Adoracja

Mt 8,2

  • Z nieba leje się żar. Pył unoszący się z kamienistej drogi wraz z zapachem przepoconego tłumu wdziera się wprost do nosa. Do tego dochodzi smród gnijącego ludzkiego ciała trędowatego człowieka, który wbrew wszelkim regułom wdarł się pomiędzy licznie zgromadzonych. Serce ścisnęła obawa przed złapaniem tej śmiertelnej zarazy. Jednakże wbrew tym wszystkim sygnałom, które docierają do mojego umysłu, jestem świadkiem podniosłej sceny. Rozpoczyna się audiencja. Król zasiadł na tronie w pełni Swego majestatu. Najwyższy czas, aby Jego poddani przystąpili do Niego w geście poddaństwa i czci. Być dopuszczonym do tronu to wielki zaszczyt. Uhonorowany tym przywilejem, każdy podchodzi do władcy, by oddać mu pokłon: προσελθὼν προσεκύνει αὐτῷ (proselthōn prosekynei autō). Dokładnie tymi słowami opisał ewangelista trędowatego, który właśnie przystąpił do Pana. On nie jest poddanym gorszego sortu. Nawet ktoś taki jak on może paść do stóp Jezusa i rozpocząć z Nim rozmowę. Dlatego nie waham się ani chwilę dłużej, czy mi wypada, czy jestem mile widziany, czy zasługuję, co pomyślą sobie inni. Wraz z trędowatym rozpoczynam swoją adorację.
  • Małostkowym byłoby wykorzystywanie tej podniosłej chwili, by zasypać Pana potokiem swych błahych słów. To nie czas na żale, biadolenia, krzykliwe petycje. Nie zasiadłem wszak do negocjacyjnego stołu. Nie przyszedłem też do okienka w biurze obsługi petentów. To uroczysta audiencja. Adorując Zbawiciela najstosowniej jest zapomnieć o wszystkich tych przyziemnych sprawach, które mnie nurtują i uwierają. Na nie przyjdzie czas, kiedy Król uzna to za stosowne. Uznałem Go za swego Pana więc czymś oczywistym jest ufność w Nim pokładana, że o mnie się zatroszczy. Podczas adoracji oddaję cześć Panu, mówiąc Mu jaki On jest, kim jest dla Mnie. Wychwalam Jego potęgę i wspaniałe Jego dzieła. To są najwłaściwsze słowa w tym momencie. Tak właśnie zwraca się do Jezusa trędowaty. Jesteś Bogiem Wszechmogącym! Nie ma nic dla Ciebie niemożliwego. Uczynisz cokolwiek, co tylko zechcesz. Jeśli tylko zechcesz nawet moje ciało pokryte trądem ugnie się Twej woli i w niepojęty dla mnie sposób stanie czyste i zdrowe. Bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi!
  • Wpatrując się w Chrystusa, w Jego Boskość, mam wreszcie szansę przestać koncentrować się na sobie. Stop babraniu się w gnijących ranach! Ani to przyjemne, ani pożyteczne. Sprawia tylko więcej bólu. Odwracając wzrok od siebie, mogę w końcu dostrzec tę rzeczywistość, która już się dokonała. Otóż, zanim podszedłem do Pana, On wcześniej zstąpił z góry, by się ze mną spotkać. Ten ruch ukierunkowany w moją stronę jest zdecydowany. Jeśli i ja w swym podchodzeniu pozostanę konsekwentny, nie będę niepotrzebnie zbaczał odrywając wzrok od Jezusa w stronę wszelkim rozkojarzeniom. Prędzej niż mógłbym się spodziewać zbliżymy się do siebie. Dystans pomiędzy poddanym a Władcą momentalnie się skróci na odległość wyprostowanej dłoni. I to Jezus będzie właśnie Tym, który pierwszy wyciągnie dłoń. Słowo Pragnę Θέλω (thelō), które pada z ust Jezusa zachwyca mnie. Jest jak najczulsze wyznanie Umiłowanego. Jestem dla Syna Bożego kimś chcianym, pożądanym. On marzy o tym, by spotkać się ze mną. Wybiega mi na przeciw z tęsknoty, by wziąć w swoje czułe ramiona. Czyż świadomość tego sama w sobie nie ma mocy uzdrawiającej? Trędowaty natychmiast wstał z kolan oczyszczony z trądu. Choć moje oczy zamglone, jakby od łez, nie widzą tego, dobrze wiem, że Król oferuje mi Swój oczyszczający dotyk. Niech uwielbienie trwa…

Krótkie refleksje znad Ewangelii Jezusa wg św. Marka.

