Malkontenci

Wpierw przeczytaj: Łk 7,31-35

child-children-girl-happy

Kolejni ludzie zostawiają po sobie puste miejsca w ławkach w kościołach, które nigdy nie spodziewały się ich stracić. Odchodzą bez żalu, zabierając trochę bolesnych wspomnień i rozczarowań. Za moment spalą za sobą mosty, rzucając się w wir zabronionych wcześniej rozkoszy. Porzucili zabobon, ciemnogród, mohery i opium dla naiwnego ludu. Kościół był dla nich jak beton. Przykazania – jak krępujące łańcuchy ograniczające wolność.„Przyznaję, że katolicyzm w Polsce oraz kościół jako instytucja coraz bardziej mnie przeraża. Dochodzę do wniosku, że środowisko hierarchów kościelnych oraz pseudokatoliccy politycy próbują wszystkim ludziom wepchnąć na siłę Chrystusa do życia – od przedszkola, przez szkołę, zakłady pracy, na domach skończywszy. To taka forma 'łagodnych wypraw krzyżowych’, bez mordobicia i rozlewu krwi” 

Tymczasem wewnątrz tego samego Kościoła coraz głośniejsze są krytyczne głosy. Coraz częściej słyszę opinie, że od czasów Soboru Watykańskiego II Kościół się coraz bardziej rozmywa, idzie na zbyt duże kompromisy, liberalnieje.  Prawowierność jest coraz bardziej zagrożona. „Cóż znajdujemy w naszych katolickich kościołach czy innych instytucjach? Grupę ludzi, którzy utracili wiarę i zastąpili ją pluralistyczną, naturalistyczną, modernistyczną i bezdogmatyczną namiastką „katolicyzmu” bez żadnej jedności wiary i bez żadnej identyczności z Kościołem katolickim sprzed Vaticanum II. Skutki? Dezintegracja, rozkład, zniszczenie życia religijnego, zamykanie parafii, szkół, nowicjatów i seminariów, powszechne panowanie herezji, ogólna utrata wiary i pobożności, bluźniercze i świętokradzkie liturgie, brak moralności wśród kleru.”

Podobnym wypowiedzi, w jednym lub drugim tonie, można spotkać tysiące. Każdy wypowiadający się wie lepiej i ma rację, w przeciwieństwie do innych. Tłum niezadowolonych malkontentów. To chyba nasza narodowa przywara.

W Polsce mieszkają dziesiątki tysięcy trenerów piłki nożnej, którzy lepiej poprowadzili by naszą reprezentację, czy kluby występujące w pucharach. Setki tysiące prokuratorów i śledczych, którzy dobrze wiedzą co się naprawdę wydarzyło w Smoleńsku. Miliony polityków i ekonomistów, którzy mają prawo wytykać błędy rządzących. I tyle samo bogów, którzy najlepiej wiedzą, jak żyć, jak być szczęśliwym oraz co jest dobre i złe.

Też się wymądrzam. Jestem przecież Polakiem.

Jarzmo

Ploughing_a_field
Mt 11,25-30

Słowo jarzmo, jeśli już komuś cokolwiek dziś mówi, ma negatywne znaczenie. Wszak mówi się o jarzmie niewoli. O ciężkim jarzmie, który zakuwa do niewolniczej pracy. Zachętę Jezusa, byśmy przyjęli Jego jarzmo, możemy odebrać jako zamach na naszą wolność. A czy niewola, choćby najsłodsza, jest czymś przyjemnym i pożądanym? Nie tylko Jaś i Małgosia wzgardzą taką słodyczą, nauczeni przykrym doświadczeniem.

Tymczasem dla Chrystusowych słuchaczy jarzmo było po prostu narzędziem rolniczym. Do jarzma przypinano przynajmniej dwa woły, by sprzęgnąć ich siłę do orki lub ciągnięcia ciężarów.  Nie każdy mógł sobie pozwolić aż na dwa zwierzęta. Posiadanie jarzma było więc pewnym luksusem, ułatwieniem. Porównałbym je do dzisiejszego ciągnika.

Jarzmo wzmacnia poprzez spinanie ze sobą podobnych elementów. Jarzmo ponadto równomiernie rozkłada siły i trudy.  Ułatwia współpracę na sprawiedliwych warunkach.  Jarzmo trzyma razem, motywuje do podejmowania wspólnego wysiłku. Będąc pod jarzmem nie da się obijać za plecami lidera.

