mam dawać. Jeśli chcę radości i szczęścia, mam uszczęśliwiać wszystkich wokoło. Jeśli chcę być bogaty, mam ubogacać innych sobą i tym co posiadam. Jeśli chcę odpuszczenia win, sam muszę odpuścić swoim winowajcom. Jeśli chcę być wysłuchany, muszę przestać w końcu gadać i dopuścić innych do głosu. Jeśli chcę szacunku od dzieci, sam muszę z szacunkiem ich traktować. Jeśli chcę upojnych chwil z żoną, muszę przestać tylko brać i zadbać równie dobrze o jej szczęście… Wyliczać można w nieskończoność. Ile jest sytuacji w życiu, tyle razy złota reguła ma zastosowanie.

Dlaczego zatem wciąż na świecie tyle niesprawiedliwości, jeśli od wieków dobrze wiemy jak żyć?

Pokusa szerokiej bramy i przestronnej drogi pcha mnie i ciebie do szukania najlepszych opcji w życiu. Ma być jak najlepiej i najwygodniej. To motor postępu i inspiracja wszelkich wynalazków. Stanowi jednak wygodną furtkę dla egoizmu. Bo komu ma być w końcu najlepiej, jak nie mnie? Dbam zatem o siebie, aż do przesady. Poszerzam swoje bramy i drogi. Budując autostrady do szczęścia, rozpycham się coraz szerzej łokciami. I wkurzam się, gdy ktoś inny wchodzi mi w paradę i depcze po piętach. Złota zasada wzajemności staje się jednokierunkowa.

Jest też inne zagrożenie, o którym wspomina Jezus. W swym wychodzeniu z dobrocią do innych, łatwo mogę się stać ofiarą nieroztropnej naiwności. Oszuści różnej maści wykorzystują niejednego, który rozrzucił perły swojej dobroci pomiędzy wieprze. Ileż rodziców wychowało na swym łonie pasożytów, dając im wszystko nie oczekując niczego w zamian. Dzieciom swoim odmówisz? – retorycznie potem pytają ze łzami w oczach.

Nie da się bowiem osiągnąć szczęścia bez stawiania wymagań sobie i innym. Czyż nie taka jest istota Prawa i Proroków?

Przestań się lękać

Dz 18, 9-18

GrecjaDz18w10

Dlaczego sobie nie ułatwiać życia, gdy jest to możliwe? Takie zdroworozsądkowe podejście niejednokrotnie pomaga. Przesada w upraszczaniu działania i unikaniu kłopotów, może jednak doprowadzić do fatalnych konsekwencji. Zwłaszcza w materii życia duchowego. Jeśli bowiem zastosuję zasadę „Bądź  dobry dla innych, a inni będą dobrzy dla ciebie” do relacji z samym Panem Bogiem, łatwo mogę wpaść w błędne myślenie, że swoją dobrocią mogę zasłużyć na wdzięczność Pana Boga. Będę sumiennie uczestniczył w praktykach religijnych, skrupulatnie przestrzegał wszystkich przepisów Prawa, a Bóg z nieba obsypie mnie błogosławieństwem i spełnieniem wszystkich marzeń. Nie obdarza? Ciągle mam pod górkę? Widocznie za mało się staram i muszę być bardziej papieski od papieża. Znów obuchem w łeb dostałem? Albo Bóg się na mnie uwziął, albo to wina tych okropnych grzeszników, którzy mnie otaczają. I paprzą swym brudem moją nieskazitelną niewinność. Ich wina musi być ukarana, gdyż spodziewana nagroda z nieba ciągle jest przez nich odwlekana. Ciągnę więc ich przed sądy lub jak Sostenesa osobiście wywlekam przed nieubłagany samosąd. Frustracja domaga się wyżycia.

Nawet przez myśl mi nie przemknie przyznanie się, że tak blisko mi do faryzeuszy i zaślepionych ortodoksów. Łatwiej i przyjemniej jest bowiem oceniać innych. Skoro są gorsi, to ja jestem lepszy. I pławię się w swojej „lepszości” dziękując losowi za wszystkich gorszych ode mnie. Uwalniają mnie oni od lęku, że w miłości tak blisko jestem już dna. Że nadzieja ledwo dycha. A wiara straszy echem w swej pustce.

Im bardziej się porównuję z innymi, im ostrzej widzę cudze potknięcia, tym bardziej mną kieruje lęk. Lęk przed odrzuceniem i potępieniem.

Tymczasem Zmartwychwstały Jezus, w tej nocy pełnej lęku, kolejny raz powtarza mi słowa pełne otuchy: „Przestań się lękać!” Nie bój się płakać i zawodzić. Przerwij poszukiwania gorszych od siebie. Przemiana w lepsze zazwyczaj wiąże się z bólami rodzenia. Po dużym trudzie tym większa będzie radość.

Święty Paweł miał przestać lękać się swych prześladowców. Zza zaciśniętych pięści oskarżycieli miał dostrzec tych wielu w mieście, do których był posłany. Realizacja powołania miała zaprzątać całą jego uwagę.

I ja biorę się za swoje życie, by je godnie przeżyć. Wszak Pan jest ze mną i nikt nie targnie się na mnie, by mnie skrzywdzić.