Konsekwencje

Mt 5, 17-19

1280px-Line_of_Dominos

A zatem Jezu, nie przyszedłeś znieść tych wszystkich 613 przykazań Prawa? Nie skreśliłeś ich epitetem – stare, nieaktualne? A zatem heroiczny wysiłek wielu pokoleń prawowiernych Żydów by wyryć je na blachę w swych umysłach i sercach nie był pomyłką? Zmaganie z samym sobą, by nie złamać choćby najmniejszego przykazania nie było jazdą próbną bez trzymanki na niedopracowanym prototypie?

„Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić.” Nie skreśliłeś wszystkiego, co do tej pory stopniowo objawiałeś. Oczyściłeś jednak z wszystkiego co było zbyteczną i błędną nadinterpretacją. Jak świątynię ze straganów i ław bankierskich. A wypełniłeś miłością. Wypełniasz, aż się wszystko spełni. I zjednoczy z Bogiem w doskonałości. Nie jesteś bowiem pedantycznym despotą, który z dziką satysfakcją daje prztyczek w nos, każdemu kto się potknie. Jak mądry ojciec stawiasz jednak granice i drogowskazy. Gdy jednak popełnię życiową pomyłkę, pozwalasz by mnie dopadły konsekwencje moich decyzji. Liczysz, że w końcu nauczę się na swych błędach. I to mnie wzmocni.

Jednak ten mądry mechanizm coraz mocniej szwankuje. Chorobą bowiem dzisiejszego człowieka jest to, że żyje wyłącznie chwilą. Liczy się tylko tu i teraz. Natychmiast. Jak było wcześniej – nieważne! Co będzie potem – a kogo to obchodzi? Wyciskam z życia, to na co mam w tej chwili ochotę – maksimum przyjemności i korzyści. Reszta jest nieistotna. Zamiatana pod dywan. W tym – wszystkie konsekwencje.

Wyręczam dziecko we wszystkim – wyręczać będę aż do grobowej deski.

Daję dziecku tablet, by dało mi chwilę spokoju – ta chwila przedłuży się w nieskończoność. Wpatrzony w ekran siedzi obok mnie obcy człowiek.

„Zimny kaloryfer” nie ma ochoty i czasu na intymne chwile czułości – małżonek w końcu znajdzie ciepło przy innym ognisku.

Nie robię rachunku sumienia – po co spowiedź, skoro nie mam grzechów.

Nie uczę się rozpoznawać głosu Pana w codziennej modlitwie – Boga nie ma, skoro nigdy mi nie odpowiada.

Takich klocków domina mogę wymieniać wiele. Jestem jednym z nich. Czemu się zatem dziwię, że ktoś z jednej strony mnie przewraca. A ktoś inny nie pozwala upaść swobodnie?

O twardym karku.

Wj 34, 4-6
8-9

Consumed,_Jennifer_Hansen

Niezgłębiona tajemnica Trójcy Przenajświętszej. Gdybym wszystko rozumiał, swym maleńkim rozumkiem obejmowałbym Nieskończonego. Pragnienie ogarnięcia wszystkiego swoim rozumem, zracjonalizowania, jest próbą zapanowania nad rzeczywistością. Chcę wiedzieć, żeby kontrolować. Chcę kontrolować, żeby się nie bać. Chcę czuć pełen komfort i robić wyłącznie swoje. Boski luz.

Tymczasem Bóg nie pozwala się wciągnąć w tę moją filozofię. Choć dla dobrego samopoczucia staram się utwierdzić w przekonaniu, że znam Boga. Tyle o Nim mogę powiedzieć. Tak często do Niego mówię. Przyjmuję Go. Ale ta znajomość to tylko kiepskie hipotezy i wyobrażenia. Troszkę lepsze – przeczucia kochającego serca. Niech w końcu przestanę się łudzić. A tajemnice takie, jak dzisiaj przez Kościół rozważana, są dobrym łomotem dla mojej pychy szkolnego prymusa. Właściwą moją postawą wobec Boga jest wyłącznie pokorna wiara. Na więcej przyjdzie dopiero czas.

Przyjąwszy tę uniżoną postawę przed Bożym Majestatem, mogę schylić swój twardy kark. Wyjść poza strefę osobistego komfortu. Uznać swoją grzeszność i lichość wobec nieprzeniknionego Boga. Brak pokory prowadzi albo do bezustannych samousprawiedliwień. Albo do lekceważącego liczenia na Boże Miłosierdzie, które mi się podobno należy. To nie pewnik, który mogę z góry zakładać brnąc dalej w bagno grzechu. To tylko ufna wiara.  Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu.

U Niego jest miłosierdzie.

Syr 5, 1-8
Mk 9, 41-50

Syr5,5

Nigdy nie mów nigdy! Takich porad dotyczących skrajności słyszę wiele. Podobnie jak ostrzeżeń przed wszelkiej maści fundamentalizmami i radykalizmami. Sam mam dość i głośno wyrażam sprzeciw, gdy nie potrafię wykorzenić u starszego syna nieumiarkowanego czytania książek i grania w gry komputerowe. Marzy mi się złoty środek w życiu.  Pragnę wyrównania pagórków i dołków, by życie toczyło się jednostajnie, jak po maśle. Niepokoje, pokusy i wyrzuty sumienia zagłuszam uparcie powtarzanymi mantrami w stylu: “Byle do przodu”, “Jakoś to będzie”, “Tylko spokojnie”. Mrużąc oczy, patrzę na świat przez pastelową mgłę.