Jezus zapraszając do przyjęcia swojego jarzma, obiecuje ulgę i wsparcie. Moje trudy przestaną być tylko moim problemem. U mego boku kroczy cały Kościół. Moim przeznaczeniem już nie jest być wołowiną bez kości, zupą wołową. Jestem pełnoprawnym członkiem dream teamu,  o niebo lepszego niż Chicago Bulls!Współtowarzysze jednak nie pozwalą byczyć się na zielonym pastwisku. Trud Kościoła na równi też jest moim obowiązkiem, jeśli przyjmuję brzemię Jezusowe. Wysiłek muszę włożyć ten sam. Znaczenie jednak mojego trudu jest jednak na skalę światową. Nie jestem zapomnianym pionkiem. 

A jeśli zgarbiony pod ciężarem trosk nie widzę żadnego wsparcia z zewnątrz? Jeśli drzazgi boleśnie obcierają moje ramiona? Przyjrzę się uważnie belce jarzma. Przecież to krzyż! Z jednej strony ja,  z drugiej towarzyszy mi skrwawiony Jezus. I cóż z tego, że orka wiedzie na Golgotę. Tam właśnie krzyż staje się tronem. Kto wspólnie ponosił trudy,  wspólnie też zatriumfuje. Słodka obietnica.

Stosownie do czasu

Święto Świętych Młodzianków.

Nicolas_Poussin_-_Massacre_des_Innocents

Święci Młodziankowie. Nie wiadomo jak ich wielu. Nie wiadomo jak wyglądali. Nie wiadomo kim byli ich rodzice. Nie wiadomo nawet jak mieli na imię. Wiem jednak, że są święci. Beztrosko bawią się w niebieskiej piaskownicy pod troskliwym i pełnym miłości spojrzeniem swego Kolegi z betlejemskiego podwórka. A skoro święci, to znaczy, że szczęśliwi. I ofiarowani mi gratis, jako wzór do osiągnięcia szczęścia.

Dziś świętość kojarzy się przeważnie z bohaterami barokowych obrazów w kościołach. Naśladowanie ich przez zwykłego człowieka, skończy się, co najwyżej, świętoszkowatością. Tłumacząc z Moliera na język współczesnych liberalnych komediantów– naiwnym łbem przykrytym moherowym beretem.

Przeciętni katolicy, pogodzeni z dolą grzesznika, mają też inne wyobrażenia. Święty to mistyk wymęczony postami. Cudotwórca, albo przynajmniej stygmatyk. Z kolanami twardszymi niż końskie kopyta od klęczenia. I znajomością Pisma Świętego w jednym paluszku. Najlepiej w językach oryginalnych. Święty to żebrak rozdający ostatni kęs i ostatnią koszulę. To bywalec szpitali i przytułków, z czułością całujący stopy trędowatych. Oczywiście do tego dokładają dziewicę, która nawet nie spojrzy na mężczyznę. Kryjącą się za grubym welonem, by nikt w niej nie dostrzegł kobiety. Albo matka gotowa umrzeć, by spełnić swoje posłannictwo i wydać na świat kolejne dziecko. Niby wszystko prawda. Niby wszystko podparte przykładami. Ale czy tak sobie wyobrażam swoją drogę do szczęścia?

Cała tak postrzegana świętość wydaje się tak nieosiągalna i nierealna, że nie warto nawet próbować jej osiągnąć. Już lepiej się skupić na zdobywaniu szczęścia w tym życiu. Małego i grzesznego – na ludzką miarę. A w tamtym życiu, po śmierci – liczyć na szybką amnestię w czyśćcu. Gdyby spytać się wiernych, tłumnie wypełniających w te dni kościoły, kto z nich pójdzie prościutko do nieba. Pewnie starczyłoby mi palców, by zliczyć optymistów.

Święci Młodziankowie nie byli mistykami. Nie poznamy ich uczynków miłosierdzia względem ciała i duszy. Nawet nie umierali z imieniem Jezus na ustach, jak święci męczennicy. Ba! Nie byli nawet ochrzczeni. Nie zrobili zatem nic, by trafić do nieba. Nic, a nic! Bo na niebo się nie zasługuje. Niebo się otrzymuje jako dar. Trzeba być tylko we właściwym miejscu. Stosownie do czasu. By ten dar otrzymać osobiście. To nie jest poza moim i twoim zasięgiem, by tam trafić. Wystarczy wsłuchać się w głos sumienia, albo dowiedzieć się od Mędrców. Gdzie Pan na mnie czeka z nagrodą. Skoro niemowlakom z Betlejem się to udało…

Spotkajmy się w niebie. Wszyscy szczęśliwi.