Święto Świętych Młodzianków.
Święci Młodziankowie. Nie wiadomo jak ich wielu. Nie wiadomo jak wyglądali. Nie wiadomo kim byli ich rodzice. Nie wiadomo nawet jak mieli na imię. Wiem jednak, że są święci. Beztrosko bawią się w niebieskiej piaskownicy pod troskliwym i pełnym miłości spojrzeniem swego Kolegi z betlejemskiego podwórka. A skoro święci, to znaczy, że szczęśliwi. I ofiarowani mi gratis, jako wzór do osiągnięcia szczęścia.
Dziś świętość kojarzy się przeważnie z bohaterami barokowych obrazów w kościołach. Naśladowanie ich przez zwykłego człowieka, skończy się, co najwyżej, świętoszkowatością. Tłumacząc z Moliera na język współczesnych liberalnych komediantów– naiwnym łbem przykrytym moherowym beretem.
Przeciętni katolicy, pogodzeni z dolą grzesznika, mają też inne wyobrażenia. Święty to mistyk wymęczony postami. Cudotwórca, albo przynajmniej stygmatyk. Z kolanami twardszymi niż końskie kopyta od klęczenia. I znajomością Pisma Świętego w jednym paluszku. Najlepiej w językach oryginalnych. Święty to żebrak rozdający ostatni kęs i ostatnią koszulę. To bywalec szpitali i przytułków, z czułością całujący stopy trędowatych. Oczywiście do tego dokładają dziewicę, która nawet nie spojrzy na mężczyznę. Kryjącą się za grubym welonem, by nikt w niej nie dostrzegł kobiety. Albo matka gotowa umrzeć, by spełnić swoje posłannictwo i wydać na świat kolejne dziecko. Niby wszystko prawda. Niby wszystko podparte przykładami. Ale czy tak sobie wyobrażam swoją drogę do szczęścia?
Cała tak postrzegana świętość wydaje się tak nieosiągalna i nierealna, że nie warto nawet próbować jej osiągnąć. Już lepiej się skupić na zdobywaniu szczęścia w tym życiu. Małego i grzesznego – na ludzką miarę. A w tamtym życiu, po śmierci – liczyć na szybką amnestię w czyśćcu. Gdyby spytać się wiernych, tłumnie wypełniających w te dni kościoły, kto z nich pójdzie prościutko do nieba. Pewnie starczyłoby mi palców, by zliczyć optymistów.
Święci Młodziankowie nie byli mistykami. Nie poznamy ich uczynków miłosierdzia względem ciała i duszy. Nawet nie umierali z imieniem Jezus na ustach, jak święci męczennicy. Ba! Nie byli nawet ochrzczeni. Nie zrobili zatem nic, by trafić do nieba. Nic, a nic! Bo na niebo się nie zasługuje. Niebo się otrzymuje jako dar. Trzeba być tylko we właściwym miejscu. Stosownie do czasu. By ten dar otrzymać osobiście. To nie jest poza moim i twoim zasięgiem, by tam trafić. Wystarczy wsłuchać się w głos sumienia, albo dowiedzieć się od Mędrców. Gdzie Pan na mnie czeka z nagrodą. Skoro niemowlakom z Betlejem się to udało…
Spotkajmy się w niebie. Wszyscy szczęśliwi.