Marka 1:2 

W księdze proroka Izajasza napisano: Oto posyłam przed Tobą mojego anioła, on Ci utoruje drogę;

Pan Bóg wspiera mnie w mojej aktywności, zwłaszcza w realizacji powołania. Niejako wyprzedza mnie i toruje drogę posyłając anioła, który jest w stanie usunąć wszelką przeszkodę.

Marka 1:12

Natychmiast też Duch wzbudził w Nim potrzebę wyjścia na pustynię.

Duch mówi mi, że wyjście na pustynię jest czymś koniecznym. Trzeba mieć pustynię w sercu, w umyśle, trzeba zrobić gruntowny porządek, by napełnić się Bogiem. Nie jest to łatwe, jak nie jest łatwym przebywanie w pojedynkę na rozgrzanej pustyni.

Marka 1:15

Podkreślał, że już koniec czekania, nadeszło Królestwo Boże, czas opamiętać się i zaufać tej dobrej nowinie.

Z nawróceniem, z oddaniem się Bogu, nie ma co czekać. Królestwo Boże jest sprawą nie cierpiącą zwłoki. A jeśli mam wątpliwości, powinienem zaufać Ewangelii.

Marka 1:20

Jezus nie zwlekając wezwał ich, a oni zostawili w łodzi swego ojca Zebedeusza oraz wynajętych robotników — i poszli za Nim.

Jezus nie zwleka ze Swoim wyjściem w moją stronę. oby i moja odpowiedź była równie zdecydowana i natychmiastowa. A jeśli mnie coś powstrzymuję niech nie waham się to zostawić za sobą. Nawet jeśli stanowiło to sens dotychczasowego życia.

Marka 1:22

Jego nauka wzbudziła ogólne zdumienie. W odróżnieniu od znawców Prawa uczył bowiem jak ktoś, na kim spoczywa władza.

Znawcy Prawa, uczeni w Piśmie powołują się na swoich mistrzów, przywołują całą bibliografię, powtarzają co usłyszeli mądrego od innych. Co ambitniejsi, starają się wyciągnąć wnioski: „ Cóż takiego, moim skromnym zdaniem, miał autor na myśli.” Tymczasem Jezus jest prawdziwym autorytetem w dziedzinie Pisma Świętego, moralności, mądrości, życia. On się nie domyśla – On wie. Nie jest interpretatorem – jest Twórcą.

Marka 1:24

Przestań! Nie wtrącaj się w nasze sprawy, Jezusie z Nazaretu! Czy przyszedłeś nas zniszczyć? Wiem, kim jesteś: Świętym Bożym.

Czyż nie te same słowa padają z ust wszystkich, którzy uparcie chcą żyć po swojemu? Lecz w przeciwieństwie do złego ducha śmią szydzić z Jezusa i negować Jego boskość.

Marka 1:35

A wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł z domu i udał się na odludne miejsce. Tam zaczął się modlić.

Modlitwa potrzebuje więcej czasu i skupienia. Dlatego warto zawalczyć o nią. Nawet kosztem zarywania nocy

 

Bezradność Wszechmocnego

Mk 6,5

Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy zaś nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: «Skąd to u Niego? I co to za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?» I powątpiewali o Nim.

A Jezus mówił im: «Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony».

I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał. (Mk 6,1-6)