Tymczasem rzeczywistość, pomimo chóralnych zaklęć, upiera się być czarno-biała. Jedni drugim skaczą sobie do gardeł, nie znając co to kompromis. Więcej, mocniej, szybciej, natychmiast! Ścieżka życiowa to istne Himalaje. Dotyczy to też kwestii wiary. Coraz głośniej słychać przeciwników Kościoła, ale i wojujący katolicy są coraz butniejsi. Skrajne poglądy kształtują się również w kwestii zbawienia.

Z jednej strony podkreślam niezgłębioną wielkość Bożego Miłosierdzia. Ufam, że każdy człowiek dobrej woli przyjęty ma być z otwartymi ramionami przez Ojca. Właściwie wystarczy być w miarę uczciwym i porządnym. W niebie niektórzy oczekują spotkania z Gandhim, Judaszem, a nawet Hitlerem. Wszak z ostatnim oddechem mógł żałować wszystkiego. Prawda? Właściwie dla Boga nie ma nic niemożliwego więc czemu miałby i nie zbawić Szatana? Z miłością zatem spoglądam nie tylko na swych wrogów, ale i muzułmanów, ateistów. Pobłażliwie patrzę na słabości wszystkich. I na siebie samego. Bóg i tak mi wszystko wybacza, więc po co te skrupuły w sumieniu…Właściwie lepiej nie wyznawać tych grzechów w spowiedzi, bo jeszcze się ksiądz poczciwina zgorszy. Bóg i tak zna moje serce. Odprawiłem pierwsze piątki miesiąca więc mogę przymknąć oczy na to i owo…

Z drugiej strony surowy głos przypomina mi, że wszyscy ludzie są grzesznikami. Właściwie szczytem mych marzeń jest czyściec w nagrodę za sumienne wypełnianie wszystkich przykazań i godziny na kolanach. Poza Kościołem nie ma wszak zbawienia, a tego Kościoła coraz mniej nawet w samym Kościele. Ba! Sam papież już jest podejrzany, czy to nie Antychryst, który zwodzi nieszczęśników na manowce. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina! Oblężona twierdza wiary trzeszczy w szwach, ale się nie poddaje. Moce piekielne jej nie przemogą, dopóki moja pierś jest przedmurzem prawdziwego chrześcijaństwa.

Ciarki mnie przechodzą słysząc głosy jednych i drugich. Szukam wytchnienia w modlitwie i Piśmie Świętym. Dzisiejsze czytania jednak wpisują się w ten radykalny nurt.

Nie mów: Jego miłosierdzie zgładzi mnóstwo moich grzechów. U Niego jest miłosierdzie, ale i zapalczywość, a na grzeszników spadnie Jego gniew karzący. Grzmi w pierwszym czytaniu Jezus, syn Syracha.

Lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła, gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie. Potwierdza w Ewangelii Jezus, Syn Boży.

Miłość Jego bowiem to szczyt radykalizmu. Nikt nie ma większej miłości od tego, który życie oddaje za swego przyjaciela. Jezus poszedł na krzyż, gdy wszyscy byliśmy jeszcze zatwardziałymi grzesznikami. Co więcej – umarł też za każdego człowieka, który był, jest i będzie. Miłosierdzie Boże nie zna granic. To prawda. Ale miłość domaga się wzajemności. Miłość chce być równie mocno kochana, na ile sama spala się dla umiłowanego. Jezus chce mojej totalnej świętości. Gdyż tylko święci nie spłoną ze wstydu stając twarzą w twarz przed Najświętszym Obliczem. Dlatego Jezus wzywa mnie i ciebie do radykalnego odcięcia się od wszelkiej niedoskonałości i skazy. Łańcuchy, które wstrzymują mnie przed rzuceniem się w odmęt Bożego przebaczenia, muszą być przerwane.

Człowiek zrywając komunię z Bogiem traci swoje pierwotne piękno i doprowadza do oszpecenia wszystkiego wokół siebie. Wszystko, co wcześniej odsyłało do Ojca Stworzyciela i Jego nieskończonej miłości, teraz nosi smutny i przygnębiający znak ludzkiej pychy i zachłanności. Jednakże Pan nie zostawia nas samych i nawet w tym ponurym obrazie daje nam nową perspektywę wyzwolenia, powszechnego zbawienia. To słowa papieża Franciszka wypowiedziane podczas dzisiejszej audiencji.

Proszę Cię Panie, bym przestając przymykać oczy na zło we mnie i wokół siebie, nie zwątpił wobec tej smutnej i przygnębiającej rzeczywistości, ale bym czynnie dał odzew na Twą ofertę wyzwolenia i powszechnego zbawienia.