„Stworzenie bez Stwórcy ginie”. Dlatego, gdy tylko intuicyjnie wyczuje obecność Boga, garnie się do Niego szukając uzdrowienia. Szczególnie w momencie poważnego kryzysu, cierpienia, niezwykle mocno odczuwam potrzebę Jego bliskości. Ale czy od razu udaję się do Jezusa? Myślę, że zazwyczaj staram się być taką swoistą Zosią-Samosią. Udaję wobec siebie i świata, że ze wszystkim dam sobie radę. To oczywiście iluzja. Potykam się co chwilę. Bagatelizuję zatem swoje oczywiste porażki. „Nic się nie stało! Polacy nic się nie stało!”
Jest jeszcze drugi mechanizm obronny. Pocieszam się, że inni mają gorzej. A jeśli nie mają gorzej, to już się postaram, żeby mieli więcej powodów do narzekania niż ja. Te ucieczki w bok, przymykanie oczu na nic się jednak zdadzą, gdy definitywnie zderzę się ze ścianą. Wtedy – gdy trwoga, to do Boga!
Sumienie podpowiada, by w sposób wolny przeżywać swoją więź z Bogiem. Człowiek tylko wtedy może żyć w pełni życiem ludzkim. Więź z Bogiem jednakże to zawsze jest relacja dziecka i Ojca. Nie jest to relacja czysto partnerska. Nijak się to ma do przeświadczenia, że jest się jedynym kowalem swego losu. Zamiast uciekać się do Boga w trwodze, oburzam się, dlaczego znalazłem się na takim zakręcie swego życia. Oskarżam zły los, fatum, karmę, ale w głębi serca mam zarzut do Boga. Och, czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić?
Jezus nie waha się wkroczyć w tę ciemną noc buntu i cierpienia. Dopiero z nastaniem dnia pozornie zniknie udając się w miejsca pustynne. Swoim światłem wypali raka zwątpienia. Uzdrowiony, pełen wdzięczności będę chciał Go zatrzymać. Będę Go przymuszał, by Swym światłem odpędzał powracające mroki, gwarantując mi bezustanne szczęście. Wsłuchując się w takie oczyszczone sumienie w końcu jednak pojmę, że to niemożliwe. Nie da się zatrzymać blasku wyłącznie dla siebie. Miłość samego siebie, przemieniona miłością do Lekarza dusz i ciał, w końcu wypełni się miłością do innych. Zwłaszcza tych, co do tej pory nie doświadczyli mocy Pana.