  • Dzisiaj chciałbym przedstawić kolejne greckie słówko : οὐκ ἐδύνατο (ouk edynato). Opisuje ono stan niemocy, braku możliwości, swoistą bezradność wobec problemu. Aż trudno uwierzyć, że Ewangelista użył tych słów w odniesieniu do Jezusa. Bezradność Wszechmocnego może oszołomić. Jezus nie mógł zdziałać żadnego cudu w Nazarecie. Czyżby stracił swą moc? Czyżby się mścił na swych ziomkach za trzydzieści lat ukrytego życia i nie tyle „nie mógł”, ile „nie chciał”? Czy Jego cuda są jak sztuczki magika, które wychodzą tylko wobec specyficznej publiki? Czy na Jezusowy wylew łaski trzeba w szczególny sposób zasłużyć? To greckie słowo w momencie zwątpienia i kryzysu wiary, w czasie życiowej katastrofy może spustoszyć serce.
  • Codziennie można śledzić szybujący w górę licznik zachorowań i zgonów podczas szalejącej pandemii. Zamknięci w czterech ścianach kwarantanny, jak preriowe pieski, chowamy się w norkach przed unoszącą się w powietrzu śmiercią. Odzwyczailiśmy się od tej duchoty. Zwłaszcza wtedy, gdy wciąż czujemy się piękni i młodzi. Wszak do tej pory oddychaliśmy pełną piersią swobody. Panoszyliśmy się po ulicach miast i pasażach hipermarketów. Dopada nas lęk. Przypomina się niejednemu babcine powiedzenie – Gdy trwoga, to do Boga. Działało w czasie matury, zadziała i dzisiaj! Optymizm jednak studzi widok pustych zamkniętych kościołów. Kwarantanna, ograniczenia, strach… Serce rozdarte kolejną niedzielą bez Eucharystii. Czy Bóg nas opuścił? Czy, jak w Nazarecie, dopadła Go niemoc?
  • Tylu z nas z nadzieją i przejęciem obserwowało małą białą sylwetkę Franciszka, kroczącą przez pustkę placu św. Piotra. Bezgłośnie poruszaliśmy swymi ustami, by wraz z nim zanosić prośbę do Boga o cud uwolnienia od wszechobecnego zagrożenia. Wielkie wrażenie, poruszenie – te słowa powtarzały się w najważniejszych portalach informacyjnych świata. Nie przyzwyczajone, w ten sposób próbowały wyrazić swoją nadzieję. Z pewnością Pan również był pod wrażeniem. Znów wróci wszystko do normy. W tym oczekiwaniu, już nie każdy pamiętał słowa, które wtedy padły. Teraz rozpaczliwie chcemy wyłącznie bezpieczeństwa… Później będziemy chcieli powrotu do „normalności”. Monstrancja uroczyście zakreśliła krzyż nad miastem i światem. Słupki z ilością śmierci szybciej wzbijają się w niebo. Jezus wciąż nie może uczynić cudu.
  • Znam takich, którzy oburzeni żądają otwarcia kościołów. Chcą przywrócić wiarę biczowników, którzy manifestacją wzrastającej pobożności, chcą przekonać „obrażonego Boga”. Na kolana przed urażonym Bogiem! Nie wyciągajcie brudnych dłoni po najczystszą świętość! Z lękiem spoglądają na kalendarz i obawiają się masowych wyroków śmierci, za nieuczestnictwo w paschalnych celebrach. Jak średniowieczni banici chcą uchwycić się rogów ołtarza. Tu śmierć nie może nas dopaść. Wszak tak głosi odwieczne prawo azylu. Koronką przegonimy koronawirusa! Odmawiane modlitwy rzucamy jak monety na tacę, by przekupić Pana Życia i Zwycięzcę śmierci.
  • Ale czy te wszystkie starania, przekonania mają w sobie moc autentycznej miłości? Czy też ciągle są jeno wyrazem beznadziejnej rozpaczy? Nieodwzajemniona miłość jest bezradna – jak Jezus wobec znajomych z młodości. Nie może uszczęśliwiać na siłę. Nie chce też wciąż dawać dowodów miłości.
  • Co ja dziś w imię solidarności z braćmi zrobiłem, by zahamować epidemię? Czy jak uczniowie oddałem wszystkie swoje pięć chlebów, by Jezus mógł nakarmić tysiące?  Czy jak Zacheusz naraziłem się na śmieszność i wspiąłem się na sykomorę, by przyjąć zaproszenie na przemieniające życie spotkanie? Czy jak Weronika przedarłem się przez wrogi tłum, by za gest miłosierdzia uzyskać cudowny wizerunek? Ewangelia uczy mnie, że nie wystarczy domagać się cudów i jak widz oczekiwać niezwykłego spektaklu. Nie wystarczy wołać Panie, Panie! Prawdziwa miłość, by począć,  potrzebuje autentycznej wzajemności. Wobec roszczeń i żądań staje się – bezradna. Gdy myślę wyłącznie o powrocie do beztroskiego życia, gdy  pozwalam na powolną śmierć starszych jednostek „o mniejszej wartości dla społeczeństwa”, gdy praworządność, polityczny interes stawiam wyżej od ludzkiej solidarności i poszanowania życia, niech mnie nie dziwi, że miłość Jezusa odbija się od zimnego jak głaz serca. Kolejne dni mijają a On wciąż nie zdołał mi pomóc. οὐκ ἐδύνατο